Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
Uchwyt na gardle zawahał się tylko na chwilę, a on nie pozwolił wymknąć się takiej okazji. Wyrwał się i odwrócił do napastnika. Wiedział już, co zobaczy.
Była to nieokreślona twarz Zabójcy. Od czasu pobytu w Domu jego nienawiść do Zwycięskich urosła przesadnie, a po walce z Reklą już nic nie mogło stanąć między nim a tym uczuciem.
Nie bał się, nie czuł się winny. Myślał o Dubhe, która czekała na jego pomoc po drugiej stronie skalnej ściany. Myślał o nocy, którą razem spędzili, myślał o tym, jak była traktowana podczas niewoli. I przypomniał sobie swoją matkę, jej ciało pośród innych, porzucone w zbiorowej mogile. Wiedział już, że nie pragnie nic innego tylko walczyć, teraz.
Wreszcie ureguluję rachunki. Ja będę wolny, a ze mną i Dubhe.
Wyciągnął sztylet, który ona sama dała mu tuż przed wyjściem z groty, i przyjął pozycję. Wziął kilka lekcji walki mieczem, dawno temu, ale z pewnością nie był wytrenowany. A poza tym w dłoni nie miał przecież miecza, tylko sztylet. Powiedział sobie, że nie stanowi to wielkiej różnicy, chodzi po prostu o to, aby dać swobodnie upust własnemu instynktowi.
Te rozmyślania rozproszyły go, aż nagle poczuł straszne pieczenie w lewym uchu. Zabójcy udało się go trafić, korzystając z jego rozkojarzenia. Lonerin automatycznie zacisnął palce na sztylecie i wycelował go w przeciwnika. Był gotowy do obrony, teraz już nie straci czujności.
Tamten uśmiechnął się ironicznie na tę reakcję.
— No co, postanowiłeś zostać mordercą?
Podniósł uzbrojoną dłoń jak do uderzenia, ale była to zmyłka. Nóż błyskawicznie poszybował do gardła Lonerina. Czarodziej wyciągnął rękę przed sobą, wypowiedział tylko jedno stanowcze słowo, a znowu w ułamku sekundy zmaterializowała się przed nim srebrzysta tarcza. Tym razem to Zabójca musiał wykonać unik, ale zrobił to bez większej trudności. Miał zwinność kota, dokładnie tak jak Dubhe, dokładnie tak jak Zwycięski.
Lonerin wziął zamach i rzucił się na niego, krzycząc co tchu w piersiach, ale jego ruchy okazały się jeszcze zbyt niezgrabne, aby dosięgnąć celu.
Zabójca skakał raptownie, robił uniki. Nowy nóż, kolejny cios. Lonerinowi udało się go odparować, usuwając się w bok.
— Widzę, że jesteśmy dość szybcy… — powiedział uszczypliwie Filia.
Przez kilka chwil przyglądali się sobie, stojąc nieruchomo. Lonerin miał zadyszkę i kurczowo ściskał sztylet w ręku. Wydawało się, że jego przeciwnik nie jest w lepszym stanie. On też oddychał z trudem, a jego czoło zroszone było potem.
Lonerin pozwolił sobie na myśl, że skoro Zabójca jest taki wyczerpany, to może mu się uda.
Jego spojrzenie musiało w jakiś sposób rozjaśnić się nową determinacją, bo tamten uśmiechnął się dziko.
— Myślisz, że mnie zabijesz?
Lonerin milczał, ale coś w nim odpowiedziało: „Tak”.
— Nie masz co próbować, i tak nigdy nie pozwolę ci przejść na drugą stronę! — krzyknął Filia. — Moja pani potrzebuje być sama, ma spotkanie z twoją przyjaciółką.
Lonerinowi nagle zakręciło się w głowie. Jak mógł nie połączyć tych dwóch faktów? Skoro ten mężczyzna znajdował się przed nim, wobec tego z drugiej strony zapadliska z pewnością była Rekla. Dubhe była w niebezpieczeństwie… Musiał się pospieszyć. W tym momencie Zabójca rzucił się na niego, uderzając go nożem, który właśnie wyciągnął. Lonerinowi udało się odeprzeć natarcie, ale przy każdym ruchu cofał się o krok.
Następny cios nadszedł niespodziewanie, Lonerin ledwo zdążył zobaczyć kątem oka czarną błyskawicę kierującą się do jego boku. To słowo natychmiast wypełzło mu na wargi, a Filia zawył z bólu. Lonerin odzyskał bezpieczną odległość.
Zrobił to. Nie mógł w to uwierzyć. Zrobił to, nie zastanawiając się, jak coś najbardziej naturalnego na świecie.
Wypowiedziałem zakazaną formułę.
