Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
Lonerin przytaknął.
— Smoki są najdawniejszymi istotami Świata Wynurzonego, jego panami. Ten smok posiada tę ziemię, należy ona do niego prawnie, a my ją naruszaliśmy. Powiedzmy, że uniżając się u jego stóp, zasłużyliśmy sobie na pobyt w tej dolinie.
Po tym spotkaniu Dubhe i Lonerin wstąpili na skalistą ścieżkę.
Piękno tej doliny było niewiarygodne, wydawała się dzikim i utraconym rajem, ze smokami, które wszędzie się kręciły. W krótkim czasie naliczyli ich pięć. Zwierzęta te były dziwne — mniejsze niż te, które zamieszkiwały Krainy Wynurzone, z proporcji przypominały mniej więcej niebieskie smoki. Różniły się jednak od nich kolorem, a przede wszystkim skrzydłami. Smoki z tych ziem miały bowiem malutkie skrzydełka, przyczepione do łopatek jak kikuty. Z pewnością nie były w stanie utrzymać w locie ich olbrzymich cielsk. Miały jednak swój wdzięk; były czerwone, poprzecinane białymi żyłkami, przejrzyste, prawie przezroczyste i sprawiały wrażenie czegoś nieskończenie kruchego.
Najdziwniejsze było to, że smoki te chodziły po skalnych ścianach niczym jaszczurki. Dubhe i Lonerin widzieli, jak łażą po urwisku w górę i w dół, wchodząc i wychodząc z namiotu drzew przykrywającego dolinę. Przyczepiały się do ścian dzięki potężnym pazurom, w jakie uzbrojone były trzy palce każdej łapy. Miały one długość dłoni, były zaostrzone i potężne, i wbijały się w skałę, działając jak harpun. Za każdym razem, kiedy chwytały, skała drżała. To właśnie były owe tajemnicze kroki, które wyczuli podczas ostatnich etapów swej podziemnej wędrówki.
Dubhe zauważyła, że ściana obok niej była cała podziurawiona czarnymi, głębokimi otworami. Były to właśnie ślady tych pazurów.
Musieli się przyzwyczaić do poruszania w obecności tych zwierząt. Wywoływane przez nie wibracje sprawiały, że na wąskiej ścieżce trudno było im utrzymać równowagę; poza tym ich obecność była nieco niepokojąca. Po pierwszym kontakcie nie okazywały już żadnego zainteresowania tym dwojgiem ludzików przemierzających ich terytorium, a jednak Dubhe dalej czuła się intruzem, w jakiś sposób obserwowanym.
Nad ich ścieżką oraz pod nią przebiegały od niedawna dwa inne małe szlaki. Nieustannie pojawiały się i znikały, czasami łącząc się z ich drogą, a czasami niknąc u brzegu urwiska, w górze, lub w zieleni puszczy — w dole.
— Pewnie zostały przez kogoś zbudowane — zauważyła Dubhe, wskazując je głową.
— Rzeczywiście, dokładnie tak to wygląda — potwierdził Lonerin, potakując.
— Czy Sennar mówił o nich kiedyś Idowi?
— Prawdę mówiąc, nie wspominał nawet o tym wąwozie. Od tego momentu wskazówki się plączą. Jestem jednak pewien, że kierunek jest dobry.
Dubhe nie wątpiła w to. Od kiedy zobaczyła go przy smoku, znowu ślepo mu ufała.
W tym momencie nagły ryk rozdarł powietrze. Ziemia pod ich stopami zadrżała, a Lonerin musiał oprzeć dłonie na skalnej ścianie. Następnie wychylił się do przodu, żeby zobaczyć, co dzieje się tam w dole.
Kolejne ryki przepełniły powietrze. Smoki były wzburzone. Potem jeden z nich, silniejszy od innych, spowodował prawdziwe trzęsienie ziemi. Dubhe słyszała jego kroki kilka łokci pod sobą. Były one pospieszne i tak gwałtownie wstrząsnęły skałą, że zawaliła się cała część grani.
Niczym w koszmarze sennym Dubhe zobaczyła, jak Lonerin znika za deszczem odłamków i głazów.
— Lonerin! — krzyknęła.
Ledwo zdążył odwrócić się z ręką wyciągniętą do niej i ustami otworzonymi, żeby ją zawołać. Potem nic więcej. Przed Dubhe była tylko góra kamieni i tłucznia.
Już miała rzucić się do odłamków, kiedy jakiś hałas ją zatrzymał.
— Ja bym się o niego nie martwiła.
Ten głos wbił ją w miejsce.
A niech to.
