Inny wiatr [The Other Wind - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Серия: Ziemiomorze #6
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7337-353-5
- Переводчик: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Inny wiatr [The Other Wind - pl]». Краткое содержание книги:
W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian… Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.
Irian leciała radośnie, niesiona burzowym wiatrem, lecz burza posiała ku niej pętlę błyskawic, wiążąc jej skrzydła i ściągając coraz niżej i niżej w stronę chmur. A gdy się do nich zbliżyła, odkryła, że to nie chmury, lecz czarne skały. Czarne, poszarpane górskie pasmo. Błyskawice więziły jej skrzydła, przyciskały do boków, i runęła.
Tehanu czołgała się tunelem głęboko pod ziemią. Brakowało jej powietrza, tchu. Tunel stawał się coraz węższy, nie mogła zawrócić. Czasami jednak widywała połyskujące w ciemności korzenie drzew przebijające ziemię. Chwytała je i podciągała się naprzód, w ciemność.
Tenar wspinała się po stopniach przed Tronem Bezimiennych w świętym miejscu na Atuanie. Była niska, a stopnie bardzo wysokie, toteż pokonywała je z najwyższym trudem. Kiedy jednak dotarła do czwartego stopnia, nie zatrzymała się i nie odwróciła, jak poleciły jej kapłanki. Pokonała następny, kolejny i jeszcze kolejny, pokryty warstwą pyłu tak grubą, że całkowicie przesłaniała kamień. Tenar musiała na oślep szukać kolejnego progu, na którym nigdy nie stanęła ludzka stopa. Wspinała się szybko, ponieważ tuż za pustym tronem Ged zostawił bądź zgubił coś bardzo ważnego dla tysięcy ludzi, a ona musiała to znaleźć. Kamień, kamień, powtarzała w myślach. Kiedy jednak wczołgała się w końcu za tron, ujrzała jedynie pył, odchody sów i pył.
W alkowie domu Starego Maga na Overfell na Goncie Ged śnił, że jest Arcymagiem. Rozmawiał ze swym przyjacielem Thorionem. Razem wędrowali Korytarzem Run do sali spotkań mistrzów szkoły.
— Nie mam już żadnej mocy — powiedział otwarcie — i to od lat.
Mistrz Przywołań uśmiechnął się.
— Ale wiesz, to był tylko sen.
Niepokój Geda budziły długie czarne skrzydła, które wlokły się za nim korytarzem. Wzruszył ramionami, próbując je podnieść, jednak ciągnęły się wciąż po podłodze niczym puste worki.
— A ty masz skrzydła? — spytał przyjaciela.
— O tak — odparł Thorion pogodnie, pokazując mu własne skrzydła, przywiązane ciasno do pleców i nóg wieloma cienkimi sznurkami. — Jestem dobrze spętany — dodał.
Wśród drzew Gaju Wewnętrznego na Roke Mistrz Wzorów Azver, jak zwykle latem, spał na polanie, nieopodal wschodniego skraju lasu. Mógł stąd widzieć przeświecające przez liście gwiazdy. Zwykle nawiedzały go lekkie, przejrzyste sny. Jego umysł wędrował pomiędzy marzeniami a myślami, kierując się wskazaniami gwiazd i liści, zmieniających miejsca w nieustannym tańcu. Lecz tej nocy gwiazdy nie świeciły, a liście wisiały nieruchomo. Spojrzał w mroczne niebo i przeniknął wzrokiem chmury. Na wysokim czarnym firmamencie lśniły gwiazdy — małe, jasne, nieruchome. Nie poruszały się. Wiedział, że ranek nie nadejdzie. I wtedy usiadł gwałtownie, budząc się, spoglądając w słabe miękkie światło, zawsze wypełniające dróżki między drzewami. Jego serce biło powoli i bardzo mocno.
W Wielkim Domu młodzi mężczyźni wiercili się i krzyczeli we śnie. Śniło im się, że muszą walczyć z potężną armią na pylistej równinie. Lecz wojsko, które stanęło naprzeciw nich, składało się ze starców, starych kobiet, ludzi słabych i chorych, zapłakanych dzieci.
Mistrzowie Roke śnili, że morzem zbliża się ku nim statek, głęboko zanurzony w wodzie, bo wiezie wielki ciężar. Jednemu z nich śniło się, iż ładunek statku to czarne skały. Inny sądził, że to ogień. Jeszcze inny — sny.
Siedmiu mistrzów śpiących w Wielkim Domu budziło się kolejno w swych kamiennych celach. Przywołali magiczne światła i wstali. Przy drzwiach zastali już Odźwiernego.
— O świcie — rzekł z uśmiechem — przybędzie król.
