Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 116
Перейти на страницу:

— Gdzieś ty był?! Skąd się tu wzięłam?! — zawołała z histerią w głosie. Drakkainen spojrzał w niebo i westchnął.

— Nie wiem. Straciłem przytomność. Ile czasu upłynęło?

— Od kiedy?

— Odkąd przechodziliśmy przez przełęcz. Wtedy byłaś aktywna. Musisz mieć poczucie czasu.

— Byłeś nieprzytomny sześćdziesiąt jeden godzin. Co się z tobą działo? Kim była ta laska? Skąd masz to ubranie?

— Źle się poczułem. Musiałem się położyć — wycedził Drakkainen sarkastycznie, jednak czując ulgę. Przynajmniej nie upłynęły lata. — Gdzie jest północ?

— Martwiłam się! Myślałam, że umarłeś, tępy bydlaku!

— Też tak myślałem. Gdzie północ?

— Prosto przed pyskiem!

— Tak też sądziłem — odparł. — Dziękuję, Cyfral. Idziemy z kimś się spotkać. Nazywa się Wszystkie Misie czy jakoś tak. A tamta laska to zdaje się bogini czy coś w tym rodzaju. Ma na imię Hatrun. Na pewno się polubicie.

Prychnęła tylko i poleciała przodem, idiotyczna, kiczowata zabawka. Z odległości dziesięciu metrów przypominała dziwnego, wielkiego motyla i mógł ją już znieść, nie kłopocąc się nieustannie o stan własnego umysłu.

Zaczął padać śnieg.

— Nic dziwnego — powiedział do siebie. — Święta za pasem. Jupi-du.

W środku jednak usadowił się jakiś przykry, gniotący ciężar, którego nie dało się zamaskować kpiną. Zupełnie jakby stracił kogoś bliskiego. Płatki śniegu tańczyły wokół, lepiły się do twarzy i momentalnie miał zupełnie mokre policzki.

Śnieg wkrótce ustał.

Głęboko w lesie Drakkainen znalazł tropy zająca.

— Czym prędzej trzeba naprawić łuk — oświadczył, szukając odpowiedniego kamienia. — Przypomnij sobie wspomaganie celowania — nakazał Cyfral stanowczo.

Umowny zając stanął słupka z piętnaście metrów od niego i przez jakiś czas nasłuchiwał podejrzliwie. Przypominał raczej miniaturowego kangura z lekką domieszką kapibary.

— Chyba nie chcesz go zabić — odparła Cyfral z oburzeniem. — Jest śliczny!

— Bardzo mi przykro — wyszeptał cierpliwie Drakkainen. — Zdecydowanie wolałbym upolować coś odrażającego, ale w chwili obecnej do dyspozycji jest jedynie ten zając.

— Ani mi się waż! Chcesz zatłuc takie słodkie zwierzątko tylko dlatego, że jesteś głodny?!

— Moduł celowania, Cyfral. Proszę.

— Jesteś wstrętny!

— I głodny. Co więcej, nie mam w ogóle nic do jedzenia.

— To sobie rzucaj! Ale ja do tego ręki nie przyłożę. Drakkainen powiedział coś po fińsku. Zając tymczasem przezornie zniknął.

— Skąd ty się w ogóle wzięłaś?! — zawołał Vuko z rozpaczą. — Przecież niemożliwe, żebym miał w głowie coś podobnego! Nie mam najmniejszych szans na przetrwanie!

Cisnął kamieniem w drzewo i trafił dokładnie tam, gdzie chciał, precyzyjnie, jak ze sztucera.

Cyfral nadęła się i odleciała.

Kiedy wspiął się na grań, zrobiło się już popołudnie i szczyt spowiła mgła. Szlak biegł grzbietem, wydawał się raczej wygodny. Ścieżka umożliwiała nawet przeprowadzenie koni i z pewnością była uczęszczana.

Po jakiejś godzinie marszu trakt sprowadził go w dół, za zakrętem zobaczył kotlinkę. Okrągłą, okoloną drzewami, przez którą płynął strumień i kawałek dalej spadał za załom skały, wzbijając kłęby wodnego pyłu.

— Mam nadzieję, że to tutaj — powiedział, schodząc ostrożnie po kamieniach.

Na dole natknął się na słupy. Otaczały kotlinę, rozstawione co kilkanaście metrów. Stare, kamienne menhiry, pokryte precyzyjnymi żłobieniami skomplikowanych znaków. Między głazami ustawiono totemy z krzywych żerdzi, ozdobionych konstrukcjami z piór, rzemyków i drobnych kostek, podobnych do indiańskich „łapaczy snów". Każda żerdź zwieńczona była czaszką.

