Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Viridoviks pozwolił osunąć się ciału w błoto. Wziął sobie sztylet — zakrzywione ostrze z ciężką rękojeścią, zakończoną gałką w kształcie figi — i przeciął rzemień krępujący mu nogi w kostkach. Zmusił się do odczekania aż ból i mrowienie powracającej do normalnego krążenia krwi zupełnie zniknęły, zanim poruszył się znowu.
— Masz tylko jedną szansę, wiec nie spieprz wszystkiego z pośpiechu — wymruczał pod nosem.
Bębniący deszcz ukrył wszelkie odgłosy, gdy prześliznął się do nomadów — oto wreszcie mógł się spokojnie zemścić. Ale zamarł w połowie ruchu, gdy nachylał się nad pierwszym z nich. Walka z Kubadem była uczciwa, ale nie mógł przecież zabijać śpiących ludzi. Głupcem osiemdziesięciu pięciu rodzajów, tak właśnie nazwałby cię Gajusz Filipus — powiedział do siebie chowając broń do pochwy. Gdy ją odwrócić, mogła być użyta jako pałka.
Uderzył trzy razy — żadne z uderzeń nie należało do łagodnych, bo też i nie chciał, żeby któryś z Khamorthów obudził się z wrzaskiem. Został mu tylko Varatesh.
Wódz banitów obudził się, czując jak coś łaskocze go po gardle — był to nóż Viridoviksa. Opanowany, jak zawsze, przesunął prawą dłoń w kierunku sztyletu, który nosił przy pasie, mając nadzieję, że ten ruch będzie niewidoczny pod grubym płaszczem.
— Nie próbuj tego — poradził mu Celt. W lewej ręce trzymał drugi nóż, schowany do pochwy i odwrócony. — Rozwalę ci łeb, jak tylko się ruszysz, więc lepiej leż spokojnie. — Varatesh pomyślał przez moment i zdecydował, że Viridoviks ma rację i zdawał się rozluźniony. Celt pozostał jednak czujny.
— Nie wiem, jak twarde łepetyny mają twoi chłopcy, więc pożegnam się szybko — powiedział Gal.
To poruszyło Varatesha bardziej niż cała sytuacja.
— Jesteś wolny i nie zabiłeś ich?
— Kubad nie żyje — odparł rzeczowo Viridoviks. — Ale resztę czeka tylko fatalny ból głowy, taki sam jaki zawdzięczałem tobie. Ciebie zresztą też — dodał i uderzył banitę. Varatesh opadł bezwładnie.
Obawiając się, że Khamorth może tylko symulować, Viridoviks wycofał się powoli, ale jego leworęczny cios był wystarczająco silny. Pracując najszybciej jak potrafił, związał całą czwórkę nieprzytomnych nomadów. Jeden nich nie był całkiem ogłuszony i Gal musiał się poprawić. Zabrał całą broń jaką udało mu się znaleźć, załadował ją na konia, a potem przypiął do pasa swój własny miecz. Poczuł wreszcie jego przyjemny ciężar na biodrze.
Varatesh otworzył oczy, gdy Celt wiązał jeszcze cugle koni w jeden węzeł. Od razu zabrał się do krepujących go rzemieni, nie starając się wcale tego ukryć — gdyby Viridoviks zamierzał go zabić, byłby już martwy.
— Jeszcze się spotkamy, cudzoziemcze — obiecał.
— Pewnie tak, ale wydaje mi się, że nie za szybko, nawet kiedy już się uwolnisz — powiedział Viridoviks, kończąc pracę przy zwierzętach. — Będziecie wyglądali jak banda skończonych kretynów, ścigając mnie na piechotę, mnie i wasze konie, i w ogóle.
Varatesh zamilkł i spojrzał na niego z szacunkiem.
— Miałem nadzieję, że o tym nie pomyślisz, bo większość południowców by nie pomyślała. — Spróbował pokręcić głową, ale skrzywił się z bólu i zrezygnował, uznając to za kiepski pomysł.
— A poza tym — kontynuował Viridoviks z uśmiechem będziesz miał niezłą zabawę szukając śladów w tym bajorze. — Khamorth zachmurzył się, przypominając sobie jak mówił o tym do Kubada, choć wtedy dotyczyło to przyjaciół Viridoviksa. Role się odwróciły i to jego musiała o to teraz boleć głowa. Tak jak i wkrótce będą go boleć nogi — pomyślał gorzko.
Gal wskoczył na siodło.
