Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:

Ta książka jest dla mnie niesamowita. Wokół słyszymy wciąż: narkomani, nie, narkotyki, nie, to niezdrowe, nie, to szkodliwe, nie, trucizna, nie, narkotyki, nie, złe towarzystwo, nie, nie i nie… A (może nie mnie, ale wielu) to wcale nie odstrasza, wręcz zaciekawia. Ta książka mówi o psychice młodej narkomanki, o skutkach nałogu, o tym, że nie mogła spełnić swych marzeń, o miłości w narkotykach, o tym, kim się staje człowiek, gdy zaczyna brać narkotyki.
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 78
Перейти на страницу:

Kiedy potem niemal na kolanach błagałam Christiane, żeby poszła do jakiejś poradni, od razu zaczynała wydziwiać: – Co ja tam mam do roboty? Przecież i tak nie będą mieli dla mnie miejsca. Nie będę do nich łaziła całymi tygodniami.

Co miałam robić? Gdybym siłą zaciągnęła Christiane do poradni, to musieliby złamać swoją zasadę. Z jednej strony rozumiem dzisiaj ich nastawienie. W tym czasie Christiane chyba rzeczywiście nie dojrzała jeszcze do poważnej terapii. Z drugiej jednak strony uważam, że takie uzależnione od heroiny dzieci, jak Christiane, mają prawo do tego, żeby im pomóc nawet wbrew ich woli.

Później, kiedyż Christiane było już często tak źle, że naprawdę gotowa była pójść dobrowolnie na bezwzględne leczenie, okazało się z kolei, że nie ma miejsc: okres oczekiwania sześć do ośmiu tygodni. Zawsze mnie wtedy zatykało. Pytałam tylko: – A co będzie, jeśli do tego czasu dziecko mi umrze? – No wie pani, przez ten czas powinna przychodzić do nas na rozmowy, żebyśmy mogli się przekonać, czyjej naprawdę zależy. Dzisiaj, patrząc na to wszystko z dystansu, nie mogę mieć do nich pretensji. Przy tak nikłej ilości miejsc na terapii, jakimi dysponują, z konieczności muszą dokonywać wyboru.

Tak więc nie mogłam uzyskać dla Christiane miejsca na leczenie, ale kiedy po feriach wielkanocnych wróciła do domu, myślałam, że go już nie potrzebuje. Wyglądała tak kwitnąco, jak nigdy. Myślałam, że teraz już naprawdę ma to za sobą.

Często pogardliwie wyrażała się o swojej przyjaciółce Babsi, która, jak twierdziła, za heroinę sprzedaje się starym chłopom. Mówiła, że nie wyobraża sobie, jak tak można, i, że tak bardzo się cieszy, że nie ma już nic wspólnego z tym całym środowiskiem, z tym bagnem. Wyglądało na to, że święcie w to wierzy. Gotowa byłam wtedy przysiąc, że mówi poważnie.

Już po kilku dniach znowu wsiąkła. Zorientowałam się po jej zwężonych źrenicach. Nie mogłam już słuchać tych jej wykrętów. – Co ty się ciągle czepiasz, wypaliłam tylko fajkę haszu – warczała do mnie. Zrobiło się bardzo niedobrze. Zaczęła teraz łgać w żywe oczy. Mimo, że ją przejrzałam. Zabroniłam jej wychodzić z domu, ale ona nic sobie z tego nie robiła. Zastanawiałam się, czyjej nie zamykać, ale mieszkaliśmy na pierwszym piętrze i na pewno wyskoczyłaby przez okno. To było dla mnie za duże ryzyko.

Nerwy powoli zaczynały mi odmawiać posłuszeństwa. Nie mogłam już znieść tych jej skurczonych źrenic. Minęły trzy miesiące od momentu, kiedy przyłapałam ją w łazience. Co parę dni gazety donosiły o kolejnej ofierze heroiny. Najczęściej ledwie parę zdań. Było to już dla nich coś tak oczywistego, jak ofiary wypadków drogowych.

Obrzydliwie się bałam. Przede wszystkim dlatego, że Christiane przestała być ze mną szczera. Przestała się do czegokolwiek przyznawać. Te krętactwa doprowadzały mnie do rozstroju nerwowego. Kiedy czuła, że się wsypała, stawała się nieznośna i agresywna. Powoli zaczął się jej zmieniać charakter.

