My, Dzieci Z Dworca Zoo
- Автор: F Christiane, Felscherinow Christiane Vera
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
Zapytałam, czyby mnie nie podrzucił na Hardenbergstrasse, pod politechniką Zrobił to bez gadania. Przed południem pod politechniką był rynek.
Był ładny, ciepły dzień, 18 maja 1977. Pamiętam dokładnie datę, bo za dwa dni miałam piętnaste urodziny. Pokręciłam się trochę między ludźmi, z paroma sobie pogadałam. Długo głaskałam jakiegoś psa. Byłam absolutnie szczęśliwa. Genialnie się czułam, bo nie musiałam się spieszyć z władowaniem i mogłam sobie czekać tak długo, aż mi autentycznie przyjdzie na to ochota. W końcu fizycznie nie byłam już uzależniona.
Wreszcie podszedł jakiś człowiek i zapytał, czy nie chcę kupić hery, a ja powiedziałam, że tak. Poszłam za nim na Ernst Reuter Platz i kupiłam ćwiartkę za czterdzieści marek. Od razu poszłam do damskiego szaletu przy tym placu. Tam jest dosyć czysto. Wsypałam na łyżkę tylko połowę działki, bo po odtruciu nie wolno zaczynać od pełnej ilości. Władowałam sobie w takim trochę jakby podniosłym nastroju. Bo mi się wydawało, że to mój ostatni raz.
Ocknęłam się dopiero w jakieś dwie godziny później. Tyłkiem wpadłam do muszli. Igła cały czas była wbita w ramię. Moje rzeczy leżały rozsypane na podłodze mikroskopijnej kabiny. Ale jakoś dosyć szybko doszłam do siebie. Pomyślałam sobie, że wybrałam autentycznie dobrą, mianowicie ostatnią chwilę, żeby skończyć z ćpaniem. Ze wspaniałej przechadzki na luzie po Kurfürstendamm oczywiście nici. Cały dobry nastrój diabli wzięli. W stołówce polibudy zjadłam za dwie i pół marki kartofle puree i surówkę z porów, ale oczywiście zaraz wszystko wyrzygałam. Powlokłam się jeszcze na dworzec, żeby powiedzieć Detlefowi „do widzenia”, ale go nie było. Musiałam wracać do domu, bo czekał na mnie chory kotek.
Bidulek leżał w tym samym miejscu, w którym go zostawiłam. Na poduszce w moim łóżku. Wypłukałam strzykawkę i znowu wlałam mu do pyszczka trochę herbaty rumiankowej z glukozą. Tak właściwie, to inaczej wyobrażałam sobie ostatni dzień mojej narkomańskiej kariery. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie przesunąć całej sprawy o jeden dzień i nie połazić sobie trochę po Kudammie przed pójściem do Narkononu.
Potem przyszła z pracy mama i zapytała, gdzie byłam po południu. Powiedziałam, że na Kudammie. Mama stwierdziła: – Jak to, przecież już dzisiaj miałaś wpaść do Narkononu, żeby się o wszystko dowiedzieć.
Od razu się wpieniłam i wydarłam się na mamę: – Daj mi spokój, do jasnej cholery! Nie miałam czasu, rozumiesz! – Nagle mama też się na mnie rozdarła: – Jeszcze dziś wieczorem pójdziesz do Narkononu! Natychmiast masz spakować swoje rzeczy! Zostajesz tam od dzisiaj i nie ma gadania!
Właśnie przygotowałam sobie kotleta z ziemniakami. Wzięłam talerz, poszłam do klopa, zamknęłam drzwi i jadłam siedząc na kiblu. Tak wyglądał ostatni wieczór z mamą. Wydzierałam się, bo mama od razu skapowała, że znowu jestem nagrzana i szlag mnie trafiał na samą siebie, że jednak musiałam sobie jeszcze władować. W końcu sama doszłam do wniosku, że jeszcze dzisiaj muszę pojechać do Narkononu.
Zapakowałam trochę rzeczy do plecionej torby, a strzykawkę, resztę hery i łyżkę wsadziłam sobie z przodu za majtki. Pojechałyśmy taryfą do Zehlendorf, gdzie był Narkonon. Ci z Narkononu rzeczywiście o nic mnie nie pytali. Faktycznie przyjmowali każdego. Mieli nawet naganiaczy, którzy kręcili się wśród narkomanów i pytali, czy ktoś nie miałby ochoty przyjść do Narkononu.
Ale do mamy mieli pytania. Mianowicie zanim mnie przyjęli, chcieli zobaczyć forsę. 1500 marek z góry za pierwszy miesiąc. Mama oczywiście nie miała tyle forsy. Obiecała, że wpadnie z forsą zaraz jutro przed południem. Miała wziąć kredyt. Powiedziała, że jej bank bez żadnych trudności udzieli takiego drobnego kredytu. Prosiła i błagała, żeby tylko pozwolili mi zostać. W końcu się zgodzili.
