Inny wiatr [The Other Wind - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Серия: Ziemiomorze #6
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7337-353-5
- Переводчик: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Inny wiatr [The Other Wind - pl]». Краткое содержание книги:
W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian… Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.
— Co zrobił Mistrz Przywołań?
— Wezwał go, sprowadził siłą.
— Do życia?
— Do życia.
— Nie wiem, czego lękać się bardziej, śmierci czy życia — mruknęła Tenar. — Chciałabym pozbyć się strachu.
Seserakh pochyliła twarz w burzy ciepłych włosów ku ramieniu Tenar, w geście pieszczoty.
— Jesteś odważna, odważna — szepnęła. — Och! Ja tak się boję morza i śmierci!
Tehanu siedziała w milczeniu. W rozproszonym świetle wśród drzew Tenar widziała, jak córka smukłą dłonią zakrywa spaloną, wykrzywioną rękę.
— Myślę — powiedziała w końcu Tehanu swym cichym, niezwykłym głosem — że kiedy umrę, wypuszczę z siebie oddech, który dawał mi życie, oddam światu wszystko to, czego nie zrobiłam. Wszystko, czym mogłam być, lecz nie zdołałam, wszystkie wybory, których nie dokonałam. Rzeczy, które straciłam, zmarnowałam, zniszczyłam… mogę oddać je światu. Żywotom, które jeszcze nie żyły. To będzie mój dar dla świata, dar za życie, które przeżyłam, miłość, którą kochałam, oddech, który wciągałam w płuca.
Spojrzała w niebo, w gwiazdy i westchnęła.
— Ale jeszcze nieprędko — szepnęła. Obejrzała się na Tenar.
Seserakh łagodnie pogładziła włosy Tenar. Potem wstała i bez słowa wróciła do domu.
— Myślę, że już niedługo, matko…
— Wiem.
— Nie chcę cię opuszczać.
— Musisz mnie opuścić.
— Wiem.
Milczały w migotliwym mroku Gaju.
— Spójrz — szepnęła Tehanu. Na niebie rozbłysła spadająca gwiazda, pozostawiając za sobą szybko gasnący świetlisty szlak.
Pięciu magów siedziało w blasku gwiazd.
— Spójrzcie — rzekł jeden, śledząc spadającą gwiazdę.
— Dusza umierającego smoka — powiedział Mistrz Wzorów Azver. — Tak mawiają w Karego-At.
— Czy smoki umierają? — spytał Onyks. — Chyba nie tak jak my.
— Nie żyją tak jak my. Poruszają się między światami; tak twierdzi Orm Irian. Z wiatrów tego świata na inny wiatr.
— My też próbowaliśmy to osiągnąć — wtrącił Seppel — lecz nam się nie udało.
Hazard spojrzał na niego z ciekawością.
— Czy wy, na Palnie, zawsze znaliście to, co usłyszeliśmy dzisiaj — historię rozdzielenia smoków i ludzi, i powstania suchej krainy?
— Nie w wersji, którą dziś usłyszeliśmy. Uczono mnie, że verw nadan był pierwszym wielkim triumfem sztuki magicznej. I że celem magii jest zwycięstwo nad czasem i osiągnięcie życia wiecznego. Stąd właśnie wzięło początek zło, jakiego dokonano dzięki Kunsztom Palneńskim.
— Przynajmniej zachowaliście dawną wiedzę, którą myśmy wzgardzili — zauważył Onyks. — Podobnie twój lud, Azverze.
— Cóż, wy za to mieliście dość rozumu, by zbudować tu wielki dom — odparł z uśmiechem Mistrz Wzorów.
— Ale źle go zbudowaliśmy — powiedział Onyks. — Wszystko, co budujemy, budujemy źle.
— Musimy więc to zburzyć — wtrącił Seppel.
— Nie — sprzeciwił się Hazard. — Nie jesteśmy smokami. Żyjemy w domach, musimy wznosić mury.
— Póki przez okna może wpadać wiatr — dodał Azver.
— A kto wejdzie drzwiami? — spytał łagodnie Odźwierny.
Zapadła cisza. Gdzieś na polanie zaćwierkał świerszcz. Umilkł i odezwał się znowu.
— Smoki — podsunął w końcu Azver.
Odźwierny pokręcił głową.
— Myślę, że podział, który rozpoczął się wówczas, a potem został naruszony, w końcu dokona się ostatecznie. Smoki odejdą wolne i pozostawią nas tutaj z wyborem, którego dokonaliśmy.
— Znajomością dobra i zła — rzekł Onyks.
