Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 77
Перейти на страницу:

— Pod całą. To niezła trasa. Są tam garbarze, świeczkarze, rzeźnicy, kiełbaśnicy… Prawdziwy raj, jeśli się jest szczurem.

— Zgadza się. Dzięki. Myślę, że dość już zajęliśmy ci czasu…

— Jak łapiesz osy? — zainteresował się Nobby. — Odymiasz je?

— To niesportowe, trafiać je nie w locie — wyjaśnił Ciut Szalony Artur. — Ale kiedy mam dużo pracy, robię petardy z takiego czarnego proszku numer jeden, co go sprzedają alchemicy.

Wskazał obciążone bandoliery.

— Wysadzasz je? — zdziwił się Nobby. — To chyba nie bardzo sportowo.

— Tak? A próbowałeś kiedy przygotować i podpalić z pół tuzina lontów, a potem przebić się z powrotem do wyjścia, zanim wybuchnie pierwszy ładunek?

— Szukamy wiatru w polu, sierżancie — mówił Nobby, kiedy szli już ulicą. — Jakieś szczury zjadły gdzieś truciznę, a potem on je dorwał. I niby co mamy z tym zrobić? Trucie szczurów nie jest nielegalne.

Colon poskrobał się po brodzie.

— Mam takie wrażenie, że możemy mieć kłopoty, Nobby — powiedział. — Znaczy, wszyscy tam biegają i detektywują, i tylko my dwaj wyjdziemy na durniów. Znaczy się, chcesz wrócić do Yardu i opowiedzieć, żeśmy pogadali z Ciut Szalonym Arturem i to nie on, koniec historii? Jesteśmy ludźmi, tak? No, ja w każdym razie jestem i wiem, że prawdopodobnie ty też. A tutaj wyraźnie wleczemy się w tyle. Mówię ci, Nobby, to już nie jest moja straż. Trolle, krasnoludy, gargulce… Nic do nich nie mam, znasz mnie przecież, ale nie mogę się już doczekać swojej małej farmy z kurczętami wokół drzwi. I wcale by mi nie przeszkadzało, gdybym przed odejściem dokonał czegoś, z czego byłbym dumny.

— No ale co niby mamy robić? Pukać do wszystkich drzwi w okolicach targu bydła i pytać, czy nie mają u siebie arszeniku?

— Właśnie — potwierdził Colon. — Chodzić i rozmawiać. Tak zawsze mówił Vimes.

— Ich tam są całe setki. Zresztą i tak każdy powie, że nie.

— Ale trzeba go zapytać. Dziś już nie jest tak jak kiedyś, Nobby. To nowoczesna praca policyjna. Detektowanie. Dzisiaj mamy wyniki. Znaczy, straż jest coraz większa. Nie przeszkadza mi, że Detrytus został sierżantem, nie jest taki zły, kiedy go lepiej poznać, ale już niedługo to krasnolud może wydawać rozkazy, Nobby. Mnie nic do tego, ja wtedy będę już na mojej farmie…

— …przybijać kurczaki do drzwi — dokończył Nobby.

— …ale ty powinieneś myśleć o przyszłości. A jeśli tak dalej pójdzie, to może niedługo straż zacznie szukać nowego kapitana. I naprawdę zrobi się paskudnie, jeśli ten kapitan będzie się nazywał na przykład Wręcemocny albo Łupek. Więc lepiej pokazywać, że się jest sprytnym.

— A ty nigdy nie chciałeś zostać kapitanem, Fred?

— Ja? Oficjerem? Mam swoją dumę, Nobby. Niech sobie oficjerują na zdrowie ci, co mają powołanie, ale to nie robota dla takich jak ja. Moje miejsce jest między prostymi ludźmi.

— Chciałbym, żeby moje też było — mruknął smętnie Nobby. — Popatrz, co rano znalazłem w swojej przegródce na listy.

Pokazał sierżantowi kwadratowy kartonik ze złoconymi brzegami.

— „Lady Selachii będzie Obecna w Domu dzisiejszego popołudnia od piątej i z przyjemnością powita Towarzystwo lorda de Nobbes” — przeczytał.

— Hm.

— Słyszałem o tych bogatych starszych paniusiach — mówił przygnębiony Nobby. — Pewnie chce, żebym był dziglakiem, co?

— Nie, nie — zaprotestował sierżant, patrząc na najmniej prawdopodobną zabawkę namiętności. — Wiem o takich sprawach od mojego wuja. „W Domu” to znaczy, że podają drinki. To tam wy, z jaśniepaństwa, rozmawiacie. Rozumiesz, Nobby, pijecie, śmiejecie się, dyskutujecie o literaturze i sztukach.

— Nie mam żadnych jaśniepańskich ubrań.

