Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:

Ta książka jest dla mnie niesamowita. Wokół słyszymy wciąż: narkomani, nie, narkotyki, nie, to niezdrowe, nie, to szkodliwe, nie, trucizna, nie, narkotyki, nie, złe towarzystwo, nie, nie i nie… A (może nie mnie, ale wielu) to wcale nie odstrasza, wręcz zaciekawia. Ta książka mówi o psychice młodej narkomanki, o skutkach nałogu, o tym, że nie mogła spełnić swych marzeń, o miłości w narkotykach, o tym, kim się staje człowiek, gdy zaczyna brać narkotyki.
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 78
Перейти на страницу:

W metrze o mało się nie poryczałam z wściekłości, że wystarczyło trochę kakao, ciasteczek i gówniane ciepełko w głosie, żebym się dała podpuścić tej gliniarze.

Załatwiłam jeszcze na dworcu dwóch klientów, kupiłam towar na Kurfürstendamm i pojechałam do domu. Mój kot leżał w kuchni i ledwie dychał. Chorował już od paru dni. Teraz był już taki wychudzony i tak żałośnie miauczał, że sobie pomyślałam, że niedługo umrze.

Śmiertelnie chorym kotem przejmowałam się jakoś bardziej niż swoim własnym stanem. Od weterynarza dostałam dla niego wyciąg z krwi bydlęcej na wzmocnienie, ale biedulek nic już nie chciał jeść. Leżał przed miseczką z tym ekstraktem i nawet nie podniósł głowy.

Chciałam sobie władować. Wyjęłam sprzęt i wtedy przyszedł mi do głowy pomysł. Nabrałam trochę tego wyciągu z krwi do strzykawki i wlałam kotu do pyszczka. Przyjął ten zabieg z kompletną apatią Strasznie długo trwało, zanim udało mi się jako tako przepłukać strzykawkę przed władowaniem. – Tak jakoś nie bardzo mnie to podhajcowało. Wykańczał mnie sam ten strach przed kipnięciem. Chciałam umrzeć, ale przed każdym władowaniem opadał mnie cholerny strach przed śmiercią. Może to zresztą ten kot mi znowu uświadomił, co to właściwie znaczy umierać, jak się jeszcze nawet tak naprawdę nie żyło.

Sytuacja zrobiła się taka bardziej bez wyjścia. Od czasu, jak mama skapowała, że znowu ćpam, nie potrafiłyśmy już ze sobą rozsądnie pogadać. Ja się ciskałam, a ona ciągle patrzyła na mnie tymi pełnymi rozpaczy oczami. Gliniarze mieli mnie już właściwie na widelcu. Ten protokół, który podpisałam u Schipke, w zupełności wystarczył na sprawę w sądzie dla nieletnich i gwarantowany wyrok. Czułam zresztą, że mama by się nawet cieszyła, jakby mnie już mogła mieć z głowy. W końcu wiedziała, że w żaden sposób nie może mi pomóc. Bez przerwy dzwoniła po jakichś urzędach i poradniach dla narkomanów i była coraz bardziej zrozpaczona, bo przekonała się, że nikt nie chce albo nie może pomóc ani jej, ani mnie. Ciągle tylko straszyła, że wyśle mnie do krewnych do Niemiec zachodnich.

Gdzieś tak w maju 1977 sama pojęłam jakoś tym swoim chorym mózgiem, że zostały mi jeszcze tylko dwie możliwości: albo możliwie szybko właduję sobie „złoty strzał”, albo podejmę poważną próbę wyjścia z nałogu. Wiedziałam, że jestem skazana tylko na siebie. Na Detlefa też już nie mogłam liczyć. Najważniejsze to nie uzależniać tej decyzji od niego.

Pojechałam do „Haus der Mitte” w Gropiusstadt, gdzie zaczęła się moja narkomańska kariera. Klub na razie zamknęli, bo nie mogli sobie dać rady z problemem heroiny. Zrobili tam za to poradnię dla narkomanów. Prawdziwą poradnię, tylko dla Gropiusstadt. Tyle się tam narobiło narkomanów przez te dwa lata, od kiedy hera po raz pierwszy pojawiła się w tej dzielnicy. Powiedzieli mi to, co już sama od dawna wiedziałam:, że jedyna szansa dla mnie, to jakaś normalna terapia. Dostałam adresy „Drogen-info” i Synanonu, bo u nich były najlepsze wyniki.

Normalnie miałam cykora przed taką terapią, bo ludzie opowiadali, że tam niesamowicie ciężko. Podobno przez pierwsze miesiące normalnie gorzej jak w więzieniu. W Synanonie trzeba się było nawet opitolić na łyso. Pewnie po to, żeby udowodnić, że się naprawdę chce zacząć nowe życie Pomyślałam sobie, że nie ma mowy, żebym się miała ogolić na żarowe i łazić z łysą czachą jak Kojak. Jakoś tak włosy były dla mnie najważniejsze. Za nimi ukrywałam twarz. Myślałam sobie, że jak mi je obetną, to nic tylko się powiesić.

