Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
Skończyli się pakować i Gwen podeszła do drzwi.
— Czy używasz teraz rezerwowego źródła mocy? — zapytała.
— Piętra od pierwszego do pięćdziesiątego, od dwieście pięćdziesiątego pierwszego do trzechsetnego, od trzysta pięćdziesiątego pierwszego do czterysta pięćdziesiątego i od pięćset pierwszego do pięćset pięćdziesiątego korzystają aktualnie z rezerwowego źródła mocy — przyznał Głos. — To nie jest powód do niepokoju. Robotechnicy naprawią główny agregat tak szybko, jak to tylko możliwe. Gdyby zawiodło również rezerwowe źródło mocy, co nie jest prawdopodobne, istnieją jeszcze inne systemy awaryjne.
— Nie rozumiem tego — poskarżył się Dirk. — Dlaczego to się stało? Co jest przyczyną awarii?
— Proszę się nie niepokoić — odpowiedział Głos.
— Dirk — odezwała się spokojnie Gwen. — Chodźmy stąd.
Wyszła z pomieszczenia. W prawej ręce trzymała torbę, a przez lewe ramię miała przewieszony pakiet czujników. Dirk wziął dwie pozostałe torby i podążył za nią na kobaltowe korytarze. Ruszyli pośpiesznie w kierunku kabin, Gwen dwa kroki przed nim. Dywany pochłaniały odgłos ich kroków.
— Lokatorzy, którzy wpadną w panikę, będą bardziej narażeni na niebezpieczeństwo od tych, którzy pozostaną w mieszkaniach na czas trwania tego drobnego kryzysu — skarcił ich Głos.
— Powiedz nam, co się dzieje, a może zmienimy zdanie — skontrował Dirk. Nie zatrzymali się ani nie zwolnili.
— Aktualnie obowiązuje regulamin kryzysowy — poinformował ich Głos. — Wysłano nadzorców, którzy odprowadzą was z powrotem do mieszkania. To dla waszego bezpieczeństwa. Powtarzam, wysłano nadzorców, którzy odprowadzą was z powrotem do mieszkania. Normy obowiązujące na Emerelu p.i. zabraniają…
Nagle słowa zrobiły się niewyraźne. Basowy głos przybrał wyższą tonację, po czym przeszedł w drażniący uszy pisk. Po chwili zapadła przerażająca cisza.
Światła zgasły.
Dirk zatrzymał się na chwilę, potem postąpił dwa kroki w ciemności i wpadł na Gwen.
— Co jest? — zapytał. — Przepraszam.
— Cicho — wyszeptała Gwen. Zaczęła odliczać sekundy. Po trzynastej kule wiszące na skrzyżowaniach korytarzy zapaliły się na nowo. Ich błękitny blask był jednak tylko bladym cieniem poprzedniego i trudno w nim było cokolwiek zobaczyć.
— Chodź — poleciła kobieta, ponownie ruszając przed siebie. Tym razem szła wolniej, ostrożnie stąpając w błękitnym półmroku. Kabiny znajdowały się już niedaleko.
Gdy ściany znowu do nich przemówiły, nie usłyszeli Głosu.
— To wielkie miasto — zaczęły — ale nie wystarczająco wielkie, byś mógł się w nim ukryć, t’Larien. Czekam na ciebie w najgłębszej z emerelskich piwnic, na pięćdziesiątym drugim poziomie podziemi. Miasto należy do mnie. Przyjdź do mnie natychmiast albo wszystkie światła wokół ciebie zgasną, a w ciemności ja i mój teyn ruszymy na łowy.
Dirk wiedział, kto to mówi. Trudno byłoby tego nie zgadnąć. Na Worlornie, czy gdziekolwiek indziej, nie byłoby łatwo naśladować ochrypły, zniekształcony głos Bretana Braitha Lantry’ego.
Rozdział 8
Zatrzymali się w mrocznym korytarzu jak sparaliżowani. Gwen była tylko niewyraźną, niebieską sylwetką, a jej oczy wyglądały jak czarne jamy. Kącik jej ust zadrżał nagle, przypominając Dirkowi w straszliwy sposób Bretana i jego tik.
— Znaleźli nas — stwierdziła.
— Tak — zgodził się Dirk. Oboje mówili szeptem, ze strachu, że Bretan Braith — podobnie jak obalony przezeń Głos Wyzwania — usłyszy ich, jeśli będą rozmawiali głośno. Dirk zdawał sobie z całą wyrazistością sprawę, że otaczają go głośniki, a także uszy i być może również oczy — wszystkie schowane w pokrytych wykładziną ścianach.
