Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
Światło się mroczy [Dying of the Light - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]

Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:

Wezwany przez Gwen, swą dawną ukochaną, na festiwalowy świat Worlorn, Dirk t’Larien przekonuje się, że duma światów zewnętrznych położonych poza Welonem Kusicielki bardzo się zmieniła i jest teraz umierającą planetą. Gwiazdozbiór Kręgu Ognia świeci coraz słabiej i Worlorn ponownie podejmuje samotną wędrówkę przez mrok międzygwiezdnych przestrzeni.
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 94
Перейти на страницу:

Po chwili zbliżył się do łukowatej ściany. Odbił się od czarnej, żelaznej poręczy i pomknął, wirując, w górę, nim zdołał się złapać słupka balkonu na wyższym piętrze. Wciągnął się na niego bez trudu. Przelatując na drugą stronę szybu, pokonał jedenaście pięter. Uśmiechnął się w dziwnym uniesieniu i usiadł, by zebrać siły na następny skok, przyglądając się Gwen, która podążyła w ślad za nim. Pomknęła w górę jak jakiś niewiarygodny, pełen wdzięku ptak, a czarne włosy ciągnęły się za nią. Przeskoczyła Dirka o całe dwie kondygnacje.

Gdy dotarli do pięćset dwudziestego piętra, Dirk miał już kilka siniaków w miejscach, gdzie obił się o żelazną poręcz, lecz mimo to czuł się całkiem dobrze. Po szóstym przyprawiającym o zawrót głowy skoku nad szybem z najwyższą niechęcią wciągnął się na balkon i wrócił do normalnej grawitacji. Zrobił to jednak, gdyż Gwen czekała już na niego z pakietem czujników oraz zestawem polowym zawieszonymi na plecach między łopatkami. Podała mu rękę i pomogła przejść przez barierkę.

Weszli do szerokiego korytarza, który biegł wokół szybu, i pochłonęły ich znajome błękitne cienie. Na skrzyżowaniach świeciły bladym blaskiem niebieskie kule, długie, proste korytarze oddalały się od centralnego szybu niczym szprychy wielkiego koła. Wybrali na oślep jeden z nich i ruszyli pośpiesznie w kierunku obwodu. Droga trwała dłużej, niż Dirk sądził. Mijali niezliczone, identyczne skrzyżowania — stracił rachubę przy czterdziestym — szeregi czarnych drzwi różniących się od siebie jedynie numerami. Ani on, ani Gwen nie odzywali się. Gdy szedł przez mrok, opuściło go dobre samopoczucie, którego przez chwilę zaznał. Radość wywołana bezskrzydłym lotem zniknęła tak nagle, jak nadeszła. W jej miejsce pojawiła się lekka nuta strachu. Jego uszy wyczarowywały budzące niepokój fantomy: odległe wycia, ciche kroki ścigających. Jego oczy robiły z odległych błękitnych lamp coś niezwykłego i przerażającego, znajdowały tajemnicze kształty w kobaltowych zakamarkach, gdzie była jedynie ciemność. Nie napotkali jednak nic i nikogo. To tylko jego umysł wprowadzał go w błąd.

Braithowie dotarli tu jednak przed nimi. Blisko obwodu Wyzwania, gdzie poprzeczny korytarz spotykał się z zewnętrznym bulwarem, natrafili na jeden z samochodów na balonowych oponach, którymi Głos woził gości po mieście. Wehikuł był pusty i przewrócony. Leżał w połowie na niebieskim dywanie, a w połowie na czystym, zimnym plastiku, który stanowił nawierzchnię bulwaru. Gdy podeszli do niego, zatrzymali się i Gwen spojrzała Dirkowi w oczy w bezsłownym komentarzu. Mężczyzna przypomniał sobie, że pasażerowie nie mogą kierować tymi pojazdami. Robił to sam Głos. A teraz jeden z samochodów leżał obok nich, unieruchomiony i martwy. Dirk zauważył też coś jeszcze. Obok jednego z tylnych kół na niebieskim dywanie widniała mokra, śmierdząca plama.

— Chodź — wyszeptała Gwen. Ruszyli pogrążonym w ciszy bulwarem, licząc na to, że Braithowie oddalili się już poza zasięg słuchu. Pokład parkingowy i ich autolot znajdowały się już bardzo blisko. Byłoby okrutną ironią, gdyby nie udało im się tam dotrzeć. Dirk odnosił jednak wrażenie, że ich buty uderzają straszliwie głośno o niechronioną dywanem powierzchnię bulwaru. Z pewnością słyszano ich w całym budynku, nawet Bretan Braith w swych głębokich piwnicach parę kilometrów niżej. Gdy dotarli do mostu dla pieszych, prowadzącego nad unieruchomionym teraz ruchomym chodnikiem, oboje zerwali się do biegu. Nie był pewien, kto zrobił to najpierw, Gwen czy on. W jednej chwili szli obok siebie, starając się poruszać jak najszybciej, robiąc przy tym jak najmniej hałasu, a w następnej pędzili już na łeb, na szyję.

