My, Dzieci Z Dworca Zoo
- Автор: F Christiane, Felscherinow Christiane Vera
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
Wiedziałam, że to zrobi Pognałam na strych i wygramoliłam się na dach Była tam taka platforma dla kominiarzy Przykucnęłam na niej i zaczęłam trząść się z zimna
Niedługo potem faktycznie przyjechały dwie radiolki Gliniarze razem z moim ojcem przeszukali cały dom od góry do dołu Ci z Narkononu też w końcu zaczęli za mną wołać, bo się przestraszyli Ale nie znaleźli mnie na tym dachu Wreszcie gliny i mój stary odjechali
Następnego dnia rano zadzwoniłam do mamy do pracy. Od razu się rozpłakałam i zapytałam – O co tu chodzi”
Głos mamy był lodowaty, powiedziała – Jest mi całkowicie obojętne, co się z tobą dzieje.
Ja na to – Nie chcę, żeby tato mnie stąd zabierał. Przecież tobie przyznali opiekę nade mną. Nie możesz mnie tak po prostu zostawić na lodzie. Ja tu zostanę już nigdy nie będę uciekać. Przysięgam ci Błagam, zrób coś, żeby tato mnie stąd nie zabierał. Mamusiu ja tu muszę zostać, naprawdę. Inaczej umrę, mamo, uwierz mi. Mama straciła w końcu cierpliwość i powiedziała – Nie ma mowy, wykluczone – Potem odłożyła słuchawkę.
W pierwszej chwili poczułam się kompletnie załatwiona. Potem wróciła wściekłość. Powiedziałam sobie. Mogą mnie pocałować w dupę. Całe życie nikt się o mnie nie martwił, a teraz nagle zachciało im się robić ze mną, co im się podoba Idioci, którzy całe życie wszystko robią nie tak, jak trzeba. Świnie, pozwalają mi zdechnąć. Matka Kessi umiała zadbać, żeby jej córka nie wpadła w kompletne bagno. A moim pierdolonym starym nagle się wydaje, że najlepiej wiedzą, co dla mnie dobre. Poprosiłam o dodatkowy seans i całkowicie się na nim skupiłam. Chciałam zostać w Narkononie, a potem może wstąpić na stałe do Scientology Chuch. W każdym razie nikomu nie uda się mnie stąd wyciągnąć. Nie mam zamiaru dać się wykończyć własnym rodzicom. Tak właśnie myślałam sobie wtedy, chora z nienawiści.
Trzy dni później znowu zjawił się ojciec Kazali mi przyjść do biura Ojciec był całkiem spokojny. Powiedział, że muszę z nim pójść do Opieki Społecznej w sprawie pieniędzy, które mama zapłaciła za Narkonon, a które opieka miała jej zwrocie.
Powiedziałam – Nie, nie pójdę Tato, przecież cię znam Jak z tobą pójdę, to Narkononu już na oczy nie zobaczę A ja nie chcę umrzeć.
Ojciec pokazał tym z Narkononu jakieś zaświadczenie Było tam napisane, że może mnie stąd zabrać. Mama go do tego upoważniła Szef Narkononu powiedział, że nic się nie da zrobić i, że muszę iść z ojcem. Nie mogą mnie zatrzymać wbrew jego woli.
Szef powiedział jeszcze, żebym nie zapomniała o ćwiczeniach. Bez przerwy konfrontować. Konfrontować to było takie ich magiczne słowo. Wszystko należało konfrontować. Pomyślałam sobie Jesteście idioci Ja już nie mam co konfrontować. Została mi tylko śmierć. Przecież nie wytrzymam. Najdalej za dwa tygodnie znowu sobie właduję. Nie wydolę. Sama nigdy nie dam rady. Był to jeden z tych niewielu momentów, kiedy dosyć jasno rozumiałam całe swoje położenie. Z tej rozpaczy udało mi się wmówić samej sobie, że Narkonon to była moja ostatnia deska ratunku. Z wściekłości i rozpaczy rozryczałam się Kompletnie nie mogłam się pozbierać.
MATKA CHRISTIANE
Absolutnie nie uważałam tego za najszczęśliwsze rozwiązanie, żeby mój były mąż po tym niepowodzeniu z Narkononem wziął Chnstiane do siebie, żeby, jak powiedział, w końcu nauczyć ją rozumu Pomijając już to, że nie mógł jej pilnować przez całą dobę, to ze względu na stosunki panujące między nim a mną, w głębi duszy nie mogłam jakoś strawić, że mu zostawiam Christiane. Zwłaszcza, że na krótko przedtem wróciła do mnie jej siostra, bo ojciec tak surowo ją traktował.
Ale nie widziałam już innej rady i miałam nadzieję, że może on swoimi metodami osiągnie to, co mnie się nie udało. Oczywiście niewykluczone, że sobie to tylko wmówiłam, żeby chociaż przejściowo zrzucie z siebie odpowiedzialność za Chnstiane. Od czasu jej pierwszego odwyku przezywałam bezustanną huśtawkę nastrojów, od nadziei po rozpacz. Kiedy prosiłam ojca, żeby się włączył psychicznie i fizycznie byłam już u kresu.
