Inny wiatr [The Other Wind - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Серия: Ziemiomorze #6
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7337-353-5
- Переводчик: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Inny wiatr [The Other Wind - pl]». Краткое содержание книги:
W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian… Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.
Wędrówka w ciemności nie była łatwa. W blasku latarni na ścieżkę padały olbrzymie cienie. Ged szedł wolniej, niżby chciał. Od czasu do czasu potykał się o coś.
Mimo późnej pory dostrzegł światło w oknie wdowca. Gdzieś w wiosce zapłakało dziecko. „Matko, matko, czemu ludzie płaczą? Czemu ludzie płaczą, matko?”. Tu także ludzie nie mogli spać. Tej nocy wszyscy w Ziemiomorzu nie mogą spać, pomyślał Ged. Uśmiechnął się lekko na tę myśl. Zawsze bowiem lubił ową chwilę ciszy, pełną lęku, tuż przedtem, nim nadciągnie zmiana.
Olcha się obudził. Leżał na ziemi, czuł pod sobą jej głębię. Nad nim na niebie płonęły gwiazdy, gwiazdy lata wędrujące pomiędzy liśćmi, którymi kołysał wiatr, przesuwające się ze wschodu na zachód wraz z obrotem świata. Jakiś czas wpatrywał się w nie, a potem je pożegnał. Tehanu czekała na niego na wzgórzu.
— Co mamy robić, Haro? — spytała.
— Musimy naprawić świat — oznajmił. Uśmiechnął się, bo w końcu poczuł lekkość w sercu. — Musimy zburzyć mur.
— A oni? Mogą nam pomóc? — spytała, gdyż zmarli zebrali się w ciemności, niezliczeni niczym źdźbła trawy, ziarnka piasku czy gwiazdy, milczący — wielka, rozległa, mroczna pustynia dusz.
— Nie — rzekł — ale może inni to uczynią.
Szedł w dół, zbliżając się do muru. W tym miejscu sięgał mu zaledwie do pasa. Olcha położył dłonie na jednym z kamieni z najwyższej warstwy i spróbował go poruszyć. Kamień tkwił jednak mocno, czy może był cięższy, niż powinien. Olcha nie mógł go podnieść ani nawet obluzować.
Tehanu podeszła do niego.
— Pomóż mi — poprosił.
Położyła ręce na kamieniu, ludzką dłoń i spalony szpon, chwytając go mocno, i szarpnęła jednocześnie z Olchą. Kamień drgnął lekko.
— Popchnij — poleciła i razem powoli wypchnęli go z głośnym zgrzytem. Kamień zachwiał się i z głuchym łoskotem runął na drugą stronę muru.
Następny kamień był mniejszy. Razem zdołali go podnieść i odrzucić w pył obok poprzedniego.
Ziemia pod ich stopami zadrżała. Niewielkie kamienie z muru zagrzechotały głośno. Olbrzymie rzesze umarłych z długim westchnieniem podeszły bliżej.
Mistrz Wzorów wstał nagle i zamarł, nasłuchując. Na całej polanie zaszeleściły liście. Drzewa Gaju uginały się i drżały, jakby atakowane gwałtowną wichurą. Nie było jednak wiatru.
— Wszystko się zmienia — powiedział i odszedł od nich w mrok pod drzewami.
Mistrz Przywołań, Odźwierny i Seppel wstali i podążyli za nim w milczeniu. Hazard i Onyks ruszyli ich śladem.
Lebannen postąpił kilka kroków za nimi, zawahał się i pobiegł przez łąkę do niskiego domu z kamienia i darni.
— Irian — rzekł, pochylając się w ciemnym wejściu. — Irian, zabierzesz mnie ze sobą?
Wyszła z domu z uśmiechem. Otaczał ją niezwykły ognisty blask.
— Chodź zatem, chodź szybko — powiedziała i chwyciła go za rękę. Jej dłoń parzyła niczym rozżarzony węgiel, gdy uniosła go na inny wiatr.
Po chwili z domu wyszła Seserakh, niedługo po niej Tenar. Stanęły razem w blasku gwiazd, rozglądając się wokół. Nic się nie poruszało. Drzewa znów ucichły.
— Wszyscy odeszli — szepnęła Seserakh. — Na Smoczą Drogę. Postąpiła krok naprzód, patrząc w ciemność.
— Co mam robić, Tenar?
— Musimy pilnować domu — odparła Tenar.
— Och! — szepnęła Seserakh, padając na kolana. Ujrzała Lebannena leżącego twarzą do ziemi, w trawie. — Nie jest martwy, chyba nie. Och, mój drogi panie i królu, nie odchodź, nie umieraj!