— A żeby cholera wzięła te wasze kurduplowate strzemiona — mruczał. Przy jego długich nogach, kolana musiał trzymać prawie pod brodą. Wbił ostrogi w żebra stepowego konika i szturchnął mocno, kiedy ten próbował go zrzucić.
— Tylko mi teraz bez żadnych takich! — Jeden po drugim w miarę jak naprężały się linki, którymi były ze sobą powiążą ne, konie nomadów ruszały za zwierzęciem, którego dosiadał. Wesoła melodia, którą gwizdał głośno, pochodziła prosto z galijskich lasów. A dlaczego nie? — pomyślał — jestem tu teraz zupełnie sam, więc mogę być sobą — tak, i nikt mi nie powie, że nie rozumie.
Zagwizdał jeszcze głośniej.
Gorgidas wymruczał jakieś sprośne przekleństwo, gdy kropla deszczu uderzyła go w oko, oślepiając na kilka sekund.
— Myślałem, że ta przeklęta pogoda już się skończyła — poskarżył się.
— Dlaczego czekałeś z narzekaniami aż do teraz? — zapytał Lankinos Skylitzes. — Unikaliśmy najgorszego prawie przez cały dzień. Gdybyś pojechał na północ zamiast na zachód, jeszcze ciągle byś nasiąkał jak gąbka.
Arigh przytaknął.
— Im dalej na zachód, tym bardziej sucho. W Shaumkhiil, kraju mojego ludu, te tygodniowe letnie burze nie zdarzają się często. Zima znowu, to już inna historia — wzdrygnął się na samą myśl. — Videssos mnie zepsuło.
— Zastanawiające, dlaczego tak się dzieje? — Zaciekawił się wbrew samemu sobie Gorgidas. — Być może ma to coś wspólnego z odległością od morza. Ale nie… gdyby tak było, jak moglibyście mieć mokre, śnieżne zimy będąc dalej od wody? — Pomyślał chwilę, a potem zapytał: — Czy jest też jakieś morze dalej na północ, z którego wasze zimowe burze mogłyby czerpać wilgoć?
— Nigdy o takim nie słyszałem — powiedział Arigh bez zainteresowania. — Pomiędzy równinami a Yezd jest Morze Mylasy, ale to na południe od mojego kraju, a nie na północ, a poza tym jest niewiele większe od jeziora.
Ku zaskoczeniu Gorgidasa, do rozmowy włączył się Goudeles.
— Nieźle pomyślane, cudzoziemcze. Morze Północne rzeczywiście leży w pewnej odległości na zachód od ziem Haloga, choć nikt nie wie jak daleko naprawdę, i jest zupełnie zimne i ponure.
— Skrzywił twarz w eleganckim grymasie niechęci. — Ono musi być przyczyną okropnej pogody, o której wspomniał dobry Arigh.
— Skąd o tym wiesz, Pikridos? — wyzywająco spytał Skylitzes. — O ile wiem, nigdy dotąd nie wystawiłeś nosa poza Videssos.
— Z fragmentu poezji, na który natknąłem się w archiwach — odparł uprzejmie biurokrata. — Napisanego przez oficera marynarki, zdaje się, Mourtzouphlosa, to stara rodzina, niedługo po Sta-vrakiosie, kiedy Halogajczycy liczyli się jeszcze z Imperium. Bardzo interesująca rzecz, naprawdę; człowiek jest zupełnie zauroczony jej dziwnością, prawie tak jakby autor pisał o innym świecie. Skały, lód, wiatr i dziwaczne ptaki przybrzeżne z jasnymi dziobami, o jakiejś śmiesznej nazwie, którą musiał wziąć od tamtejszych barbarzyńców. „Auk”, chyba tak właśnie.
— No cóż, wygrałeś — powiedział Skylitzes, pobity przytłaczającą salwą detali, jaką zaserwował mu gryzipiórek. Goudeles pochylił głowę w ukłonie samozadowolenia. Gorgidasowi zdawało się, że słyszy, jak Skylitzes zgrzyta zębami.
— Przepraszam was, panowie — wtrącił się Agathios Psoes, zawsze praktyczny jak Rzymianin — ale to wygląda na dobre miejsce na obóz, tam z przodu, przy strumieniu. — Oficer pokazał je ręką. Jakby na ten znak, z szarego nieba zleciało prosto na nich rozkwakane stadko kaczek. Psoes uśmiechnął się niczym magik, któremu właśnie udała się sztuczka, a jego ludzie przygotowali łuki. Gorgidas czuł jak burczy mu w brzuchu na myśl o pieczonej kaczce.