— Pagórek Roke — oznajmił Tosla, patrząc na odległą, niewyraźną, nieruchomą falę na południowym zachodzie, wznoszącą się ponad rozświetlone pierwszym brzaskiem wody. Lebannen milczał. Chmury się rozproszyły, nad wielkim kręgiem morza wisiała czysta, bezbarwna kopuła nieba.
Dołączył do nich kapitan statku.
— Piękny poranek — szepnął.
Łuna na wschodzie pojaśniała, nabrała barwy złota. Lebannen obejrzał się za siebie. Dwie kobiety już wstały. Stanęły razem przy relingu, wysokie, bose, milczące. Patrzyły na wschód.
Pierwsze promienie słońca padły na szczyt krągłego zielonego wzgórza. Nastał już dzień, gdy wpłynęli pomiędzy przylądki zatoki Thwil. Wszyscy zebrali się na pokładzie. Rzadko się odzywali.
W porcie wiatr ucichł. W nieruchomej wodzie odbijało się miasteczko nad zatoką i mury wielkiego domu nad miastem. Statek sunął coraz wolniej i wolniej.
Lebannen zerknął na kapitana, a potem na Onyksa. Kapitan przytaknął, czarodziej uniósł ręce i rozchylił je powoli w geście zaklęcia. Wymamrotał jedno słowo.
Statek przestał zwalniać. Sunął łagodnie, póki nie dobił do najdłuższego pomostu. Wówczas kapitan wydał rozkaz. Marynarze zwinęli wielki żagiel, inni zaczęli rzucać liny do ludzi w porcie. Krzyki zakłóciły osobliwą ciszę.
W przystani czekali ludzie pragnący ich powitać, mieszkańcy miasta i grupa młodzieńców ze szkoły. Wśród nich stał potężny, rosły, ciemnoskóry mężczyzna dzierżący w dłoni ciężką, dorównującą mu wysokością laskę.
— Witaj na Roke, królu krain zachodnich — powiedział, występując naprzód. Marynarze rzucili trap. — Witam też wszystkich twoich towarzyszy.
Młodzi ludzie i mieszczanie wykrzyknęli radośnie, pozdrawiając króla. Lebannen odpowiedział wesoło, schodząc na ziemię. Powitał Mistrza Przywołań i przez chwilę rozmawiali.
Obserwatorzy widzieli wyraźnie, że Mistrz Przywołań marszczy brwi. Jego wzrok nieustannie wędrował w stronę stojących przy relingu kobiet, a odpowiedzi wyraźnie nie zadowalały króla.
Gdy Lebannen wrócił na pokład, podeszła do niego Irian.
— Królu i panie — powiedziała — możesz przekazać mistrzom, że tym razem nie chcę przekraczać progu ich domu? Nie weszłabym tam, nawet gdyby mnie zaprosili.
— Mistrz Wzorów zaprasza cię do siebie, do Gaju — odpowiedział Lebannen niezwykle surowo.
Słysząc to, Irian roześmiała się promiennie.
— Wiedziałam, że to zrobi. A Tehanu pójdzie ze mną.
— I moja matka — szepnęła Tehanu.
Spojrzał na Tenar, która przytaknęła.
— Niechaj i tak będzie — rzekł — a reszta z nas zamieszka w Wielkim Domu. Chyba że ktoś woli gdzie indziej?
— Za pozwoleniem, panie — odezwał się Seppel — ja także chciałbym prosić o gościnę Mistrza Wzorów.
— Seppelu, to nie będzie konieczne — wtrącił szorstko Onyks. — Chodź ze mną do mego domu.
Pelnijski czarnoksiężnik uniósł dłoń w przepraszającym geście.
— Nie chciałem urazić twoich przyjaciół, przyjacielu, lecz całe życie marzyłem o tym, by przejść się wśród drzew Gaju Wewnętrznego. Będę tam swobodniejszy niż tutaj.
— Możliwe, że drzwi Wielkiego Domu są nadal przede mną zamknięte — wtrącił z wahaniem Olcha.
Blada twarz Onyksa poczerwieniała ze wstydu.
Ukryta w mroku welonu księżniczka zwracała się kolejno ku każdemu mówiącemu. Wyraźnie próbowała zrozumieć, o czym mowa.
— Proszę, panie królu, mogę być z moją przyjaciółką Tenar, moją przyjaciółką Tehanu i Irian, i pomówić z tym Kargiem?
Lebannen obejrzał się na Mistrza Przywołań czekającego u trapu i wybuchnął śmiechem. Potem przemówił czystym, przyjaznym głosem:
— Moi ludzie długo tłoczyli się w kabinach statku, Mistrzu Przywołań. Najwyraźniej tęsknią za tym, by poczuć pod stopami trawę, a nad głowami liście. Jeśli wszyscy poprosimy Mistrza Wzorów, by nas przyjął, a on się zgodzi, wybaczysz nam, że zrezygnujemy z gościnności Wielkiego Domu? Przynajmniej na jakiś czas.