Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
Światło się mroczy [Dying of the Light - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]

Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:

Wezwany przez Gwen, swą dawną ukochaną, na festiwalowy świat Worlorn, Dirk t’Larien przekonuje się, że duma światów zewnętrznych położonych poza Welonem Kusicielki bardzo się zmieniła i jest teraz umierającą planetą. Gwiazdozbiór Kręgu Ognia świeci coraz słabiej i Worlorn ponownie podejmuje samotną wędrówkę przez mrok międzygwiezdnych przestrzeni.
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 94
Перейти на страницу:

Gwen zadrżała, spoglądając na Dirka. Mężczyzna objął ją mocniej, czerpiąc z ciepła i bliskości jej ciała pociechę, której rozpaczliwie potrzebował.

W dole — Dirk przysiągłby, że dźwięk dobiegał z dołu, z kierunku, w którym wiózł ich ruchomy chodnik — rozległ się krótki, przenikliwy krzyk. Niezbyt daleko.

Gwen odsunęła się od niego. Nie odezwali się ani słowem. Przechodzili z pasa na pas, mijając puste, pogrążone w cieniu pasma ruchu, aż wreszcie weszli do przejścia, które zaprowadziło ich z niebezpiecznego bulwaru z powrotem w labirynt korytarzy. Gdy przeszli z szarego półmroku w niebieski, Dirk zerknął na numer piętra. 468. Kiedy dywany ponownie pochłonęły odgłos ich kroków, zerwali się do biegu. Przemknęli pośpiesznie pierwszym długim korytarzem, a potem skręcali raz po raz — to w lewo, to w prawo — na oślep wybierając kierunki. Biegli tak długo, aż zabrakło im tchu, a potem zatrzymali się i opadli na dywan w bladym świetle niebieskawej kuli.

— Co to było? — zapytał Dirk, gdy już odzyskał dech w piersiach.

Gwen nadal dyszała ciężko, zmęczona biegiem. Pokonali długą drogę i trudno jej było zapanować nad oddechem. Przelane w milczeniu łzy zostawiły na policzkach kobiety wilgotne ślady, lśniące w błękitnym blasku.

— A jak ci się zdaje? — odrzekła po chwili ostrym tonem. — To był krzyk niby-człowieka.

Dirk otworzył usta i poczuł w nich smak soli. Dotknął wilgoci na własnych policzkach i zadał sobie pytanie, jak długo już płacze.

— A więc to kolejni Braithowie — stwierdził.

— Pod nami — zgodziła się. — I udało im się znaleźć ofiarę. Cholera, cholera, cholera! Przyprowadziliśmy ich tutaj, to nasza wina. Jak mogliśmy być tak głupi? Jaan zawsze się obawiał, że zaczną polować w miastach.

— Zaczęli już wczoraj — wskazał Dirk. — Polowali na czarnowińskie dzieci galarety. To była tylko kwestia czasu, nim dotrą tutaj. Nie oskarżaj o wszystko…

Spojrzała na niego z twarzą pełną gniewu. Po jej policzkach spływały kolejne łzy.

— Tak? — warknęła. — Uważasz, że nie jesteśmy za to odpowiedzialni? Jeśli nie my, to kto? Bretan Braith szuka ciebie, Dirk. Dlaczego przylecieliśmy tutaj? Mogliśmy polecieć do Dwunastego Snu, do Musquel, do Esvoch. To są puste miasta. Nikomu byśmy nie zaszkodzili. A teraz Emerelczycy… o ilu lokatorach mówił Głos?

— Nie pamiętam. Chyba o czterystu. Coś w tym rodzaju.

Spróbował objąć ją ramieniem i przyciągnąć do siebie, ale strąciła jego rękę i spojrzała na niego ze złością.

— To nasza wina — upierała się. — Musimy coś zrobić.

— Możemy tylko ratować samych siebie — sprzeciwił się. — Im chodzi również o nas, pamiętasz? Nie możemy martwić się o innych.

Spojrzała na niego z twarzą pełną… czego? Być może pogardy, pomyślał Dirk. Zaskoczył go ten widok.

— Nie wierzę własnym uszom — zaczęła. — Czy nie potrafisz myśleć o nikim oprócz siebie? Do cholery, Dirk, my mamy przynajmniej antyzapach. Emerelczycy nie mają absolutnie nic. Żadnej broni, żadnej osłony. Są niby-ludźmi, zwierzyną. Musimy coś zrobić!

— Niby co? Popełnić samobójstwo? O to ci chodzi? Nie chciałaś, żebym rano walczył z Bretanem, a teraz masz zamiar…

— Tak! Teraz musimy to zrobić. Na Avalonie tak byś nie mówił — ciągnęła głosem przechodzącym niemal w krzyk. — Byłeś wtedy inny. Jaan nigdy by nie…

Przerwała, zdając sobie sprawę, co powiedziała. Odwróciła wzrok i rozpłakała się rozpaczliwie. Dirk siedział bez ruchu.

— A więc o to chodzi — odezwał się po pewnym czasie. Jego głos brzmiał bardzo spokojnie. — Jaan nie myślałby o sobie, tak? Jaan odgrywałby bohatera.