Zapytałam, czy mogę iść do klopa. Pozwolili. Czyli, że nie było tu przeszukiwania, jak w innych ośrodkach, gdzie od razu wyrzucali do domu, jak się miało przy sobie sprzęt. Poszłam do kibla i szybko władowałam sobie resztę hery. Oczywiście widzieli, że wyszłam stamtąd nagrzana, ale nic nie gadali. Oddałam im sprzęt. Ten człowiek, któremu oddałam strzykawkę, powiedział zaskoczony: – Podoba się nam, że oddałaś dobrowolnie.
Musiałam pójść do pokoju dla takich, co są na głodzie, bo przecież widzieli, że jestem kompletnie naćpana. Było ze mną jeszcze jakichś dwóch. Jeden z nich prysnął od razu następnego dnia rano.
Tym z Narkononu tylko w to graj, że ktoś, kto zapłacił za miesiąc z góry, pryska od razu następnego dnia.
Dostałam książki z naukami Scientology Church. Niesamowicie zwariowane bajery. Ta sekta była zupełnie obłędna. W każdym razie te ich historie były nieziemskie. Można było wierzyć albo nie. A ja szukałam czegoś, w co mogłabym uwierzyć.
Po dwóch dniach pozwolili mi wyjść z tego pokoju, bo po dwóch strzałach prawie nie miałam objawów. Dostałam pokój razem z Christą. Ta Christa to była kompletnie szajbnięta baba. Od razu wywalili ją z seansu terapeutycznego, bo cały czas tylko rżała z prowadzących i całej tej terapii. Przyszła do naszego pokoju i zaczęła przeszukiwać listwy przypodłogowe, czy nie ma tam pastylek kwasu. Twierdziła, że ktoś mógł tam coś schować. Zaprowadziła mnie na strych i powiedziała: – Patrz, jakby tak przytargać trochę materaców, toby tu można urządzić całkiem obłędną orgię, taką wiesz, z winem, haszem, no nie? – Normalnie jakby się uparła z powrotem wepchnąć mnie w bagno. Bo tak nawet chwilami wydawała mi się bombowa. Ale ciągle kierowała moje myśli na narkotyki i mówiła, że ci z Narkononu to pacany. A przecież ja miałam tu wyjść z nałogu.
Drugiego dnia zadzwoniła moja mama i powiedziała, że mój kot umarł. To było w moje piętnaste urodziny. Mama złożyła mi życzenia dopiero, jak mi powiedziała o kocie. Też ją to zdrowo trzepnęło. Całe przedpołudnie w dzień swoich urodzin przesiedziałam na łóżku i tylko chlipałam.
Jak ci z Narkononu zobaczyli, że nic tylko chlipię i chlipię, to powiedzieli, że potrzebna mi sesja. Zamknęli mnie z jednym takim byłym ćpunem w jakimś pomieszczeniu i on zaczął mi wydawać pozornie bezsensowne polecenia. Wolno mi było mówić tylko „tak” i musiałam wykonać każde polecenie.
Mówił mi: – Tam jest ściana. Podejdź do ściany. Dotknij ściany. – i tak w kółko. Godzinami łaziłam od ściany do ściany, żeby jej dotknąć. W którymś momencie rzygać mi się już od tego chciało i powiedziałam: – Ty, słuchaj, po cholerę ta szopka. Chyba macie wszyscy zajoba. Dajcie mi święty spokój, mam tego dosyć. – Ale on, z tym swoim uśmieszkiem, który ani na chwilę się nie zmieniał, jakoś mnie jednak nakłonił, żeby to dalej ciągnąć. Musiałam dotykać też innych rzeczy. Aż do momentu, kiedy już autentycznie nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca, rzuciłam się na podłogę i zaczęłam ryczeć.
On się uśmiechał, a ja, jak się już uspokoiłam, dalej wykonywałam polecenia. Też zaczęłam się tak głupkowato uśmiechać. Byłam kompletnie otępiała. Dotykałam ściany, zanim jeszcze wydał mi polecenie. Jedyne, co mi się tłukło po głowie, to było: Kiedyś to się wreszcie musi skończyć.
Dokładnie po pięciu godzinach powiedział: – Okay, na dziś wystarczy. – Twierdziłam, że niesamowicie dobrze mi to zrobiło. Kazał mi pójść ze sobą do innego pomieszczenia. Stało tam dziwaczne urządzenie zrobione domowym sposobem, takie wahadło między dwiema blaszanymi puszkami. Musiałam tego dotknąć. Facet zapytał: – Czy jest ci dobrze?
Ja powiedziałam: – Tak, jest mi bardzo dobrze. Wydaje mi się, że teraz wszystko przeżywam bardziej świadomie.
Facet pogapił się na wahadło, a potem powiedział: – Nie poruszyło się. Znaczy, że nie kłamałaś. Sesja się udała.