— Jak miło — wycedził Drakkainen. — Nie o to chodzi, żeby ktoś tu czekał z kwiatami, ale dlaczego choć raz to nie może być coś neutralnego? Powiedzmy ryba albo gliniany krasnal?

Obszedł kotlinkę wzdłuż linii menhirów, stwierdzając, że tuż za nią wśród skał i mchu majaczą pojedyncze kości. Pas szczątków ciągnął się wzdłuż granicy całej kotlinki. Nie było ich bardzo dużo — ot, tutaj czaszka, tam miednica. Nie wszystkie zresztą należały do ludzi. W głębi do skalnej ściany tuliła się stara, przygarbiona chata, nakryta burą strzechą z jesionowych witek. Z boku lekko sączył się dym. Posiadłości nie bronił częstokół, co samo w sobie było zastanawiające.

W pobliżu wodospadu natrafił na otoczony głazami wydeptany placyk, wystygłe miejsce ogniskowe i budzącą litość atrapę wiaty.

Zrzucił tam swój tobołek i wrócił do menhirów.

Stał tam przez chwilę, po czym znalazłszy duży kamień, cisnął go między kamienne słupy. Pocisk potoczył się po ziemi, ale nie stało się nic szczególnego.

— Niewiele to dało — mruknął. — W każdym razie ręki tam nie włożę. Mogłabyś przelecieć między tymi słupami? — zwrócił się do Cyfral.

— Vedä keteen! — warknęła.

— Tak tylko pytałem. Gdybym miał tego królika, mógłbym wrzucić kawałek i sprawdzić, czy to reaguje na obiekty białkowe. A najlepiej gdybym tam wpędził żywego.

Odpowiedziało mu nadąsane milczenie.

Stwór pojawił się zupełnie znienacka. Gdzieś od strony chaty i zbocza, jakby wysnuł się ze skały. W jednej chwili nie było tam nic, a w następnej już pędził, pohukując charkotliwie. Cyfral wrzasnęła.

Drakkainen pomyślał, że to chyba ogromny, pokraczny niedźwiedź. Przemknęło mu to przez głowę, gdy miał już miecz w dłoniach z boku ciała, skierowany ostrzem lekko do tyłu, w postawie wakigamae. Nie zauważył, kiedy po niego sięgnął. Palce nie mieściły się na zbyt krótkiej rękojeści.

To nie jest miecz do kenjutsu, pomyślał. Trzeba będzie popracować nad odruchami.

W następnej sekundzie błysnęło mu, że to jednak nie może być niedźwiedź. Po pierwsze, był mniejszy. Tutejsze niedźwiedzie dosyć przypominały niedźwiedzie jaskiniowe i przybierały niedorzeczne rozmiary. Po drugie, szarżujący stwór w zasadzie biegł na dwóch łapach, co drugi krok podpierając się jedną pięścią. Odrobinę kojarzył się z gorylem, a na to był z kolei za wielki i miał za krótki pysk.

Drakkainen patrzył, jak faluje jego rude, szorstkie futro, obserwował niepokojący błysk inteligencji pod wydatnymi wałami nadoczodołowymi. Wydawało się, że czuje drgnienia ziemi pod nogami. Powoli wpuścił powietrze przez nos i lekko poprawił chwyt rękojeści.

Przestał myśleć o hiperadrenalinie, której brakowało mu w żyłach, o swoim mieczu zwiadowcy noszonym obecnie przez jakiegoś szmondaka, o półtonowym cielsku potwora gnającym na niego niczym kosmata lokomotywa. Stał się pustką. Nieskończoną ilością możliwości wypełniającą przestrzeń od czubka głowy do końca ostrza.

Stwór wykonał dziki sus i wylądował tuż przy menhirach. Uniósł się na całą wysokość i wydał z siebie przeraźliwy ryk, zakończony gardłowym pohukiwaniem. Powiało upiornym, gorącym smrodem, trochę jakby gnijącej fasoli, karbidu i padliny.

Yeti, pomyślał Drakkainen. Wypisz, wymaluj.

Yeti podskakiwał w miejscu, wyrywał garściami trawę i wydawał z siebie dzikie ryki, szczerząc upiorny garnitur kłów, ale albo nie chciał, albo nie mógł wyjść za linię słupów. Ciskał się tylko na podobieństwo psa przy ogrodzeniu.

Vuko stał przez dłuższy czas z mieczem w dłoniach, czując się jak napięta sprężyna.

— No co jest? — spytał niecierpliwie. — Bijemy się czy nie? Odpowiedział mu ryk, wściekły taniec i ciskanie kamieniami o ziemię, ale nic konkretnego.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)