Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
— Ani słowa — nakazał.
Nigdy nikogo nie zabił, ale w tej chwili czuł palącą konieczność, aby zrobić to zaraz, tam, nie namyślając się. Całe życie spędził na tłumieniu swej nienawiści do Gildii. Aby ją pokonać, postanowił użyć magii zamiast broni, to dlatego stosował się do nauk Folwara, które pozwoliły mu odzyskać nad tym uczuciem kontrolę. Teraz jednak wydawało się, że wszystkie te lata, które strawił, starając się zatrzeć pragnienie zemsty, gdzieś się rozpłynęły. Nie było nawet dnia, w którym nie odczuwałby przemożnej chęci zniszczenia tej sekty, która zabiła jego matkę.
Mam prawo wymierzyć sprawiedliwość. Mam prawo pomścić cierpienie. Nie udało mi się uratować mojej matki, ale jeszcze mogę zdążyć ocalić Dubhe. Muszę to zrobić!
Podniósł sztylet. Leżący pod nim mężczyzna nie okazał strachu, miał wręcz spojrzenie kogoś, kto wreszcie odzyska wolność. Lonerin jednak nie zdecydował się. Coś uniemożliwiało mu zrobienie tego kroku.
— No i co? Nie jesteś w stanie? — uśmiechnął się Filia.
Zrób to, teraz, już!
Ostrze połyskiwało zawieszone w powietrzu, ciało czarodzieja było jednym drżeniem.
Zrób to!
Wrzasnął. Wbił ostrze w ziemię, o włos od głowy mężczyzny.
— Ty mi tego nie zrobisz! Nie sprawisz, że stanę się tym, z czym przez całe życie walczyłem!
Krzyknął tak gwałtownie, że zaczęło go boleć gardło. Upadł na ziemię, zakrył twarz rękoma. Był zrozpaczony. Lecz nie zabije go. Miał niezmierzoną ochotę, ale nie zrobi tego. Nie mógł, w przeciwnym wypadku te wszystkie lata na nic by się nie przydały.
Usłyszał, jak leżący koło niego mężczyzna się śmieje. Gorzki, rozpaczliwy śmiech.
— Tchórz — mruknął.
Lonerin dalej patrzył w ziemię.
— Ty nie możesz tego zrozumieć. To jest właśnie głęboka różnica między mną a tobą. Ty nie możesz i nigdy nie będziesz w stanie zrozumieć — warknął.
— To ty nie możesz zrozumieć — odparował tamten, patrząc w niebo nad nimi.
Lonerin odwrócił się, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Potem nieludzki krzyk wstrząsnął obydwoma.
18. Powracające wspomnienia
Ido obudził się wcześnie. San leżał w łóżku obok niego i spał spokojnie, pogodnie.
Gnom czuł się dość silny. Zabiegi chłopca przyniosły nadzwyczajne efekty, a resztę zawdzięczał hartowi swojej rasy. Jeszcze parę dni, a będą mogli podjąć wędrówkę. Teraz jednak miał ochotę przejść się po kryjówce ruchu oporu, sam.
Od kiedy postawili nogę tam, pod ziemią, czuł potrzebę, żeby to zrobić. Dręczyły go wspomnienia, a myśl o pielgrzymce po tym miejscu pamięci wydała mu się czymś właściwym. Mieć sto lat oraz przeżyć wszystko i wszystkich było sytuacją trudną do zniesienia. Ido czuł się zmęczony i przygnieciony tym ciężarem. Śmierć zaczynała wydawać mu się bardziej przyjaciółką niż przeciwniczką. Ale było jeszcze wiele do zrobienia i nie miał zamiaru odchodzić, pozostawiając za sobą coś niedokończonego.
Ujrzenie miejsc, gdzie walczył i cierpiał, weselił się i świętował, z pewnością pomoże mu poczuć się lepiej.
Dotarł do swojego dawnego pokoju, wykutej w ścianie niszy. Z boku znajdowało się łóżko, które przez wiele lat dzielił z Soaną. Nieco dalej natomiast sala, gdzie przemawiał do swoich ludzi, gdzie dyktował im rozkazy i gdzie razem planowali działania partyzanckie. Zbrojownia z już na wpół zardzewiałymi mieczami, włóczniami, porozrzucanymi zbrojami.
Wszystko było puste i milczące. Jednak Ido dobrze pamiętał twarze swoich towarzyszy, a nawet ich śmierć. Nieskończona seria pogrzebów, ciała porozdzierane mieczami, pielęgnowani podczas agonii umierający.
