My, Dzieci Z Dworca Zoo
- Автор: F Christiane, Felscherinow Christiane Vera
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
Pogadałam sobie trochę z facetem. Całkiem zabawny był z niego aparat. Na koniec mi powiedział, że ma w domu jeszcze pół grama hery i, że nam da, jak za trzy godziny przyjdziemy na Kurfürstenstrasse. Wydębiłam od niego jeszcze trzy dychy. Powiedziałam, że musimy się za to chociaż raz porządnie najeść, i, że przecież wiemy, że ma kupę szmalu i jeździ takim starym rzęchem tylko dla zmyłki, bo pracuje w wywiadzie. No to nie miał się już jak wymigać i w końcu dał mi forsę.
Znowu pojechałam ze Stellą na dworzec Zoo, bo wciąż miałam nadzieję, że spotkam Detlefa. Nagle przyleciał do mnie mały kudłaty piesek w czarno-białe łaty i zaczął skakać na mnie z radości. Widać, kogoś mu przypominałam. Piesek wydał mi się obłędny. Wyglądał jak taki przymały pies pociągowy z Dalekiej Północy. Przylazł za nim jakiś mocno obdarty typ i zapytał, czybym nie kupiła tego pieska. Od razu powiedziałam, że tak. Chciał za niego siedemdziesiąt marek, ale w końcu stanęło na czterdziestu. Byłam naćpana i kompletnie szczęśliwa z powodu psa. Znowu miałam swojego psa. Stella powiedziała, żeby go nazwać Lady Jane. No to ochrzciłam go Janie.
Poszłyśmy coś zjeść do jakiejś restauracji przy Kurfürstenstrasse, wzięłyśmy po kotlecie z dodatkami, połowa poszła dla Janie. Ten facet z wywiadu faktycznie zjawił się punktualnie co do minuty i dał mi prawdziwe pół grama hery. To było niesamowite. Pól grama hery kosztuje stówę.
Jeszcze raz pojechałyśmy ze Stellą na dworzec Zoo. Chodziło o Detlefa. Spotkałyśmy Babsi. Niesamowicie się ucieszyłam, bo mimo ciągłych kłótni lubiłam ją nawet bardziej niż Stellę. Poszłyśmy w trójkę na górę, do jakiegoś baru. Babsi wyglądała strasznie mizernie. Nogi miała jak zapałki, zgubiła gdzieś ostatnią resztkę biustu. Ważyła teraz trzydzieści jeden kilo. Tylko twarz miała nadal piękną.
Zaczęłam opowiadać, że ten Narkonon, to zupełnie znośna buda. Stella nie chciała o niczym słyszeć. Powiedziała, że urodziła się na ćpunkę i chce jako ćpunka umrzeć. Za to Babsi piekielnie się napaliła, żeby razem ze mną ostatecznie zerwać w Narkononie z herą. Rodzice i babcia też na próżno starali się dla niej o jakieś miejsce w którejś z placówek. Babsi znów była na gigancie, ale naprawdę chciała wyjść z nałogu. Fatalnie jej się wiodło.
Kiedy się już nagadałyśmy do syta, poszłam ze swoją Janie do „Metra”, takiego cholerycznie drogiego sklepu na dworcu, bo tam jest długo otwarte. Dla Janie kupiłam dwie torby pokarmu dla psów, a dla siebie od metra puddingów. Potem zadzwoniłam do Narkononu i zapytałam, czy mogę wrócić. Powiedzieli, że tak. Ja na to, że przyprowadzę przyjaciółkę Nie dodałam, że ta przyjaciółka to Janie.
Wprawdzie nie bardzo się nad tym zastanawiałam, ale w gruncie rzeczy od początku było dla mnie jasne, że tam wrócę. No bo gdzie miałam się podziać? Mamę by chyba szlag trafił, jakby mnie zobaczyła pod drzwiami. Poza tym moja siostra wyniosła się akurat od ojca i mieszkała teraz z mamą, w moim łóżku i w moim pokoju. Nie chciałam pryskać na giganta. Być kompletnie zależną od jakiegoś klienta, który zgodzi się mnie przenocować, to już było dla mnie ostatnie dno. Nigdy jeszcze nie zostałam u klienta na noc, bo to automatycznie oznaczało dymanie. Ale przede wszystkim wciąż naprawdę chciałam wyjść z nałogu, i dalej mi się wydawało, że mi się to uda w Narkononie, no bo innego wyboru nie miałam.
W domu – Narkonon nazywaliśmy po prostu domem – przyjęli mnie chłodno, ale nic nie gadali. Nie gadali też nic na Janie. Było tu już ze dwadzieścia kotów, a teraz doszedł jeszcze pies.
Przyniosłam ze strychu stare koce i zrobiłam dla Janie legowisko obok swojego łóżka. Następnego dnia rano pies obsrał i zasikał cały pokój. Janie nigdy nie nauczyła się czystości. Miała normalnego zajoba. Tak jak i ja. Kochałam Janie. Nie miałam żadnych oporów, żeby po niej sprzątać.