W mgnieniu oka przypomniała sobie swoje wyjście z grot razem z Lonerinem.
Nie mam mojego sztyletu.
17. Demon nienawiści
— Oto i oni. — Rekla dała znak Filii, a on się zatrzymał. Pomógł jej powoli zejść. Była już cieniem samej siebie, ale jej ciało uparcie nie chciało ustąpić upływowi lat. Obydwoje wychylili się ze szczytu i zobaczyli ich.
Pod nimi Dubhe i Lonerin przemierzali wąski skalny chodnik. Zabójcy znajdowali się lekko w tyle względem pozycji młodych, a to dawało im pewną przewagę.
— Dobrze się sprawiłeś — powiedziała Rekla, odwracając się do towarzysza.
Decyzja o niesieniu jej na plecach okazała się strzałem w dziesiątkę. Filia wykrzesał z siebie całą swoją energię i starał się być tak szybki, jak tylko mógł. Teraz był wykończony, ale przynajmniej nadrobili dystans, jaki dzielił ich od Dubhe.
Rekla prawie od razu przestała marudzić i pozwoliła sobie pomóc, skoro już stała się zbyt słaba, żeby kontynuować pościg samodzielnie.
— Są we dwójkę, czarodziej znowu jest z dziewczyną — zauważył Filia. — To niemożliwe…
Rekla domyśliła się tego od razu, kiedy tylko natrafili na ich ślady, ale naoczne stwierdzenie, że to naprawdęon, że przeżył, było czymś zupełnie innym.
— W końcu nigdy nie znaleźliśmy jego ciała — syknęła ironicznie.
Filia westchnął. Był wykończony, a ona osłabiona wskutek braku eliksiru. Oczywiście, nie była to pierwsza lepsza staruszka, ale w takim stanie nigdy nie poradzi sobie z dwójką nieprzyjaciół.
— Ja się zajmę chłopakiem, a wy Dubhe.
— Nie ma mowy, nie dasz rady. Za bardzo się zmęczyłeś podczas tej przeprawy.
— To tylko czarodziej, nie jest wojownikiem. Jest w moim zasięgu, pani. Dubhe jest wasza. To nagroda, na jaką zasługujecie, aby pomścić wasze cierpienie. Aby w pełni się nią cieszyć, potrzebujecie rozprawić się z nią własnoręcznie.
Na te słowa oczy Rekli rozbłysły. Popatrzyła na niego przeciągle i Filia miał mnóstwo czasu na przyjrzenie się jej wyniszczonej starością twarzy, pajęczynie zmarszczek i matowości jej oczu. I tak ją kochał, i to jeszcze bardziej niż przedtem.
— Dziękuję — Rekla powiedziała to, odwracając wzrok, jakby z nieśmiałością, a on poczuł, jak otwiera mu się serce. — Nigdy nie miałam uczniów, którzy by mi służyli z takim oddaniem — dodała.
Filia pochylił głowę. Czuł, jak gwałtowne pragnienie atakuje jego pierś, niepowstrzymana radość. Nie zastanawiając się długo nad tym, co robi, wziął ją za ramiona i zanim zdołała powiedzieć coś jeszcze, zanim mogła zaprotestować, przycisnął usta do jej zwiędłych i wysuszonych warg. Trwało to tylko chwilę, po czym się oderwał. Zobaczył jej oczy pełne zdumienia i przemówił, zanim zdążyły wypełnić się gniewem za to, co ośmielił się zrobić.
— Wygraj też dla mnie — szepnął jej i uciekł.
Kiedy tylko skalna ściana runęła w dół, Lonerin rzucił się na nią. Słyszał, jak Dubhe go woła. Przez kilka chwil był oślepiony pyłem i żeby nie upaść, był zmuszony oprzeć się o znajdującą się za nim skałę. Potem huk ustał, nawet krzyki smoków ucichły i wszystko stało się aż nazbyt milczące. Jego uszy były pełne pogłosu lawiny i czuł się oszołomiony.
— Dubhe! — zawołał, kaszląc.
Jeszcze nie skończył wymawiać tego imienia, a poczuł na gardle żelazny ucisk i dostrzegł jakiś zbliżający się do niego błysk. To instynkt go uratował.
Słowo zaklęcia wyszło mu chrapliwie z ust, prawie zduszone, ale skuteczne. Ostrze zatrzymało się na cienkiej srebrnej bańce, która pojawiła się wokół jego ciała. Lonerin zobaczył wyciągnięte ramię trzymające rękojeść i wyraźnie rozpoznał jednoznaczny profil czarnego ostrza z gardą w kształcie węża.