Pierwszy cios spadł na mnie już w trzy tygodnie po pierwszym odwyku, który Chnstiane przeszła w mękach razem z Detlefem w naszym mieszkaniu. W pracy odbieram telefon z policji, że Christiane została zatrzymana na dworcu Zoo i, że mam się po mą zgłosić.
Siedziałam przy biurku i drżałam na całym ciele. Co dwie minuty patrzyłam na zegarek, czy jest już czwarta. Nie miałam odwagi się zwolnić. Nie mogłam nikomu zaufać. Obie córki szefa chyba by mnie zjadły, jakby się dowiedziały o Chnstiane. Od razu zrozumiałam ojca Detlefa. Na początku człowiek bardzo się wstydzi
Na komisariacie Chnstiane miała aż zapuchnięte oczy, tak płakała. Policjant pokazał mi u niej świeży ślad po igle i stwierdził, że zatrzymano ją na dworcu gdzie stała w niedwuznacznych okolicznościach.
Początkowo nie wiedziałam, o jakie „niedwuznaczne okoliczności” mu chodzi. Zresztą, może po prostu nie chciałam wiedzieć. Christiane była autentycznie nieszczęśliwa, że znowu wpadła w nałóg. Jeszcze raz zrobiła odwyk. Bez Detlefa. Siedziała teraz w domu i wydawało się, że naprawdę się przejęła. Zebrałam się na odwagę i wprowadziłam w całą sprawę jej wychowawcę w szkole. Był przerażony i podziękował mi za szczerość. Powiedział, że nieczęsto rodzice się na to zdobywają i, że, jak przypuszcza, wśród uczniów jest znacznie więcej narkomanów. Zaofiarował się, że chętnie by Christiane pomógł, tylko nie bardzo wie jak.
Wszędzie było to samo. Obojętnie do kogo się zwróciłam, zawsze był to albo ktoś tak samo bezradny jak ja, albo ktoś, kto ludzi takich jak Christiane od razu spisywał na straty. Później często jeszcze przychodziło mi się z tym spotykać.
Powoli zaczęłam też dostrzegać, jak łatwo tej młodzieży wejść w kontakt z heroiną. Handlarze czyhali już na drodze do szkoły, przy Hermannplatz, w dzielnicy Neukölln. Myślałam, że się przesłyszałam, kiedy któregoś razu, jak byłyśmy z Christiane na zakupach, jeden z tych typów w mojej obecności ją zaczepił. Częściowo byli to robotnicy cudzoziemscy, ale zdarzał się też Niemiec. Christiane mówiła mi, skąd zna tych ludzi: Ten handluje tym, ten sprzedaje to, ten robi tamto.
Wszystko to wydawało mi się zupełnie zwariowane. Zastanawiałam się: gdzie my właściwie żyjemy?
Chciałam przenieść Christiane do szkoły przy Lausitzer Platz, żeby przynajmniej unikała tamtej trasy. Niedługo zaczynały się ferie wielkanocne i po feriach byłaby już w innej szkole. Miałam nadzieję, że w ten sposób wyrwę ją z tego środowiska, z tego niebezpieczeństwa czyhającego na dworcach metra. Był to oczywiście naiwny pomysł, zresztą i tak nic z tego nie wyszło. Dyrektor szkoły od razu zaznaczył, że bardzo niechętnie przyjmuje uczniów ze szkół takiego typu, jak ta, do której chodziła Christiane. A na to, żeby zrobił wyjątek, Christiane ma za słabą ocenę z matematyki. Z czystej ciekawości zapytał jeszcze Christiane, dlaczego chce zmienić szkolę. Kiedy mu odpowiedziała, że atmosfera klasy jest bardzo niedobra, dyrektor uśmiechnął się tylko: Klasa? Przecież w szkołach tego typu trudno mówić o prawdziwych klasach. Powiedział mi jeszcze, że to ciągłe rozdzielanie uczniów na najróżniejsze grupy przedmiotowe w ogóle uniemożliwia wytworzenie się jakiegokolwiek poczucia wspólnoty.
Trudno mi powiedzieć, Kto był bardziej zawiedziony, Christiane czy ja. Christiane stwierdziła tylko: Przecież to wszystko nie ma sensu. Jedyna moja szansa to terapia. Ale skąd ja jej wezmę miejsce? Telefonowałam po wszystkich możliwych urzędach. W najlepszym razie kierowali mnie do poradni dla narkomanów. Tamci z kolei upierali się, że Christiane musi przyjść do nich dobrowolnie. Niezależnie od tego, jak bardzo te poradnie były ze sobą skłócone jedni psioczyli na drugich – w tym punkcie byli zgodni. Dobrowolność jest podstawowym warunkiem leczenia. Inaczej nie ma szansy na pozytywny wynik.