Spojrzała na niego.

— Wiesz, że tak by zrobił.

Kiwnął głową.

— To prawda. Może ja też bym kiedyś tak zrobił. Może masz rację. Może się zmieniłem. Nic już nie wiem.

Czuł się zniesmaczony i znużony, pokonany i bardzo zawstydzony. Jego bezładne myśli krążyły wciąż w kółko. Doszedł do wniosku, że oboje mają rację. Faktycznie ściągnęli Braithów do Wyzwania, narażając w ten sposób setki niewinnych ofiar. Gwen słusznie ich o to oskarżała. Ale z drugiej strony on również miał rację. Nie mogli zrobić nic absolutnie nic. Ta ocena mogła być samolubna, lecz nie czyniło to jej mniej prawdziwą.

Gwen nie próbowała już ukrywać łez. Ponownie wyciągnął do niej ręce i tym razem pozwoliła, by ją przytulił i spróbował pocieszyć dotykiem swych dłoni. Gdy jednak głaskał jej długie, czarne włosy, próbując powstrzymać własne łzy, zdał sobie sprawę, że to nic nie da. Braithowie zabijali mieszkańców Wyzwania, a on nie mógł ich powstrzymać. Mógł co najwyżej ratować sam siebie. Okazało się, że jednak nie jest już tym dawnym Dirkiem, Dirkiem z Avalonu, nie. A kobieta, którą trzymał w ramionach, nie była Jenny. Oboje byli tylko zwierzyną.

I nagle znalazł rozwiązanie.

— Tak — powiedział głośno.

Gwen popatrzyła na niego i Dirk wstał chwiejnie, pociągając ją za sobą.

— Dirk? — zapytała.

— Możemy coś zrobić — oznajmił, prowadząc ją do drzwi najbliższego apartamentu. Otworzyły się bez oporu. Dirk podszedł do umieszczonego obok łóżka ekranu. Wszystkie światła w pomieszczeniu były zgaszone. Oświetlał je jedynie podłużny prostokąt wyblakłego błękitu padający z korytarza. Gwen zatrzymała się niepewnie w drzwiach, wypełniając je swą ciemną, posępną sylwetką.

Dirk włączył ekran, pełen nadziei, bo nie zostało mu nic więcej. Gdy urządzenie ożyło pod jego dotykiem, odetchnął swobodniej. Spojrzał na Gwen.

— Co chcesz zrobić?

— Podaj mi numer do siebie — zażądał.

Zrozumiała. Kiwnęła powoli głową i podała mu numer. Dirk nacisnął kolejne guziki i czekał. Po chwili pokój rozjaśnił pulsujący blask sygnału. Kiedy zgasł, plamy świetlne skupiły się w cechującą się wydatną żuchwą twarz Jaana Vikary’ego.

Nikt się nie odezwał. Gwen podeszła bliżej i zatrzymała się za Dirkiem, kładąc dłoń na jego ramieniu. Vikary spoglądał na nich w milczeniu. Przez długą chwilę Dirk obawiał się, że Kavalar wyłączy ekran i zostawi ich własnemu losowi.

Nie zrobił tego jednak.

— Byłeś bratem ze schronienia — powiedział do Dirka. — Ufałem ci — Przeniósł spojrzenie na Gwen. — A ciebie kochałem.

— Jaan — odezwała się szybko, głosem tak cichym, że Dirk wątpił, by Vikary ją usłyszał. Potem coś w niej pękło. Odwróciła się i wyszła pośpiesznie z pokoju.

Vikary nie wyłączył jednak ekranu.

— Widzę, że jesteście w Wyzwaniu. Dlaczego się ze mną połączyłeś, t’Larien? Wiesz, co musimy zrobić, ja i mój teyn?

— Wiem — odparł Dirk. — Zaryzykuję. Musiałem ci powiedzieć. Braithowie trafili tu za nami. Nie wiem, w jaki sposób. Nawet nie przyszło nam do głowy, że mogą nas wytropić. Ale tak się stało. Bretan Braith Lantry wyłączył miejski komputer i wygląda na to, że kontroluje większą część źródeł mocy. Pozostali… mają sfory psów. Są w korytarzach.

— Rozumiem — stwierdził Vikary. Przez jego twarz przemknęło jakieś dziwne, niemożliwe do rozpoznania uczucie. — Lokatorzy?

Dirk kiwnął głową.

— Przylecicie?

Vikary uśmiechnął się bardzo blado, bez śladu wesołości.

— Prosisz mnie o pomoc, Dirku t’Larien? — Potrząsnął głową. — Nie, nie powinienem z ciebie szydzić. Nie prosisz o pomoc dla siebie. Rozumiem to dla nich, dla Emerelczyków, tak, przylecimy z Garse’em. Przywieziemy nasze nadajniki i tych, których znajdziemy przed łowcami, zrobimy korarielami Ironjade. Ale potrzebujemy czasu, być może zbyt dużo. Wielu zginie. Wczoraj w Mieście w Bezgwiezdnym Jeziorze nagle zakończyło życie stworzenie zwane matką. Dzieci galarety… słyszałeś o czarnowińskich dzieciach galarety, t’Larien?

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)