Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— To dyktatura tłumu!
— Ależ z pewnością nie. Powiedzmy, że to demokratyczna sprawiedliwość.
— Jeden człowiek, jeden kamień — wtrącił Detrytus.
Jenkins wyglądał jak ktoś, kto się boi, że jego świat odpadnie nagle od dna. Popatrzył na Vimesa, potem na Marchewę, ale nigdzie nie widział ratunku.
— Oczywiście, nas nie musi się pan obawiać — zapewnił Vimes. — Chociaż może się pan potknąć na schodach w drodze do celi.
— Do waszych cel nie idzie się po schodach!
— Schody można zorganizować.
— Proszę, panie Jenkins — odezwał się Marchewa, dobry glina.
— Nie zamierzałem… wywozić… tej broni do… Klatchu — powiedział wolno Jenkins, jakby z najwyższym wysiłkiem odczytywał słowa z wewnętrznego scenariusza. — W rzeczywistości… kupiłem ją, aby… ofiarować…
— Tak? Tak? — zachęcał Vimes.
— …naszym… dzielnym… chłopcom — dokończył Jenkins.
— Brawo! — zawołał Marchewa.
— I będzie pan szczęśliwy, mogąc…? — podpowiedział Vimes.
— I… będę szczęśliwy, mogąc… użyczyć mojego statku… dla wspomożenia wysiłku wojennego. — Jenkins zaczął się pocić.
— Prawdziwy patriota — pochwalił go Vimes.
Jenkins wił się.
— Kto wam powiedział, że w ładowni jest fałszywa ścianka? — zapytał. — Zgadywaliście tylko, tak?
— Tak.
— Aha! Wiedziałem, że zgadujecie!
— Patriota i inteligentny… — Vimes pokiwał głową. — A teraz… Jak zrobić, żeby to coś płynęło szybko?
Lord Rust bębnił palcami po blacie.
— Po co on zarekwirował ten statek?
— Nie wiem, panie. — Drętwy Michael poskrobał się po głowie.
— Do diaska! Czy ktoś jeszcze ich widział?
— W porcie nie było zbyt wielu ludzi, panie.
— Dzięki przynajmniej za to skromne błogosławieństwo.
— Tylko ja, Paskudny Stary Ron, Kaczkoman i Ślepy Hugh, Ringo Brwi, Nic z Tego Jose, Krzywy Sidney i ten drań Kapuś, i jeszcze Gwiżdżący Dick i paru innych, panie.
Rust przygarbił się na krześle i bladą dłonią zakrył twarz. W Ankh-Morpork noc miała tysiąc oczu, i dzień podobnie, ale miały też pięćset ust i dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć uszu[12].
— Czyli Klatchianie muszą już wiedzieć — rzekł. — Oddział wojsk Ankh-Morpork wyruszył okrętem do Klatchu. Korpus inwazyjny.
— No, trudno ich nazwać… — zaczął porucznik Hornett.
— Klatchianie ich nazwą. Poza tym był z nim troll Detrytus.
Hornett sposępniał. Detrytus sam w sobie tworzył korpus inwazyjny.
— Jakie zarekwirowaliśmy statki? — zapytał lord Rust.
— Mamy już ponad dwadzieścia, sir, jeśli doliczyć „Niezniszczalnego”, „Nieróbstwo” i „Clubę Ankh-Morpork”.
— Clubę?
— Obawiam się, że tak, sir.
— To powinno nam umożliwić zabranie ponad tysiąca ludzi i dwustu koni.
— Czemu nie pozwolić Vimesowi odpłynąć? — wtrącił lord Selachii. — Niech Klatchianie się z nim rozprawią i na zdrowie.
— Podarować im zwycięstwo nad wojskami Ankh-Morpork? Oni tak to zinterpretują. Niech demony porwą tego człowieka. Zmusza nas do działania. Chociaż… może to i lepiej. Musimy się zaokrętować.
— Czy jesteśmy całkiem gotowi, sir? — zapytał porucznik Hornett z tą szczególną intonacją, która oznacza „Nie jesteśmy całkiem gotowi, sir”.
