Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]

Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:

Po ucieczce z Sekty Zabójców młoda wojowniczka Dubhe musi uwolnić się od klątwy, która została na nią rzucona. Jedyną osobą, która może ją uratować, jest Sennar, niegdyś najpotężniejszy czarodziej Świata Wynurzonego, do którego udaje się wraz z Lonerinem po pomoc i radę. Tropem Dubhe podąża Rekla, Strażniczka Trucizn, wierna członkini Sekty Zabójców, z zamiarem zgładzenia dziewczyny. Tymczasem krwiożercza Gildia odkrywa w końcu, jak przywrócić do życia wielbionego przez nich Tyrana — Astera. Potrzebują jedynie ciała, w którym mógłby się odrodzić. Ich wybrańcem zostaje San, wnuk Sennara i Nihal, którego przed pazurami dzikiej sekty chroni gnom Ido. Czy Sennar, który po śmierci Nihal w poczuciu winy odsunął się od ludzi, nie wierząc w uratowanie Świata…
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 91
Перейти на страницу:

To więcej niż może znieść. Jeździec bez smoka nie istnieje, jeździec bez smoka powinien mieć tyle przyzwoitości, żeby umrzeć.

Podnosi głowę, spogląda w oczy Vesy. Widzi, jak powoli gasną, kurtyna jego powiek całkiem opada, a oddech się zatrzymuje. Próbuje go jeszcze wołać, próbuje potrząsnąć nim i uderzyć, ale wie doskonale, że to już koniec i to na zawsze. Z kurczowo zaciśniętymi pięściami Ido wybucha niepohamowanym płaczem, ostatnimi łzami wojownika, jakie mu pozostały.

Ido westchnął. Wspomnienia. Nawet zbyt żywo wyryte w jego umyśle. Obraz leżącego na ziemi Vesy długo pozostał mu w oczach i prześladował go za każdym razem, kiedy widział smoka. Jeździec Smoka, który w nim był, umarł tamtego dnia.

Odwrócił się. Teraz był gotowy. Jeszcze ostatni etap, jaki musiał przemierzyć, ostatnia wizyta, aby zamknąć tę chwalebną i tragiczną przeszłość, wizyta najważniejsza.

Pewnym krokiem ruszył przez akwedukt. Minęły trzy lata, ale rozpoznawał każdy pojedynczy kamień tej trasy. Przebył ją niezliczoną ilość razy, a ból wypalił mu ją w sercu.

Kanał został zatopiony po zdobyciu kryjówki, więc woda wkrótce sięgnęła mu aż do pasa. Szedł naprzód, popychany pragnieniem, którego nie mógł opanować. — Wreszcie go zobaczył. Część była zanurzona w wodzie, ale kwiaty, które zostawił tam ostatnim razem, pozostawały wysoko. Były wysuszone, nie zamokły. Okrągły kamień, o łokciu średnicy, opierał się przed skalną ścianą. Dekorował go fryz ze stylizowanych kwiatów i liści. Jeden z dawnych ornamentów, które często znajdowano w akwedukcie, owoc sztuki jego przodków.

Gnom zbliżył się powoli, jak zahipnotyzowany. Przez trzy lata nie pozwalał sobie na danie upustu bólowi. Od jak dawna nie płakał? Od jak dawna nie pozwalał sobie na słabość, tak słodki luksus?

Położył dłoń na kamieniu nagrobnym Soany, podążył po jego fryzie aż pod wodę, pogładził go i poczuł, że ból porywa go jak wezbrana rzeka. Poddał mu się. Stary przyjaciel, któremu od dawna nie otwierał drzwi. Niemal z radością przywitał łzy.

Ido schodzi do jej pokoju w milczeniu. Wie, że nadszedł końcowy akt.

Przed wejściem zastaje Khala, kapłana, który zajmował się Soaną w ostatnich miesiącach jej choroby. Jego twarz mówi wszystko. Ido zatrzymuje się z rękami opuszczonymi po bokach, pewien, że nie jest gotowy. Nieuważnie słucha słów kapłana, jak gdyby docierały do niego z bezkresnej oddali.

— Ido, myślę, że już nic więcej nie da się zrobić. Przykro mi. Choroba całkowicie zajęła płuca, a w tej sytuacji nasza magia jest bezradna.

—  Ile jeszcze czasu? — pyta ledwo słyszalnie gnom. Khal opuszcza wzrok — Powiedzcie mi i tyle — wyrzuca z siebie ze złością Ido.

—  Może do jutra rana, nie dłużej.

To koniec. Już żadnego miejsca na rozpaczliwe nadzieje, na marzenia bez sensu. Do jutrzejszego poranka wypełnią się lata, które przydzielił im los.