— Ale jak? — zapytała kobieta. — To niemożliwe.
— Udało im się, więc to musi być możliwe. Ale co zrobimy teraz? Czy mam do nich zejść? Co właściwie znajduje się na pięćdziesiątym drugim poziomie podziemi?
Gwen zmarszczyła brwi.
— Nie mam pojęcia. Wyzwanie nie było moim miastem. Wiem jednak, że podziemne poziomy nie były mieszkalne.
— Maszyny — zasugerował Dirk. — Moc. Systemy podtrzymywania życia.
— Komputery — dodała głuchym szeptem Gwen.
Dirk postawił torby na podłodze. W takiej chwili kurczowe trzymanie się ubrań i reszty mienia wydawało się głupotą.
— Zabili Głos — wskazał.
— Być może. O ile w ogóle można go zabić. Myślałam, że to cała sieć komputerów, rozproszona po wieży, ale nie jestem tego pewna. Niewykluczone, że to tylko jedno wielkie urządzenie.
— W każdym razie załatwili centralny mózg, ośrodek nerwowy czy jak to tam zwał. Nie usłyszymy już przyjaznych porad od ścian. Do tego Bretan zapewne nas teraz widzi.
— Nie widzi — zaprzeczyła Gwen.
— Niby dlaczego? Głos nas widział.
— Tak, być może, chociaż wcale nie jestem pewna, czy wśród jego urządzeń były czujniki optyczne. On ich właściwie nie potrzebował. Dysponował innymi zmysłami, których nie mają ludzie. Ale nie w tym rzecz. Głos był superkomputerem, zdolnym poradzić sobie z miliardami bitów informacji. Bretan nie potrafi tego. Ani on, ani żaden człowiek. Poza tym nie będzie w stanie zinterpretować napływających danych. My również nie umielibyśmy tego zrobić. Tylko Głos to potrafił. Nawet jeśli Bretan ma w tej chwili dostęp do wszystkich napływających do Głosu danych, będą one dla niego pozbawionym sensu bełkotem albo zaleją go strumieniem tak szybkim, że staną się bezużyteczne. Być może wykwalifikowany cybernetyk potrafiłby coś z nich odczytać, choć i w to raczej wątpię. Ale nie Bretan, chyba że zna jakąś tajemnicę, której my nie znamy.
— Wiedział, gdzie nas znaleźć — wskazał Dirk. — A także to, gdzie jest mózg Wyzwania i jak spowodować w nim krótkie spięcie.
— Nie wiem, w jaki sposób nas znalazł — przyznała Gwen — ale odszukanie Głosu nie było zbyt wielką sztuką. Najniższy poziom podziemi, Dirk! On to po prostu zgadł, jestem tego pewna. Kavalarzy budują głęboko wykute w skale schronienia, a ich najniższy poziom zawsze jest najlepiej zabezpieczony. Tam właśnie trzymają kobiety i inne skarby.
Dirk zamyślił się głęboko.
— Chwileczkę. Nie może wiedzieć, gdzie dokładnie jesteśmy. W przeciwnym razie po co wzywałby nas do zejścia do podziemi, po co groziłby, że na nas zapoluje? — Gwen kiwnęła głową. — Ale jeśli jest w centrum komputerowym — ciągnął Dirk — musimy być ostrożni. Może nas znaleźć.
— Niektóre z komputerów z pewnością jeszcze funkcjonują — zauważyła Gwen, spoglądając na świecącą słabym niebieskim światłem kulę, która wisiała w odległości kilku metrów od nich. — Miasto żyje nadal, przynajmniej w części.
— A czy będzie mógł zapytać Głos, gdzie jesteśmy? Jeśli uruchomi go ponownie?
— Zapytać może, ale czy Głos mu odpowie? Wątpię. Jesteśmy legalnymi lokatorami i nie mamy broni, a on jest niebezpiecznym intruzem który pogwałcił wszystkie normy obowiązujące na Emerelu p.i.
— On? Chyba raczej oni. Jest z nim Chell. Być może również inni.
— A więc to grupa intruzów.
— Ale nie może być ich więcej niż… właściwie ilu? Dwudziestu? Mniej? Jak mogą zapanować nad tak wielkim miastem?
— Emerel p.i. jest światem w wyjątkowym stopniu wolnym od przemocy, Dirk. W dodatku Wyzwanie zbudowano na świecie festiwalowym. Wątpię, by miało wiele systemów obronnych. Nadzorcy…
Dirk rozejrzał się nagle wokół.
— Tak, nadzorcy. Głos o nich wspominał. Miał wysłać jednego po nas.