— Lepiej, żebyśmy byli. Chwała czeka, panowie. Jak mawiał generał Tacticus, chwyćmy historię za mosznę. Wiadomo oczywiście, że nie zawsze walczył honorowo.
Białe światło słońca rysowało czarne cienie na ścianach pałacu księcia Cadrama. On także miał mapę Klatchu, ułożoną z maleńkich barwnych kafelków na podłodze. Przyglądał się jej w zamyśleniu.
— Tylko jeden okręt? — zapytał.
Generał Ashal, szef jego doradców, pokiwał głową.
— Z tej odległości nasi jasnowidze nie mogą uzyskać wyraźnego obrazu — dodał. — Wydaje się jednak, że jednym z ludzi jest Vimes. Przypominasz sobie, sire, to nazwisko.
— Ach, użyteczny komendant Vimes… — Książę uśmiechnął się.
— Istotnie. I przez ten czas rozpoczęły się intensywne działania na nabrzeżach. Musimy przyjąć, że wyrusza korpus ekspedycyjny.
— Myślałem, że mamy co najmniej tydzień, Ashalu.
— To rzeczywiście zagadkowe. W żaden sposób nie mogą być przygotowani, sire. Coś musiało się wydarzyć.
Cadram westchnął.
— No cóż, ruszajmy więc tam, gdzie kieruje nas przeznaczenie. Gdzie uderzą?
— Na Gebrę, sire. Jestem tego pewien.
— Nasze najmocniej ufortyfikowane miasto? Z pewnością nie. Tylko idiota próbowałby czegoś takiego.
— Przeprowadziłem dość głębokie studia lorda Rusta, sire. Pamiętaj, że nie spodziewa się walki z naszej strony, więc nie przejmuje się siłą naszych wojsk. — Generał uśmiechnął się. Był to lekki, drwiący uśmieszek. — Oczywiście, atakując nas, piętrzy niesławę na niesławie. Inne kraje nadbrzeżne z pewnością zwrócą na to uwagę.
— A zatem zmieniamy plany. Ankh-Morpork może poczekać.
— Mądre posunięcie, sire. Jak zawsze.
— Jakieś wieści o moim nieszczęsnym bracie?
— Niestety żadnych, sire.
— Nasi agenci muszą się bardziej starać. Świat patrzy, Ashalu.
— Zgadza się, sire.
— Sierżancie…
— Słucham, Nobby.
— Niech pan jeszcze coś opowie o naszych wyjątkowych zaletach.
— Nie gadaj, Nobby, tylko pedałuj.
— Dobra, sierżancie.
W Okręcie było całkiem ciemno. Świeca zwisała ze wspornika nad pochyloną głową Leonarda, który siedział na krześle i sterował za pomocą dwóch dźwigni. Wokół Nobby’ego stukały wielokrążki i grzechotały łańcuchy. Czuł się tak, jakby siedział we wnętrzu maszyny do szycia — i to bardzo wilgotnej. Para kondensowała się na sklepieniu i ściekała nieprzerwaną strugą.
Pedałowali od dziesięciu minut. Przez większą część tego czasu Leonard opowiadał z podnieceniem. Nobby miał wrażenie, że nieczęsto wychodzi. Mówił o wszystkim.
Były na przykład zbiorniki powietrza. Nobby bez oporów przyjął, że powietrze da się ścisnąć do bardzo małych wymiarów, i właśnie takie znajduje się w skrzypiących, jęczących, okutych żelazem beczkach umocowanych do ścian. Dopiero to, co działo się z powietrzem później, naprawdę go zaskoczyło.
— Bąbelki! — oświadczył Leonard. — Znów jak delfiny, rozumiecie? One nie płyną poprzez wodę, ale fruną przez chmurę bąbelków. Co jest o wiele łatwiejsze, ma się rozumieć. Dodałem trochę mydła, co chyba jeszcze pomogło.
— On myśli, że delfiny latają, sierżancie — szepnął Nobby.
— Pedałuj.
Sierżant Colon zaryzykował szybkie spojrzenie za siebie.
Lord Vetinari siedział na przewróconej skrzynce między stukającymi łańcuchami. Na kolanach rozłożył kilka szkiców Leonarda.
12
Znowu Krzywy Sidney.