Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
Poczuła, jak rośnie w niej lęk. Co wtedy zrobi? Zacisnęła powieki, jak gdyby chciała o tym zapomnieć, a potem odwróciła się do Lonerina, szukając jakiegoś pocieszenia. Jego profil w półcieniu jaskini był ledwo dostrzegalny, ale to wystarczyło, żeby przypomniał jej Mathona. Wtedy, kiedy była małą dziewczynką i była w nim zakochana, już samo patrzenie na niego wywoływało w niej pustkę w żołądku. Dubhe zatrzymała wzrok na dłoniach młodzieńca. Nic. Nie czuła zupełnie nic. Obserwowała, jak jego pierś podnosi się i opada w rytm oddechu, ale dla niej jakby go nie było. Wrażenie, że znowu jest tak daleko, przepełniło ją bólem.
— Czy nie czas, żebyś wzięła eliksir?
Lonerin zatrzymał się i odwrócił do niej z twarzą częściowo oświetloną świetlistą kulą wyrastającą z wnętrza jego dłoni. Przemierzali właśnie niski i wąski chodnik, on z przodu, a Dubhe za nim.
Uciekła przed nim spojrzeniem.
— Już brałam.
Lonerin wyglądał na zdumionego.
— Nie zauważyłem.
— Wczoraj rano, kiedy spałeś.
— Ile ci jeszcze zostało?
Dokładnie to pytanie, którego Dubhe się obawiała.
— Wystarczająco.
— To nie jest odpowiedź — odparował z zawziętością. — A druga buteleczka? Zgubiłaś ją?
To było niesamowite, jak potrafił w lot pochwycić wszystko, co dotyczyło jej klątwy. Łącznie z kłamstwami. Zawsze wiedział, jak się miewa, na ile odczuwa obecność Bestii i kiedy powinna wziąć eliksir. Wydawało się, że tylko to go obchodzi.
— Powiedziałam ci, że wystarczy.
Lonerin popatrzył na nią twardo.
— Jeżeli pozwolisz, ja będę o tym decydował. W końcu jestem czarodziejem.
Dubhe nie wiedziała, co mu odpowiedzieć. Głęboko pragnęła, żeby wszystko szło dobrze, potrzebowała, aby Lonerin rozumiał ją, pomagał jej. A jednak wydawało się, że nie jest w stanie.
— Myślę, że jedną z buteleczek zgubiłam w jeziorze — powiedziała wreszcie z miną winowajczyni. — Wczoraj rano wzięłam jeden łyk, eliksiru zostało jeszcze na parę tygodni.
Wyraz twarzy Lonerina złagodniał. Nastąpiła chwila ciszy. Dubhe opuściła wzrok, żeby nie napotkać jego spojrzenia, ale on po prostu otoczył ją ramionami.
— Znajdziemy sposób, bądź spokojna. Obiecałem ci to…
Dubhe czuła na szyi jego ciepły oddech. Siła i szczerość tego porywu były autentyczne, ale ona stała zimna i obojętna, i za to gardziła sobą głęboko. Nie potrafiła odnaleźć w sobie uczuć z tamtej nocy, kiedy się kochali.
— Tak — wymruczała, wciskając twarz w jego ramię.
— To wszystko się skończy, a wtedy ja i ty będziemy mieli życie, na jakie zasługujemy, prawda?
Lonerin spojrzał na nią z czułością, po czym pocałował ją w usta. Dubhe pozwoliła mu na to, chociaż pocałunek ten był jej obojętny. Kiedy się od niego oderwała, wzięła jego dłonie w swoje, jak gdyby rozpaczliwie prosiła o pomoc. Lonerin tylko się do niej uśmiechnął. Odwrócił się, znowu zapalił w palcach świecącą igłę wskazującą zachód i podjął wędrówkę.
Przemierzali te chodniki już od dłuższego czasu, kiedy poczuli, jak ziemią wstrząsają jakieś wibracje. Był to głuchy, niski dźwięk, i zdawało się, że pochodzi prawie z wnętrzności ziemi.
Obydwoje na chwilę zamarli w milczeniu, starając się zrozumieć, co to było. Minęło kilka minut, a czas ten wydawał się Dubhe wiecznością. Ciemność groty zgęstniała tak, że stała się przytłaczająca w porównaniu ze słabym światłem ich pochodni. Nie było wątpliwości: zmysły Bestii były wytężone do granic możliwości. Wzrok, słuch, siła mięśni. Dubhe była już gotowa do akcji, a jednak coś jej mówiło, że czas jeszcze nie nadszedł: tak, coś tam było, czuła to, ale jej zwierzęcy instynkt nie reagował. W tej chwili ziemia znowu zadrżała. Tym razem hałas zdawał się pochodzić dokładnie znad ich głów.
