Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— No dobrze — powiedział Nutt. — Być może, mieliśmy tu do czynienia z pechowym nieporozumieniem. Za chwilę rozluźnię uścisk tak, żeby mógł pan upuścić kordelas. Proszę, panie Andy.
Andy znowu gwałtownie wciągnął powietrze i kordelas upadł na bruk.
— Teraz zechce nam pan wybaczyć, ale pan Trev i ja już sobie pójdziemy.
— Weź ten przeklęty kordelas! Nie zostawiaj go na ziemi! — krzyknął Trev.
— Jestem przekonany, że pan Andy nie będzie nas ścigał — odparł Nutt.
— Czyś ty zwariował, do demona? — zirytował się Trev. Schylił się i chwycił broń. — A teraz puść go i zmywamy się.
— Bardzo dobrze — zgodził się Nutt.
Musiał ścisnąć mocniej, ponieważ Andy osunął się na kolana.
Trev pociągnął Nutta i zaczął go holować przez wiecznie zatłoczone ulice miasta.
— To Andy! — tłumaczył, idąc szybkim krokiem. — Nie spodziewaj się po nim logiki. Nie spodziewaj się, że „zrozumie błędy swego żywota”. Nie szukaj sensu, kiedy Andy na ciebie poluje. Jasne? Nie próbuj do niego gadać, jakby był ludzką istotą. A teraz nie zostawaj w tyle.
Przedsiębiorstwa krasnoludów dobrze sobie ostatnio radziły, głównie dlatego, że krasnoludy zrozumiały pierwszą zasadę handlu, która brzmiała: Ja mam towar na sprzedaż, a klient ma pieniądze. To ja powinienem mieć pieniądze, co niestety oznacza, że klient zabierze mój towar. Mając to na celu, nie będę mówił „Ten na wystawie to ostatnia sztuka, jaką mamy, a zatem nie mogę jej panu sprzedać, ponieważ wtedy nikt nie będzie wiedział, że mamy takie na składzie” ani „Prawdopodobnie będziemy je mieli w środę”, ani „Przecież nie możemy tego trzymać na półkach”, ani „Mam już potąd tłumaczenia ludziom, że nie ma na to popytu”. Doprowadzę do sprzedaży wszelkimi sposobami, poza przemocą fizyczną, ponieważ inaczej tylko niepotrzebnie zajmuje miejsce.
Glang Chrappison żył zgodnie z tą zasadą, ale nie bardzo lubił ludzi — przypadłość częsta u osób, które przez długi czas mają do czynienia z szerokimi kręgami społeczeństwa. A ci dwaj, którzy w tej chwili stali po drugiej stronie lady, budzili jego irytację. Jeden był nieduży i wydawał się nieszkodliwy, ale coś głęboko w psychice Glanga, prawdopodobnie utrwalone w jego genach, budziło zdenerwowanie. Drugi z intru… to znaczy z klientów był zaledwie chłopcem, zatem mógł w każdej chwili popełnić każde przestępstwo.
Glang radził sobie z tą sytuacją, nie rozumiejąc niczego, co mówili, i wygłaszając bezsensowne zniewagi w swoim ojczystym języku. Nie ryzykował wiele. Tylko Straż Miejska uczyła się krasnoludziego, więc przeżył zaskoczenie, kiedy ten niepokojąco nieszkodliwy odezwał się lepszym llamedosjańskim krasnoludzim, niż ostatnio mówił sam Glang.
— Taka nieuprzejmość wobec przyjaznych obcych przynosi wstyd twej brodzie i zamazuje pisma Taka, czcigodny kupcze.
— Co mu powiedziałeś? — spytał Trev, kiedy Glang wykrztuszał z siebie przeprosiny.
— Och, zwykłe tradycyjne powitanie — wyjaśnił Nutt. — Czy mógłbyś mi podać piłkę?
Wziął ją i odbił o podłogę. Gloing!
— Podejrzewam, że możesz znać sztukę wytwarzania siarczanej gumy?
— To było… Tak miał na imię mój dziad! — wyjąkał Glang.
— Aha, dobra wróżba! — zawołał szybko Trev.
Złapał piłkę i uderzył nią jeszcze raz.
Gloing!
— Mogę wyciąć i pozszywać zewnętrzną powłokę, jeśli ty zajmiesz się pęcherzem — zaproponował Nutt. — Zapłacimy ci piętnaście dolarów i udzielimy licencji na produkcję tylu kolejnych, ile tylko zechcesz.