Nogi same zaprowadziły go do wielkiej areny, mieszczącej się w pustym basenie. Przysposobili go tak, że dach mógł się rozsuwać dzięki mechanizmowi uruchamianemu przez trzy osoby. Na zewnątrz wznosiły się góry i było to miejsce wystarczająco odizolowane, aby nikt nie zauważył otwarcia.
Wszedł i pełnią płuc wciągnął znajdujące się w środku powietrze. Jeszcze czuł zapach Vesy, jego olbrzymiego cielska wtłoczonego tam przez długie martwe okresy pomiędzy jedną bitwą a drugą. Przypomniał sobie, jak smok drżał, kiedy on wskakiwał mu na grzbiet i mówił mu, że polecą walczyć. To tam podnieśli się do ostatniego lotu w dzień, kiedy ruch oporu został zmieciony, a akwedukt zdobyty.
W uszach rozbrzmiewa mu dźwięk własnych kroków. Ido już powiedział swoim ludziom, aby uciekali, ale żołnierze Dohora dalej szukają ich po całym akwedukcie. Udaje mu się dotrzeć do areny, jest zasapany, wyczerpany, rana na ramieniu zaczyna pulsować. Zatrzymuje się gwałtownie. Przed nim rozciąga się cmentarz zwęglonych ludzi, a pośrodku unosi się Vesa, jego smok, czekający na niego z dumnym i rozognionym spojrzeniem.
Kiedy tylko Vesa go dostrzega, wydaje głośny ryk i Ido uśmiecha się do niego ze wzruszeniem. Jego rumakowi udało się, znowu będą razem walczyć.
Ido biegnie do niego, muszą szybko uciec i mają mało czasu. Kiedy jest blisko, orientuje się, że smok jest ranny. Kilku włóczniom udało się zarysować pancerną skórę prawego skrzydła, ale niepokoi go przede wszystkim owo szczególnie głębokie rozcięcie na łapie.
— Co oni ci zrobili, Vesa…
Smok opuszcza do niego łeb, lekko prycha.
Ido głaszcze go delikatnie.
— Teraz razem sobie stąd pójdziemy. Zobaczysz, każę cię wyleczyć najlepszemu czarodziejowi świata. Ukryjemy się w Marchii Lasów i stamtąd im wszystkim odpłacimy.
Biegnie do miejsca, gdzie znajdują się urządzenia otwierające trzy nisze umieszczone pod ruchomą skalną ścianą. Potrzeba trzech osób, aby wprawić mechanizm w ruch, ale może jego siła wystarczy, aby otworzyć chociaż połowę. Tyle wystarczy. Resztę załatwi masa Vesy.
Ido wdrapuje się z pewnym trudem. Widzi coraz gorzej, stracił z rany wiele krwi. Udaje mu się jednała dotrzeć do jednej z nisz. W środku znajduje się wielka drewniana dźwignia połączona z całkiem sporym kołem zębatym. Gnom, który nim zawiadywał, leży na ziemi przeszyty włócznią. Ido po prostu go przesuwa. Nie ma czasu na żałobę.
Obiema rękami łapie za dźwignię i ciągnie ze wszystkich sił. Ramię sprawia mu nieznośny ból, ale wreszcie dźwignia się porusza i skała odsuwa się na bok z piekielnym hukiem.
Ido ześlizguje się w dół i niezgrabnie ląduje na grzbiecie Vesy. Zwierzę już próbuje sforsować skałę. Jego olbrzymie mięsnie są napięte z wysiłku, łapy wygięte w łuk, a pazury zatopione w skale. Rana w skrzydle krwawi obficie i salę wypełnia zapach krwi.
— Jeszcze tylko ostatni wysiłek i już. Dalej, Vesa, wytrzymaj!
Skała ze zgrzytem przesuwa się jeszcze bardziej w bok, po czymwyczerpane zwierzę opada na przednie łapy.
Wokół słychać coraz głośniejsze odgłosy wałki, krzyki i szczęk mieczy.
— No już, dalej, udało się!
Ido wyczuwa śmiertelne zmęczenie swojego smoka. Dokładnie to samo, które ogarnia jego samego. Obydwaj są na granicy wytrzymałości.
— Leć! — popędza go. I smok rozgada skrzydła i z trudem unosi się w powietrze.