Ido wchodzi do pokoju na palcach, z opuszczonymi oczami.

— Nie musisz zachowywać się tak cicho, nie śpię.

Glos Soany jest słaby i zadyszany. Ido szuka odwagi, żeby podnieść oczy i na nią spojrzeć. Kocha nawet ten wygląd, jaki dała jej choroba, jej śmiertelną bladość, jej skórę, która stała się przejrzysta i przezroczysta od gorączki, jej wąskie i popękane wargi.

— Chodź już i skończmy z tym.

Jej glos jest pogodny. Ona odchodzi spokojna, jak gdyby podejmowała jedną z wielu podróży swojego życia, i zostawia go samego, niezdolnego, żeby się z tym pogodzić.

Ido zbliża się, siada u jej boku i znajduje silę, żeby na nią popatrzeć. Zatrzymuje się nad każdym szczegółem jej twarzy, nad jej zapadniętymi i podbitymi oczami, jej bardzo chudą szyją, jej pomarszczoną skórą.

Czy taką będę ją pamiętał przez resztę życia? Chore ciało zatopione w łóżku? — pyta samego siebie.

Nie może powstrzymać łez.

Soana zamyka oczy, oddycha z trudem.

—  Proszę cię, nie rób tak.

— A co powinienem zrobić?

Kobieta milczy.

Ido bierze ją za rękę i ściska. Ileż razy powtarzał tę scenę? Aż do mdłości, ale przez te wszystkie lata wojny nigdy nie pomyślał, że przeżyje ją właśnie z Soaną. Wolał wierzyć, że jakaś strzała, sztylet, miecz czy trucizna zjawią się najpierw i to ona będzie czuwać przy jego ciele. Przeznaczenie nie było dla niego takie łaskawe.

—  Nie bądź smutny — podejmuje z wysiłkiem Soana. — Przeżyliśmy nasze lata i były wspaniałym darem, nie uważasz? A ja zrobiłam wszystko, co musiałam, niczego nie żałuję.

—  Gdybym nie zabrał cię ze sobą pod ziemię, tu, do akweduktu, gdybym nie był głupcem, zawsze podążającym za wojną…

Ona lekceważąco macha ręką.

— Ido, przyjście tutaj było moim wyborem.

On potrząsa głową. Nie może się poddać.

— Gdybym wcześniej ci powiedział, że cię kocham, mielibyśmy o wiele lat więcej.

Soana uśmiecha się.

— Ale mieliśmy te, a to wcale nie było mało.

Dla niego minęły jak mgnienie. Całuje ją w rękę, ściska ją.

— Ido… — Wyraźnie jednak widać, że nawet Soana nie wie, co mu powiedzieć.

Ido myśli, że śmierć ukochanej osoby nigdy nie jest czymś naturalnym, jest zawsze zabójstwem, prawdziwą kradzieżą. To jak utrata kończyny: nie można się z tym pogodzić. Może to naprawdę tylko życie, ale jeżeli to tak działa, to życie jest niesprawiedliwe i chyba nie warto nim żyć.

— Nie daj mi odchodzić z bólem, że zostawiam cię pogrążonego w rozpaczy.

Ido czuje, że nie ma już słów.

— Jeżeli będziesz tego chciał, nawet to minie. Ale musisz tego chcieć, rozumiesz mnie?

Łzy dalej spływają cicho z oczu gnoma i moczą dłoń Soany.

Z otchłani, w której teraz jest, wydaje mu się niemożliwe, żeby kiedykolwiek jeszcze zobaczył światło, a w każdym razie i tak tego niechce. Skoro ona umiera, on przez resztę czasu, jaki mu pozostał, powinien zostać w ciemnościach.

— Zmieńmy temat, proszę cię.

Soana zmusza się do uśmiechu, stara się nadać swojemu głosowi normalny ton, ale oddychanie przychodzi jej z trudem.

— Pamiętasz tamten wieczór, kiedy poprosiłam, żebym mogła u ciebie zostać?

Ido zamyka oczy. Widzi ją znów taką, jaka była wtedy, dokładnie tak, jak gdyby stała przed nim, jakby te wszystkie lata nigdy nie minęły. Teraz już nie ma wątpliwości, teraz wie, że właśnie taką ją zobaczy za każdym razem, kiedy ją wspomni.

— Nie mogę tego zapomnieć.

— A ślub Sulany z Dohorem, kiedy wstydziłeś się być koło mnie?

—  Wcale się nie wstydziłem! — oburza się Ido.

—  No pewnie, że się wstydziłeś. Wstydziłeś się samego siebie.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 91
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)