Opuścili bulwar, przemknęli przez pozbawiony dywanów korytarz, potem dwa zakręty i szerokie drzwi, które nie chciały się otworzyć. Wreszcie Dirk uderzył w nie posiniaczonym barkiem. I on, i drzwi jęknęły na znak protestu, ale droga na lądowisko 520 piętra Wyzwania stanęła przed nimi otworem.

Noc była zimna i ciemna. Słyszeli wieczny wiatr Worlornu, który zawodził wokół emerelskiej arkologii. W długim, niskim prostokącie wylotu płonęła jedna, jasna gwiazda. Na samym pokładzie parkingowym panowała nieprzenikniona ciemność.

Gdy weszli do środka, nie zapaliły się światła.

Autolot stał jednak na miejscu, przycupnięty w mroku niczym żywe stworzenie, niczym banshee, na którego podobieństwo go ukształtowano. Braithowie tu jeszcze nie dotarli.

Podeszli do maszyny. Gwen zdjęła pakiet czujników oraz zestaw polowy i położyła to wszystko na tylnym siedzeniu, gdzie leżały już powietrzne ślizgi. Dirk przyglądał się jej, drżąc z chłodu. Stracił szynel Ruarka, a noc była straszliwie zimna.

Gwen dotknęła przycisku na tablicy rozdzielczej i pośrodku maski manty pojawiła się ciemna szczelina. Metalowe płyty uniosły się w górę, odsłaniając wnętrzności kavalarskiej maszyny. Kobieta okrążyła autolot i włączyła światło wbudowane w spód jednej z płyt. Dirk zauważył, że pod drugą z nich wiszą szeregi umocowanych metalowych narzędzi.

Gwen zatrzymała się w niewielkiej plamie żółtego światła, przyglądając się skomplikowanej maszynerii. Dirk podszedł bliżej.

Po chwili kobieta potrząsnęła głową.

— Nie — odezwała się pełnym znużenia głosem. — To się nie uda.

— Możemy doprowadzić moc z grawitorów — zasugerował Dirk. — Mamy narzędzia — dodał, wyciągając rękę.

— Za mało o tym wiem — sprzeciwiła się. — Mam tylko nikłe pojęcie. Liczyłam na to, że może coś wykombinuję… no wiesz. Ale nie potrafię. Nie chodzi tylko o moc. Lasery pod skrzydłami nie są nawet podłączone. Nie będzie z nich żadnego pożytku. Równie dobrze mogłyby być ozdobami. — Popatrzyła na Dirka. — Ty pewnie też nie umiesz…

— Nie umiem — przyznał.

Kiwnęła głową.

— To znaczy, że nie mamy broni.

Dirk popatrzył na puste niebo Worlornu.

— Moglibyśmy stąd odlecieć.

Gwen ujęła płyty maski w obie dłonie i zamknęła je. Czarne banshee znowu wyglądało groźnie.

— Nie — sprzeciwiła się głuchym głosem. — Pamiętasz, co powiedziałeś? Na zewnątrz będą Braithowie. Ich autoloty są uzbrojone. Nie mielibyśmy szans. Nie.

Ominęła Dirka i weszła do autolotu.

Po chwili podążył za jej przykładem. Usiadł na fotelu i odwrócił głowę, by móc obserwować samotną gwiazdę widoczną na zimnym, nocnym niebie. Czuł, że jest bardzo zmęczony, i zdawał sobie sprawę, że to coś więcej niż tylko fizyczne znużenie. Od chwili przybycia do Wyzwania emocje napływały do niego niczym fale uderzające o brzeg, jedna po drugiej, lecz nagle wydało mu się, że ocean wysechł. Nie czuł już więcej fal.

— Pewnie miałaś rację, wtedy w korytarzu — odezwał się pełnym zamyślenia głosem. Nie patrzył na Gwen.

— Rację? — zapytała.

— Że jestem samolubny. Że… no wiesz… że nie jestem rycerzem w białej zbroi.

— Rycerzem w białej zbroi?

— Jak Jaan. Nigdy nie byłem takim rycerzem, ale na Avalonie lubiłem sobie wyobrażać, że nim jestem. Wierzyłem wtedy w różne rzeczy. Teraz nie bardzo nawet pamiętam, w jakie. Oprócz ciebie, Jenny. Ciebie pamiętam. Dlatego właśnie… no, wiesz, te siedem lat. Robiłem różne rzeczy, nic strasznego, ale rzeczy, których na Avalonie bym nie zrobił. Stałem się cyniczny, samolubny. Ale do tej chwili nie byłem winny niczyjej śmierci.

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)