— Radością tworzenia, kształtowania — dodał Seppel. — Naszą sztuką.
— I naszą chciwością, słabością, strachem — dokończył Azver.
Świerszczowi odpowiedział drugi, bliżej strumienia. Cykanie cichło i narastało, co chwila wpadając w zgodny rytm.
— Boję się tylko jednego — powiedział Hazard. — Tak bardzo, że lękam się nawet to powiedzieć. Kiedy smoki odejdą, czy nasza sztuka nie odejdzie wraz z nimi? Nasz dar, nasza magia.
Milczenie pozostałych świadczyło wyraźnie, że oni także się tego lękali. W końcu przemówił Odźwierny, cicho, lecz pewnym siebie tonem.
— Nie, nie sądzę. To prawda, one są Tworzeniem, ale my nauczyliśmy się Tworzenia. Uczyniliśmy je naszym własnym. Nic nie może nam go odebrać. Aby je utracić, musielibyśmy zapomnieć, odrzucić je.
— Jak to uczynił mój lud — mruknął Azver.
— Twój lud jednak pamięta, czym jest ziemia i niekończące się życie — zauważył Seppel. — A my zapomnieliśmy.
I znów zapadła długa cisza.
— Mógłbym sięgnąć ręką ponad murem. — Hazard zniżył głos.
— Są blisko — odparł Seppel. — Bardzo blisko.
— Skąd mamy wiedzieć, co robić? — spytał Onyks.
W ciszy, która zapadła po tym pytaniu, zadźwięczał głos Azvera.
— Kiedyś, gdy mój pan Arcymag był ze mną w Gaju, powiedział, że całe życie uczył się, jak wybierać to, wobec czego wybór nie istnieje, co musi uczynić.
— Chciałbym, żeby był tu teraz — westchnął Onyks.
— Zrobił już to, co miał zrobić — szepnął z uśmiechem Odźwierny.
— Ale my nie. Siedzimy tu i rozmawiamy na skraju przepaści. Wszyscy o tym wiemy. — Onyks powiódł wzrokiem po widocznych w blasku gwiazd twarzach. — Czego chcą od nas umarli?
— Czego chcą od nas smoki? — zastanawiał się Hazard. — Te kobiety, które są smokami. Smoki, które są kobietami. Czemu tu przybyły? Czy możemy im ufać?
— A mamy wybór? — spytał Odźwierny.
— Chyba nie — rzekł Mistrz Wzorów. W jego głosie zadźwięczała twarda nuta, ostra niczym klinga miecza. — Możemy jedynie iść wskazanym szlakiem.
— Wskazanym przez smoki? — spytał Hazard.
Azver pokręcił głową.
— Przez Olchę.
— Ależ on nie jest przewodnikiem, Mistrzu Wzorów — zaprotestował Hazard. — To tylko wioskowy czarownik.
— Olcha ma w sobie mądrość, która kryje się w jego rękach, nie w głowie — rzekł Onyks. — Podąża za głosem serca. Z pewnością nie chce nam przewodzić.
— A jednak wybrano go spośród nas.
— Kto go wybrał? — spytał cicho Seppel.
— Umarli — odpowiedział Mistrz Wzorów.
Umilkli. Cykanie świerszczy ucichło. W szarej w blasku gwiazd trawie zaszeleściły kroki. Zbliżały się dwie wysokie postaci, Lebannen i Brand.
— Czy możemy posiedzieć z wami? — spytał król. — Dziś w nocy nie możemy zasnąć.
Ged siedział na progu swego domu na Overfell i patrzył w gwiazdy nad morzem. Godzinę wcześniej położył się spać, gdy jednak zamknął oczy, ujrzał zbocze wzgórza i usłyszał głosy narastające niczym fala. Natychmiast wstał i wyszedł na dwór, by móc widzieć poruszające się gwiazdy.
Był zmęczony, zamykały mu się oczy i znów stał obok kamiennego muru, a jego serce ściskał lodowaty strach, że pozostanie tam na zawsze i nie odnajdzie drogi powrotnej. W końcu zniecierpliwiony i zmęczony strachem znów wstał, zabrał z domu latarnię, zapalił ją i wyruszył ścieżką do domu cioteczki Mech. Mech może się boi, a może nie, ostatnio i tak żyje nieopodal muru, ale Wrzos z pewnością wpadła w panikę i Mech nie zdoła jej uspokoić. A ponieważ cokolwiek należało zrobić, tym razem nie jemu przypadnie to w udziale, będzie mógł przynajmniej pocieszyć biedną niedorozwiniętą dziewczynę. Powiedzieć jej, że to tylko sny.