Popatrzył ze zdumieniem na mężczyznę klęczącego przed nim z wytrzeszczonymi oczami, z twarzą wykrzywioną niczym maską cierpienia. Przyciskał do siebie prawą rękę, tę, w której wcześniej trzymał sztylet. Była zwęglona, a on zaciskał zęby, żeby tylko nie wrzeszczeć.
Lonerin nie poczuł odrazy do samego siebie, był raczej zdumiony gładkością, z jaką złamał jedno z najważniejszych ostrzeżeń swojego mistrza, Folwara.
„Możesz pomyśleć, że czasami zakazane formuły są skrótem, a nawet, że są jedynym wyjściem z sytuacji, ale to wszystko pułapki. To magia, która zawsze bierze w zastaw część twojej duszy”.
Lonerin odczuwał jednak zadowolenie. Wreszcie zranił Zwycięskiego, był tak silny jak oni. Było tak, jak gdyby owe wszystkie lata spędzone na nauce i udręce, aby starać się być lepszym człowiekiem, nie mogły nie doprowadzić go tutaj, do tego momentu najwyższego wyzwolenia.
Zabójca uśmiechnął się nieludzko, z twarzą zmienioną przez cierpienie.
Lonerin zareagował instynktownie, krzyknął i rzucił się do ataku. Przeciwnik nawet teraz, będąc ranny, był straszliwie szybki i kilkoma pchnięciami znowu zapędził go w róg. Wówczas czarodziej wypowiedział owe słowa po raz drugi. Filia potoczył się na ziemię prawie do przepaści, ale ostatnim wysiłkiem udało mu się zatrzymać, zanim było za późno. Podniósł się z trudem, cały ciężar ciała opierając na jednej nodze. Lonerin wykorzystał to, aby wykrzyczeć kolejne zaklęcie. Ramię Zabójcy wnet stało się twarde i sine, i w krótkim czasie aż po łokieć zamieniło się w kamień. Lonerin już miał przywołać na twarz triumfalny uśmiech, kiedy zorientował się, że popełnił fałszywy krok. Oczywiście zranione ramię pozostawało bezużyteczne, ale teraz, kiedy było z „kamienia, było również nieczułe na ból.
Zabójca zaśmiał się dziko.
— Dzięki za prezent.
Jego zamach miał niesłychaną siłę. Lonerin potknął się o własne nogi i upadł na ziemię z odbicia, uderzywszy plecami o skałę. Przeciwnik zamachnął się i czarodziej ledwo zdążył przesunąć głowę, zanim ostrze wbiło się w skałę o szerokość dłoni od niego. Daleki ryk rozbrzmiał echem w dolinie. Mężczyzna zacisnął mu dłoń na gardle i żelaznym uchwytem podniósł go z ziemi.
— Czas z tym skończyć — syknął mu prosto w twarz.
Lonerin poczuł, że zaraz zemdleje. Nie był przyzwyczajony do walki, pojedynek sztyletem i dwa zakazane zaklęcia wykończyły go. Musiał się jednak uratować. Posunął się do zaprzedania swojej duszy, nie mógł zatrzymać się właśnie teraz.
Powoli poruszył ręką i dotknął swojej rany na ramieniu. Było to zaledwie przecięcie, ale wystarczające, aby opuszki zabarwiły się na czerwono. Następnie podniósł dłoń i prysnął krwią na twarz Zwycięskiego, słabym głosem recytując formułę. Krople przekształciły się w długie, ścisłe jak sznury włókna, które oplotły Zabójcę w duszącym uścisku i zmusiły go, aby puścił. Lonerin był wolny i ześlizgnął się po skalnej ścianie, drapiąc sobie skórę. Niewiele brakowało, a Zabójca by go udusił. Chłopak kaszlał bez przerwy, starając się oddychać. Pozwolił sobie na kilka sekund bezruchu na odzyskanie sił, po czym podniósł się w porywie niekontrolowanej wściekłości.
Zabójca leżał na ziemi ze związanymi ramionami i miotał się, krzycząc:
— Przeklęty!
Lonerin pomyślał, że to piękny widok. Pokonał jednego z zabójców swojej matki, a teraz ten rzucał się jak owad przyklejony do pajęczej sieci.
Jest mój, mogę zrobić z nim to, co chcę. Próbował mnie zabić, a ja go pokonałem. Teraz mogę go zabić, mam ku temu wszelkie powody, nikt nie będzie mógł mnie za to potępić.
Drżącą z podniecenia dłonią wziął sztylet. Jego dłoń była lepka od krwi, ale to nie miało znaczenia. Zabójca splunął na niego, próbując coś powiedzieć, lecz Lonerin postawił mu stopę na piersi, przyciskając gwałtownie.