— Jest z nimi. Zostań tutaj. Daj mu ciepło. Pilnuj domu, Seserakh — poleciła Tenar. Sama podeszła do Olchy. Niewidzącymi oczami spoglądał w gwiazdy. Usiadła obok, ujmując jego dłoń. Czekała.
Olcha ledwo mógł ruszyć wielki kamień, na którym spoczęły jego ręce, lecz nagle obok znalazł się Mistrz Przywołań. Pochylił się, napierając na głaz ramieniem.
— Teraz! — rzekł.
Pchnęli jednocześnie. Głaz stracił równowagę i z tym samym ciężkim ostatecznym łoskotem runął na drugą stronę muru.
Teraz do Olchy i Tehanu dołączyli inni, szarpiąc kamienie, rzucając je w pył obok muru. Przez moment Olcha ujrzał, jak jego ręce rzucają cień w czerwonym blasku. Orm Irian, wyglądająca tak samo jak wtedy, gdy zobaczył ją po raz pierwszy, w olbrzymiej smoczej postaci, wypuściła z nozdrzy ognisty dech, walcząc z głazem z najniższej warstwy kamieni, głęboko wkopanym w ziemię. Jej szpony krzesały iskry, porośnięty grzebieniem kolców grzbiet wygiął się w łuk i kamień poruszył się z hukiem, czyniąc wyrwę w murze.
Pośród cieni po drugiej stronie rozległ się cichy chóralny krzyk niczym szum fal rozbijających się na kamienistym brzegu. Ciemność wezbrała, napierając na mur, lecz Olcha uniósł wzrok i przekonał się, że niebo nie jest już ciemne. W miejscu, w którym gwiazdy trwały nieruchomo, teraz poruszały się światła, iskierki ognia na mrocznym zachodzie.
— Kalessin!
To był głos Tehanu. Olcha spojrzał na nią. Patrzyła w górę, na zachód.
Wyciągnęła ręce. Po jej dłoniach, ramionach przebiegł ogień, ogarniając włosy, twarz i ciało, i rozkwitając w wielkie skrzydła nad jej głową. Uniósł ją w powietrze, ognistą istotę, płonącą, piękną.
Wykrzyknęła czysto, głośno, bez słów. Wzleciała w górę — szybko, wysoko, w niebo, które jaśniało coraz bardziej. Biały wiatr gasił kolejno pozbawione znaczenia gwiazdy.
Pośród zastępów zmarłych nieliczni ludzie podobnie jak ona wzlatywali w górę, przemieniając się w smoki i szybując z wiatrem.
Większość szła naprzód, pieszo. Nie napierali już, nie krzyczeli, lecz podążali ze spokojną pewnością w stronę wyrw w murze. Ogromne rzesze mężczyzn i kobiet, którzy nie zatrzymywali się przy zniszczonym murze, lecz przekraczali go i znikali — oddech, obłoczek pyłu lśniący przez sekundę w stale jaśniejącym świetle.
Olcha patrzył na nich. W rękach wciąż trzymał zapomniany kamienny klin, który wyrwał z muru, by obluzować większy głaz. Patrzył, jak zmarli odchodzą wolni. W końcu ujrzał ją pośród nich. Cisnął kamień na bok i wystąpił naprzód.
— Lilio — rzekł.
Spojrzała na niego, uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę. Ujął jej dłoń i razem odeszli w słońce.
Przy zburzonym murze Lebannen patrzył, jak na wschodzie jaśnieje brzask. Teraz był tu już wschód, w miejscu niegdyś pozbawionym kierunków i celów. Istniał wschód i zachód, światło, ruch. Ziemia poruszała się, kołysała, drżała niczym olbrzymie zwierzę; kamienny mur po obu stronach wyrwy zakołysał się i runął. Z odległych czarnych wierzchołków gór zwanych Bólem trysnął ogień, ogień, który płonie w sercu świata i którym karmią się smoki.
Lebannen spojrzał w niebo nad górami i jak kiedyś, z Gedem nad Zachodnim Morzem, ujrzał smoki lecące na wietrze poranka.
Trzy skierowały się w stronę miejsca, w którym stał pośród innych, poniżej szczytu wzgórza, nad zburzonym murem. Dwa z nich znał, Orm Irian i Kalessina. Trzeci miał jasną złotą łuskę i złote skrzydła. Ten właśnie wzlatywał najwyżej i nie opadł w dół. Orm Irian tańczyła w powietrzu wokół siostry. Leciały razem, jedna ścigała drugą, coraz wyżej i wyżej, aż w końcu najwyższe promienie wschodzącego słońca padły na Tehanu, która zapłonęła niczym jej imię, wielka jasna gwiazda.