Od razu wrzepili mi dodatkową sesję. Zupełnie mi to wisiało. Wszystko odwalałam mechanicznie. Wkurzało mnie tylko, że przez tyle godzin nie jestem z psem. W tym czasie zajmowali się nim inni, i byłam przez to cała chora, bo to miał być przecież mój pies. Każdy się z Janie bawił, a ona szła do każdego, bo miała w naturze coś z dziwki. Wszyscy ją dokarmiali i robiła się coraz grubsza. Ale tylko ja z nią rozmawiałam, jak byłyśmy same. Przynajmniej miałam kogoś, z kim mogłam pogadać.
Pryskałam stamtąd jeszcze dwa razy. Za ostatnim razem nie było mnie cztery dni. Czyli po raz pierwszy na trasie. Mieszkałam przez ten czas u Stelli, bo jej mama pijaczka była akurat na odwyku w klinice psychiatrycznej. Znowu zaczął się stary syf. Klient, działka, klient, działka. Potem dowiedziałam się, że Detlef pojechał z Berndem do Paryża. Normalnie padłam.
To już dno, żeby chłopak, który był dla mnie prawie jak mąż, wyjeżdżał sobie z Berlina i nawet mnie o tym nie powiadomił. Zawsze marzyliśmy, żeby wspólnie wyjechać do Paryża. Chcieliśmy wynająć mały pokoik na Montmartrze czy gdzieś i zapomnieć o ćpaniu, bo nigdy nie słyszeliśmy, żeby w Paryżu byli narkomani. Wydawało się nam, że tam nikt nie ćpa. Że jest tylko kupa zwariowanych artystów, którzy popijają kawę i od czasu do czasu wino.
No więc Detlef pojechał z Berndem do Paryża. Nie miałam już przyjaciela. Byłam sama na tym świecie, bo z Babsi i Stellą znowu zaczęłyśmy się ścinać o jakieś duperele. Została mi tylko Janie.
Zadzwoniłam do Narkononu, a oni mi mówią, że mama już zabrała moje rzeczy. Czyli, że mama też mnie skreśliła. Jakoś tak mnie to wściekło. Pomyślałam sobie, że ja im jeszcze wszystkim pokażę. Chciałam im udowodnić, że potrafię dać sobie radę sama.
Pojechałam do Narkononu, no i jakoś mnie przyjęli z powrotem. Jak wściekła łaziłam na wszystkie sesje. Robiłam wszystko, co mi kazali. Zrobiłam się autentyczna prymuska i znowu chodziłam do tego detektora kłamstw, i wskazówka nigdy się nie wychyliła, kiedy mówiłam, że sesja niesamowicie dużo mi dała. Myślałam sobie, teraz dasz radę, nie ma siły. Właśnie teraz. Nie zadzwoniłam do mamy, chociaż zabrała stąd wszystkie moje rzeczy. Pożyczałam łachy od ludzi. Chodziłam w majtkach chłopaków. Ale było mi wszystko jedno. Nie chciałam prosić mamy, żeby mi przyniosła z powrotem moje rzeczy.
Któregoś dnia zadzwonił ojciec: – Cześć, Christiane. Słuchaj no, gdzie ty wylądowałaś? Właśnie przypadkowo się o wszystkim dowiedziałem.
Ja na to: – Tak” To wspaniale, że chociaż raz się o mnie martwisz.
On: – Powiedz no, ty naprawdę chcesz zostać w tej idiotycznej instytucji?
Ja: – Tak, a bo co?
Ojciec najpierw długo nabierał powietrza, a potem zapytał, czy nie poszłabym z nim i jednym jego kolegą na miasto coś zjeść. Powiedziałam: – Okay, zgoda.
W pół godziny później zawołali mnie do biura, a tam już czekał mój ukochany tatuś, którego nie widziałam od miesięcy. Na początek poszedł ze mną do pokoju, w którym spałam z czterema innymi dziewczynami. Powiedział: – Jak to w ogóle wygląda! – Zawsze miał hopla na punkcie porządku. A w naszym pokoju rzeczywiście było nieźle, tak samo zresztą, jak w całym domu. Brudno, pełno śmieci, wszędzie poniewierały się jakieś łachy.
Mieliśmy właśnie wychodzić na to miasto, ale jeden z szefów powiedział do ojca. – Musi pan podpisać oświadczenie, że przyprowadzi pan Christiane z powrotem.
Ojciec się wściekł. Zaczął wrzeszczeć, że jest moim ojcem i sam decyduje o tym, gdzie ma być jego córka. Zaraz mnie stąd zabierze i nie ma mowy, żebym wróciła
Cofałam się tyłem w kierunku pokoju terapii i krzyczałam: – Tato, ja chcę tu zostać! Ja nie chcę umrzeć! Tato, proszę cię, daj mi tu zostać!
Ci faceci z Narkononu, których cała gromada zleciała się na te krzyki poparli mnie Ojciec wybiegł wrzeszcząc – Zaraz zawołam policję1