Inny wiatr [The Other Wind - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Серия: Ziemiomorze #6
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7337-353-5
- Переводчик: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Inny wiatr [The Other Wind - pl]». Краткое содержание книги:
W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian… Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.
Kalessin zatoczył krąg, zniżył lot i wylądował ciężko pośród ruin muru.
— Agni Lebannen — rzekł smok do króla.
— Najstarszy — pozdrowił smoka król.
— Aissadan verw nadannan — zabrzmiał głośny syczący głos, dźwięczący niczym morze cymbałów.
Obok Lebannena stał Mistrz Przywołań, Brand. Powtórzył słowa w Mowie Tworzenia, a potem przełożył na hardycki.
— Co było podzielone, jest podzielone.
Mistrz Wzorów stanął w pobliżu, jego włosy jaśniały w promieniach wschodzącego słońca.
— To, co zbudowane, zostało zburzone — rzekł. — Co było zniszczone, stało się całością.
Spojrzał tęsknie w niebo na dwa smoki, złocistego i czerwono-brązowego. One jednak niemal zniknęły im już z oczu, tańcząc, zataczając kręgi nad rozległą, opadającą w dół krainą, gdzie w blasku słońca puste miasta cieni rozpływały się w nicość.
— Najstarszy — rzekł Azver i długa głowa zwróciła się powoli w jego stronę. — Czy ona wróci tu jeszcze kiedyś? Do lasu? — spytał w mowie smoków.
Podłużne bezdenne żółte oko Kalessina spojrzało na niego. Olbrzymia zamknięta paszcza zdawała się wykrzywiać w uśmiechu jak u jaszczurki. Smok milczał.
A potem, z głośnym zgrzytem przesuwając swe cielsko wzdłuż muru, tak że kamienie rozsypały się w pył pod żelaznym brzuchem, Kalessin odpełznął od nich i z łoskotem wzniesionych skrzydeł odepchnął się od ziemi, by wzlecieć nisko w stronę gór, których szczyty jaśniały od dymu i białej pary, ognia i słońca.
— Chodźcie, przyjaciele — powiedział Seppel cicho. — Dla nas nie nadeszła jeszcze pora wolności.
Słońce świeciło już na niebie nad koronami najwyższych drzew, lecz na łące wciąż panował chłód szarego poranka. Tenar trzymała dłoń Olchy. Pochylała nisko twarz. Patrzyła, jak zimna rosa przygina do ziemi źdźbło trawy, jak maleńkie delikatne krople kołyszą się lekko. W każdej z nich odbijał się cały świat.
Ktoś wymówił jej imię. Nie zareagowała.
— Odszedł — powiedziała.
Mistrz Wzorów ukląkł obok niej, łagodnie dotknął twarzy Olchy. Jakiś czas klęczał w milczeniu. W końcu zwrócił się do Tenar w jej własnym języku.
— Pani, widziałem Tehanu. Odleciała złota na inny wiatr.
Tenar spojrzała na niego. Twarz miał bladą i znużoną, lecz w jego oczach dostrzegła zwycięską iskrę.
Zebrała siły i przemówiła ochryple, niemal niedosłyszalnie:
— Szczęśliwa?
Przytaknął.
Tenar pogładziła rękę Olchy, rękę mistrza napraw, zgrabną, zręczną. Do jej oczu napłynęły łzy.
— Pozwól mi pobyć z nim chwilę — powiedziała. Ukryła twarz w dłoniach i zapłakała cicho, boleśnie, z goryczą.
Azver podszedł do niewielkiej grupki skupionej obok drzwi domu. Onyks i Hazard stali obok Mistrza Przywołań. Przykucnięta nad Lebannenem księżniczka osłaniała go ochronnym gestem i patrzyła wyzywająco na magów, nie pozwalając im go dotknąć. Jej oczy lśniły. W dłoni trzymała krótki stalowy sztylet Lebannena.
— Wróciłem z nim — rzekł Brand do Azvera. — Próbowałem z nim zostać. Nie byłem pewien, czy odnajdę drogę, a ona nie dopuszcza mnie do niego.
— Ganai — powiedział Azver. Tak brzmiał po kargijsku jej tytuł: księżniczka.
Odwróciła się ku niemu.
— Och, dzięki niech będą Atwah-Wuluhowi i wieczna chwała Matce! — wykrzyknęła. — Panie Azverze, przepędź stąd tych przeklętych czarowników. Zabij ich! Oni zabili mojego króla. — Podała mu sztylet, trzymając za smukłą stalową klingę.