Ta babka w poradni sama mi zresztą powiedziała, że nie mam szans w „Drogen-info” ani w Synanonie, bo tak właściwie to u nich nie ma wolnych miejsc. Warunki przyjęcia też podobno cholernie ciężkie. Trzeba było być fizycznie zdrowym i najpierw udowodnić dobrowolną samodyscypliną, że się w ogóle ma jeszcze siłę rzucić nałóg. Powiedziała jeszcze, że jestem przecież młoda, nie mam nawet piętnastu lat, czyli prawie dziecko. Trudno by mi było spełnić te wymagania, i, że dla dzieci właściwie nie ma jeszcze specjalnego leczenia.

Powiedziałam, że ja to bym chciała do Narkononu. Narkonon to była taka placówka terapeutyczna prowadzona przez sektę Scientology Church. Wielu narkomanów, którzy tam kiedyś byli, opowiadało, że to nawet całkiem w porządku. Nikt nie stawiał tam żadnych warunków przyjęcia, wystarczyło z góry zapłacić. Można było łazić w narkomańskich łachach, zabrać ze sobą płyty, a nawet zwierzaki.

Facetka z poradni powiedziała, że powinnam się zastanowić, dlaczego tylu narkomanów opowiada, że terapia w Narkononie jest taka fajna, a przy okazji żwawo ćpają dalej, i, że ona nie zna ani jednego wypadku wyleczenia po terapii w Narkononie.

Zapytałam, co w takim razie mam robić, jak nie ma szansy na miejsce gdzie indziej. No to dała mi adres Narkononu.

W domu znowu wlałam kotkowi swoją jedyną strzykawką trochę tego wyciągu z krwi do pyszczka. Jak przyszła mama, powiedziałam: – Idę na prawdziwy odwyk do Narkononu. Zostanę tam przez parę miesięcy albo i rok i wyjdę całkiem czysta.

Mama zachowywała się tak, jakby nie wierzyła już w żadne moje słowo. Ale od razu przypięła się do telefonu i próbowała zdobyć jakieś informacje o tym Narkononie.

Strasznie się napaliłam na to leczenie. Byłam jak nowo narodzona. Już tego popołudnia zrezygnowałam z klientów i w ogóle nie miałam hery. Zamierzałam się odtruć przed pójściem do Narkononu. Nie chciałam wylądować na początek w pokoju dla tych na głodzie. Chciałam pójść czysta, żeby od razu mieć fory przed tymi, co przyjdą równo ze mną. Chciałam zaraz na początku udowodnić, że autentycznie mam zamiar rzucić nałóg.

Poszłam wcześnie do łóżka. Na poduszce przy twarzy położyłam sobie kotka, z którym było już coraz gorzej. Byłam troszkę dumna z siebie. Robią odwyk zupełnie sama, autentycznie dobrowolnie. Który narkoman umiałby się na to zdobyć? Wprawdzie powiedziałam mamie, że zaczynam od razu, ale mama tylko uśmiechała się z niedowierzaniem. Tym razem nie zwolniła się z pracy. Taki odwyk to było już dla niej coś całkiem normalnego i bezskutecznego. Czyli, że musiałam to wszystko przejść autentycznie sama.

Następnego dnia rano byłam już oczywiście na pełnym głodzie. Było tak samo, jak przy poprzednich próbach, a może nawet trochę gorzej. Ale ani przez chwilę nie pomyślałam: nie, nie dasz rady. Kiedy mi się wydawało, że skonam z bólu, zaraz sobie mówiłam: coś ty, to tylko trucizna wyłazi z organizmu. Będziesz żyła, bo nigdy już żadna trucizna się tam nie znajdzie. Kiedy zapadałam w krótkie drzemki, nie miałam koszmarów. Pojawiały się wizje pogodnego życia po skończeniu leczenia.

Kiedy trzeciego dnia bóle stały się trochę bardziej znośne, cały czas miałam przed oczami ten swój raj, jak na filmie. Stawał się coraz konkretniejszy. Chodzą dalej do szkoły. Robię maturę. Mam własne mieszkanie. Volkswagen kabriolet stoi pod domem. Jeżdżę prawie zawsze z opuszczonym dachem.

Mieszkanie w okolicy, gdzie jest pełno zieleni. W Rudow, a może nawet w Grunewald. Stare budownictwo. Ale nie takie burżujskie kamienice, jak te frontowe budynki przy Kurfürstendamm z niesamowicie wysokimi sufitami i sztukaterią. Żaden tam dom z holem zamiast sieni, z czerwonymi chodnikami, marmurami, lustrami i złotymi literami na wizytówkach. Jednym słowem, mieszkanie w innym domu niż te cuchnące z daleka bogactwem. Bo bogactwo, tak sobie wyobrażałam, oznacza kiwanie innych, nerwowe i stres.

Chciałam mieć mieszkanie w starym robotniczym domu, dwa albo trzy małe pokoiki, niskie sufity, małe okienka, wydeptane schody na klatce, gdzie zawsze pachnie jakimś jedzeniem, a sąsiedzi przechodząc mówią sobie „dzień dobry, co tam słychać”? Schody byłyby tak wąskie, że przechodząc obok kogoś, trzeba się o niego otrzeć Wszyscy mieszkańcy domu ciężko pracują, ale są bardzo zadowoleni. Nie interesuje ich tylko zgarnianie-forsy, nie są zawistni, pomagają sobie nawzajem, są po prostu zupełnie inni od bogaczy, ale też inni od robotników z bloków Gropiusstadt. Zwyczajnie nie czuje się tu nerwowy.

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)