— Zarobisz fortunę! — zachęcił kupca Trev.
Gloing! Gloing! — powtarzała piłka, a Trev dodał:
— W dodatku to będzie licencja uniwersytetu. Nikt się nie ośmieli jej naruszać.
— Jak to możliwe, że wiesz o siarczanej gumie? — zdziwił się Glang. Miał wyraz twarzy kogoś, kto wie, że przeciwnicy mają przewagę, ale postanowił paść w walce.
— Ponieważ Rhys, król krasnoludów, sześć miesięcy temu podarował lady Margolotcie suknię z siarczanej gumy i skóry, i jestem prawie pewien, że rozumiem zasadę.
— Jej? Czarnej Damie? Potrafi zabijać ludzi samą myślą!
— Jest moją przyjaciółką — poinformował spokojnie Nutt. — A ja ci pomogę.
Glenda nie była pewna, dlaczego dała trollowi dwupensowy napiwek. Był podstarzały i powolny, ale miał dobrze utrzymaną tapicerkę i dwa parasole. No i dla niego taki daleki kurs wcale nie był przyjemny, ponieważ bandy dzieciaków zamalowywały każdego trolla graffiti po pierś, zanim zdążył wydostać się z okolicy.
Czuła na sobie spojrzenia ukrytych oczu, kiedy szła do drzwi, ale to nie miało znaczenia.
— No dobrze — zwróciła się do Juliet. — Weź sobie wolną noc, co?
— Wrócę z tobą do pracy — odparła Juliet ku zdumieniu Glendy. — Potrzebujemy pieniędzy, a nie mogę tacie powiedzieć o tych pięćdziesięciu dolarach.
W umyśle Glendy nastąpiła niewielka kolizja oczekiwań, gdy Juliet mówiła dalej.
— Masz rację, to stała praca i chcę ją zachować, bo jestem tępa i pewnie spapram tę drugą. Znaczy było fajnie i w ogóle, ale potem sobie pomyślałam, że zawsze dobrze mi radziłaś, i pamiętam, jak kiedyś kopnęłaś Śliskiego Damiena w klejnoty tak, że przez tydzień chodził zgięty wpół. Poza tym jak z nimi pojadę, będę musiała zostawić ulicę, tatę, chłopców. Boję się tego. No i powiedziałaś, żeby uważać z bajkami, masz rację, tam są też gobliny. I nie wiem, jak sobie poradzę bez ciebie i twojego prostowania mnie. Jesteś solidna i tyle. Nie pamiętam, kiedy cię przy mnie nie było. A gdy jedna z dziewczyn nabijała się z twojego starego płaszcza, powiedziałam jej, że bardzo ciężko pracujesz…
Kiedyś czytałam w tobie jak w książce, pomyślała Glenda. Takiej z dużymi kolorowymi obrazkami i niewielką liczbą słów. A teraz nie mogę. Zgadzasz się ze mną i powinnam być zadowolona, ale nie jestem. Źle się z tym czuję i nie wiem dlaczego, a to boli.
— Może jednak się z tym prześpisz? — zaproponowała.
— Nie. Wszystko bym popsuła. Wiem, że tak.
— Dobrze się czujesz?
Coś w umyśle Glendy wrzeszczało na nią.
— Nic mi nie jest — zapewniła Juliet. — Naprawdę, było zabawnie, ale to dla aliganckich dziewczyn, nie dla mnie. To same błyski, nic, co można wziąć w rękę. A zapiekanka to zapiekanka, nie? Solidna. Poza tym kto by się zajmował tatą i chłopakami?
Nie, nie, nie! — krzyczał głos Glendy w jej głowie. Nie tego chciałam. Och, na pewno nie? To o czym myślałam, kiedy opowiadałam te banały? Ona patrzy na mnie, a ja dałam jej dobry przykład. Dlaczego? Bo chciałam ją ochronić. Jest taka… delikatna. Wielkie nieba, uczyłam ją być jak ja i nawet to spaprałam!
— No dobrze, możesz wrócić ze mną do kuchni.
— Zobaczymy bankiet? Nasz tato się martwi tym bankietem. Myśli, że lord Vetinari chce wszystkich zamordować.
— Często tak robi?
— Tak, ale wszystko jest potem tuszowane. Tak mówi tato.
— Tam będzie setka ludzi. Trzeba by sporo tego tuszowania.
A jeśli nie spodoba mi się, co zobaczę i usłyszę, na całym świecie nie wystarczy tuszu, postanowiła.