— I tutaj wygrywasz, Nobby. Mundury zawsze pasują. Dodają nawet klasy. Zwłaszcza kiedy wyglądasz olśniewająco — dodał Colon, ignorując fakt, że Nobby wyglądał raczej pochmurnie, wręcz deszczowo.

— Naprawdę? — Nobby rozchmurzył się trochę. — Bo mam więcej takich zaproszeń. Różne karteczki, co wyglądają, jakby ktoś je obgryzał złotymi zębami. Bankiety, bale i takie różne.

Colon spojrzał uważnie na przyjaciela. Dziwna, ale natrętna myśl wpadła mu do głowy.

— No tak — powiedział. — Kończy się sezon towarzyski, rozumiesz. Nie ma wiele czasu.

— Na co?

— No wiesz… Możliwe, że wszystkie te bogate kobiety chcą za ciebie wydać swoje córki, dla których to jest sezon.

— Co?

— Nic nie przebija hrabiego z wyjątkiem diuka, a takich nie mamy. Króla też nie mamy. Hrabia Ankh będzie świetną partią.

Tak, łatwiej było to powiedzieć w taki sposób. Gdyby zamienić „hrabiego Ankh” na „Nobby’ego Nobbsa”, zdanie nie brzmiało dobrze. Ale brzmiało znakomicie, jeśli powiedziało się tylko „hrabia Ankh”. Z pewnością wiele kobiet chętnie zostałoby teściowymi hrabiego Ankh, nawet jeśli w tej transakcji dostawały także Nobby’ego Nobbsa.

No, w każdym razie kilka kobiet.

Nobby’emu błysnęły oczy.

— O tym nie pomyślałem — stwierdził. — A niektóre z tych dziewczyn pewno mają trochę kasy?

— Więcej niż ty, Nobby.

— I oczywiście muszę zadbać, żeby ród Nobbsów nie wygasł. Winien to jestem potomności — dodał w zadumie Nobby.

Colon patrzył na niego z dumą, ale i pewną troską, jak szalony naukowiec, który przymocował głowę, potem ściągnął błyskawicę do trzaskających elektrod, a teraz widzi, jak jego dzieło chwiejnym krokiem zmierza do wioski.

— O rany… — westchnął Nobby. Wzrok mu się lekko rozogniskował.

— Tak. Ale przedtem — przypomniał Colon — ja sprawdzę wszystkie miejsca przy Rzeźniczej, a ty załatwisz te na Flaku. I wracamy do Yardu, robota wykonana, lokal sprzątnięty. Zgoda?

— Dzień dobry, panie komendancie — powiedział Marchewa, zamykając za sobą drzwi. — Kapitan Marchewa melduje się na rozkaz.

Vimes siedział zgarbiony w swoim fotelu i patrzył w okno. Znowu nadciągała mgła. Już teraz gmach Opery naprzeciwko wydawał się trochę rozmyty.

— Tego… Sprawdziliśmy tyle golemów, ile zdołaliśmy, sir — meldował Marchewa, usiłując dyplomatycznie sprawdzić, czy gdzieś na biurku nie stoi butelka. — Niewiele ich było. Znaleźliśmy jedenaście, które same się roztrzaskały albo odcięły sobie głowy, a w południe ludzie zaczęli je rozbijać albo wyjmować im słowa. To niedobrze, sir. W całym mieście leżą porozrzucane kawałki ceramiki. Całkiem jakby ludzie… czekali tylko na okazję. To dziwne, sir. Przecież one tylko pracują i nikomu nie wchodzą w drogę; nie robią ludziom krzywdy. A niektóre z tych, które same się potłukły, zostawiły… no, listy pożegnalne, sir. Pisały, że jest im wstyd i przykro. Wszystkie powtarzały coś o ich glinie…

Vimes nie odpowiadał.

Marchewa pochylił się trochę w bok, sprawdzając, czy butelka nie stoi przypadkiem na podłodze.

— A w Jamie Świdry, w delikatesach, sprzedawali zatrute szczury. Arszenik, sir. Posłałem sierżanta Colona i Nobby’ego, żeby to sprawdzili. To może być zbieg okoliczności, ale nigdy nie wiadomo.

Vimes odwrócił się. Marchewa słyszał jego oddech — krótkie, gwałtowne westchnienia, jak u człowieka, który stara się nad sobą zapanować.

— Co przeoczyliśmy, kapitanie? — zapytał znużonym głosem.

— Sir?

— W sypialni jego lordowskiej mości. Jest tam łóżko. Sekretarzyk. Rzeczy na blacie. Stolik przy łóżku. Krzesło. Dywan. Wszystko. Wymieniliśmy wszystko. Je posiłki. Sprawdziliśmy jedzenie, prawda?

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)