— Miejmy nadzieję, że to nie jakaś nowa diabelska sztuczka tych przeklętych ziem — powiedział Lonerin.
— Nie sądzę, nie czuję żadnego zagrożenia — odpowiedziała Dubhe, wzruszając ramionami.
— Pozwól mi zauważyć, że nie czułaś go nawet wtedy, kiedy zaatakowały nas duchy. — Rzucił jej złośliwy uśmiech, sprawiając, że się zarumieniła.
— Potem jednak się zorientowałam, o ile mnie pamięć nie myli — odparła, udając, że się dąsa.
— Muszę ci to przyznać — zgodził się Lonerin z miną starego mędrca.
Dziwnie było tak z nim grać, doświadczać tej nowej zażyłości. Było w tym coś nienaturalnego, co sprawiało, że Dubhe czuła się niepewnie.
Powinnam przestać i starać się przeżyć to, co dał mi los. Nieważne, że czuję dystans, Lonerin to wszystko, co mam.
W nocy spali przytuleni, a ona uspokajała się, słuchając jego oddechu. Rankiem witał ją pocałunkiem w usta, a ona pozwalała mu na to. Myślała, że wystarczy poczekać i pewnego dnia znowu będzie tak, jak za pierwszym razem. Lonerin stanie się dla niej tym, kim w swoim czasie był Mistrz: przewodnikiem, towarzyszem, który wskaże jej właściwą drogę.
Wibracje dalej wprawiały w drżenie skalne ściany, ale w miarę upływu czasu stopniowo się zmniejszały, jak gdyby to, co je wywołało, oddalało się. Postanowili iść dalej, posuwając się ostrożnie. Chodnik był długi, nie mogli zatrzymać się właśnie teraz.
Po czterech dniach dostrzegli świetlisty punkt na końcu tunelu. Wreszcie dotarli, to było wyjście z grot. Dubhe poczuła bicie serca.
Już nie mogła znieść całej tej ciemności, pragnęła światła i jednocześnie obawiała się go. Podczas wędrówki przez długi chodnik wibracje zwiększyły częstotliwość i natężenie. Mieszkająca wewnątrz jej ciała Bestia zaczęła ją drapać, niespokojna, i Dubhe była zmartwiona. Jeżeli to światło rzeczywiście dobiegało z zewnątrz, wówczas odkryją powód tych dziwnych hałasów. To było ryzyko, wiedziała o tym.
Lonerin wyciągnął mapę, wygniecioną już i na wpół zatartą przez wodę, i sprawdził trasę.
To musiała być ich meta, tam była druga strona gór.
— Wiesz, co to znaczy?
Dubhe nie odpowiedziała, czekając, aż on to powie.
— Nie jesteśmy już wcale tak daleko od domu Sennara.
Z tą nadzieją podjęli marsz, nie dbając o odgłosy i strach. Im bardziej zbliżali się do wyjścia, tym bardziej powietrze pachniało świeżością, a ich kroki stawały się coraz szybsze. Praktycznie już biegli, kiedy nagle Dubhe się zatrzymała.
— Co z tobą?
— Coś tu jest.
Czuła to pod stopami, w powietrzu, wokół siebie.
Podniosła palec.
— Posłuchaj.
Lonerin przechylił głowę, skupił uwagę, ale bez rezultatu.
Dubhe zamknęła oczy.
— Jest daleko, jak głuchy warkot… albo raczej ryk. Jeden, dwa, więcej… Lonerin, tam na zewnątrz coś jest — powiedziała, otwierając oczy.
— To prawdopodobne, ale nie zmienia faktu, że musimy tam iść.
— Nie proszę cię, żebyśmy się zatrzymali. Musimy tylko uważać.
— Dobrze — powiedział uspokajająco i odwrócił się, żeby iść dalej.
Dubhe chwyciła go za ramię.
— Ja pójdę pierwsza.
Popatrzył na nią zdumiony.
— Nie ma mowy, ja jestem przewodnikiem.
— Już nie potrzebujemy twojego zaklęcia, żeby znaleźć wyjście.
— Tak, ale…
— Umowa się nie zmieniła — stwierdziła poważnie Dubhe. — Ty nas prowadzisz, a ja ochraniam.