— Nie, księżniczko. Król poszedł wraz ze smokiem Irian. Ten mag sprowadził go z powrotem. Pozwól, niech zobaczę. — Azver ukląkł i odwrócił lekko twarz Lebannena, przyglądając się uważnie. Położył dłonie na jego piersi. — Jest zimny — rzekł. — Pokonał długą drogę. Weź go w ramiona, księżniczko. Ogrzej go.
— Próbowałam — odparła, przygryzając wargę. Odrzuciła sztylet i pochyliła się nad nieprzytomnym. — O, biedny królu — rzekła cicho po hardycku. — Kochany biedny królu.
Azver wstał.
— Myślę, że nic mu nie będzie, Brandzie — rzekł do Mistrza Przywołań. — Teraz dziewczyna przyda mu się bardziej od nas.
Mistrz Przywołań wyciągnął potężną dłoń i chwycił ramię Azvera.
— Spokojnie.
— Odźwierny! — Azver pobladł jeszcze bardziej, rozglądając się po polanie.
— Wrócił razem z Palnijczykiem — odparł Brand. — Usiądź, Azverze.
Azver posłuchał, siadając na pniu, na którym wcześniej zajmował miejsce stary Mistrz Przemian. Zdawało się, że od chwili, gdy razem zasiedli w kręgu, upłynęło tysiąc lat. Wieczorem starcy wrócili do szkoły… A potem zaczęła się długa noc. Noc, podczas której kamienny mur przybliżył się tak bardzo, że każdy, kto zasypiał, trafiał w to miejsce, a miejsce to budziło grozę, toteż nikt nie spał. Może nawet nikt na Roke, na wszystkich wyspach. Tylko Olcha, który wskazał im drogę… Azver zorientował się, że zasypia i dygocze z zimna.
Hazard próbował go namówić, aby schronił się w zimowym domu, lecz Azver uparł się, że powinien zostać w pobliżu księżniczki, by móc tłumaczyć. A także obok Tenar, dodał w myślach, by ją chronić. By mogła płakać. Olcha już nie rozpaczał. Przekazał jej swój żal. Im wszystkim. I swą radość…
Ze szkoły przybył Mistrz Ziół i zaczął krzątać się wokół Azvera. Okrył mu ramiona zimowym płaszczem. Mistrz Wzorów siedział na polanie, pogrążony w gorączkowym półśnie, nie słuchając innych, poirytowany obecnością tak wielu ludzi w słodkim milczącym Gaju. Patrzył, jak promienie słoneczne przesączają się przez liście. W końcu jego czuwanie przyniosło owoce. Księżniczka podeszła i uklękła, patrząc mu w twarz z błagalnym szacunkiem.
— Panie Azverze, król chciałby z tobą pomówić.
Pomogła mu wstać, jakby był starcem. Nie przeszkadzało mu to.
— Dziękuję, gainha.
— Nie jestem królową — roześmiała się.
— Jeszcze nie — powiedział Mistrz Wzorów.
Właśnie zaczął się mocny przypływ towarzyszący pełni i „Delfin” musiał zaczekać na niższą wodę, by móc przepłynąć między Zbrojnymi Urwiskami. Dopiero późnym rankiem Tenar zeszła na ląd w Porcie Gont i rozpoczęła długą wędrówkę w górę. Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy dotarła do Re Albi i skręciła w ścieżkę wiodącą do domu.
Ged podlewał dobrze już wyrośnięte główki kapusty.
Wyprostował się i zobaczył ją spieszącą ku niemu. Spod zmarszczonych brwi spoglądały jastrzębie oczy.
— Ach! — westchnął.
— Mój drogi! — zawołała.
Biegiem pokonała ostatnich kilka kroków, a on wyszedł jej na spotkanie.
Była zmęczona. Tak bardzo się cieszyła, że może usiąść, sączyć zacne czerwone wino Iskry i patrzeć na łunę wczesnojesiennego wieczoru płonącą złotem nad zachodnim morzem.
— Jak mam ci to wszystko opowiedzieć? — spytała.
— Opowiedz od końca — zaproponował.
— Dobrze. Tak zrobię. Chcieli, żebym została, ale powiedziałam, że muszę wracać do domu. Rada Królewska spotkała się, no wiesz, z powodu zaręczyn. Niedługo odbędzie się wspaniałe wesele, ale chyba nie muszę tam jechać, bo tak naprawdę tam właśnie wzięli ślub. Pierścieniem Elfarran. Naszym pierścieniem.