Drżałam o jej życie. Kieszonkowe – dwadzieścia marek miesięcznie – dostawała już tylko na raty. Ciągle był we mnie lęk: dam jej dwadzieścia marek, to kupi sobie porcję i może to być ta jedna za dużo. Z tym, że jest narkomanką, mogłam się jeszcze jako tako pogodzić. Wykańczał mnie lęk, że każda następna porcja może być dla niej ostatnia. Cieszyłam się, że w ogóle jeszcze wraca do domu. W przeciwieństwie do Babsi, której matka często dzwoniła do mnie cała we łzach, żeby zapytać, gdzie jest córka.

Żyłam w ciągłym napięciu. Kiedy dzwonił telefon, bałam się, że to policja, kostnica albo coś równie strasznego. Do dzisiaj zrywam się na równe nogi na dźwięk dzwonka.

Z Christiane w ogóle nie dało się już rozmawiać. Kiedy próbowałam zagadnąć ją na temat jej nałogu, mówiła zaraz: – Daj mi święty spokój! – Miałam wrażenie, że Christiane powoli zaczyna się poddawać.

Wprawdzie nadal twierdziła, że już nie bierze heroiny, tylko pali haszysz, ale ja, w tym samym stopniu, w jakim przestałam mieć jakiekolwiek złudzenia, przestałam też wierzyć w jej wymówki. Regularnie przewracałam jej pokój do góry nogami, przy czym nieraz zdarzało mi się znajdować jakieś akcesoria. Dwa czy trzy razy były to nawet strzykawki. Rzucałam jej wtedy te strzykawki pod nogi, na co ona tylko wykrzykiwała obrażonym tonem, że to Detlefa i, że mu właśnie odebrała.

Któregoś dnia po powrocie z pracy zastałam ich oboje, jak siedzieli na łóżku w pokoju Christiane i właśnie podgrzewali łyżkę. Zupełnie mnie zatkało na taką bezczelność. Wykrztusiłam tylko: – W tej chwili mi się stąd wynoście.

Kiedy wyszli, rozpłakałam się. Nagle ogarnęła mnie niepohamowana wściekłość na policję i nasz rząd. Poczułam się całkowicie opuszczona. W BZ* znowu wiadomość o śmierci narkomana. W tym roku było już ponad trzydzieści ofiar. A to dopiero maj. Nie potrafiłam tego wszystkiego pojąć. Człowiek ogląda w telewizji, jakie ogromne sumy wydaje państwo na walkę z terroryzmem. A w Berlinie handlarze chodzą sobie na wolności i w biały dzień sprzedają na ulicy heroinę, jak lody na patyku.

Cała byłam pochłonięta tymi myślami. Nagle usłyszałam, jak głośno mówię do siebie: kurewskie państwo. Nie wiem już, co mi wtedy jeszcze przelatywało przez głowę. Siedziałam w dużym pokoju i tępo patrzyłam na każdy mebel z osobna. Najchętniej porąbałabym te graty w drobny mak. A więc po to wypruwałam sobie żyły? Potem znowu zaczęłam płakać.

Tego wieczora potwornie sprałam Christiane. Siedziałam wyprostowana na łóżku i czekałam, aż wróci. W głowie mi huczało od tego wszystkiego. Była to mieszanina strachu, poczucia winy i wyrzutów robionych samej sobie. Czułam się jak ktoś, kto się nie sprawdził i to nie tylko dlatego, że przez małżeństwo i tę moją harówkę tyle rzeczy robiłam nie tak. Chodziło o to, że tak długo byłam za tchórzliwa, żeby stanąć oko w oko z tym, co dzieje się z Christiane.

Tego wieczora straciłam ostatnie złudzenia.

Christiane wróciła dopiero o wpół do pierwszej w nocy. Z okna widziałam, jak wysiada z jakiegoś mercedesa. Pod samym wejściem do bloku. Boże, pomyślałam sobie, teraz już naprawdę koniec. Straciła resztki poczucia godności. To już katastrofa. Byłam kompletnie złamana. Wzięłam i sprałam ją tak okropnie, że aż mnie bolały ręce. Na koniec obie siedziałyśmy na dywanie i ryczałyśmy. Christiane była całkiem roztrzęsiona. Powiedziałam jej prosto w oczy, że się puszcza i, że wiem o tym. Potrząsnęła tylko głową i wyszlochała: – Ale nie tak, jak myślisz, mamusiu.

Wolałam sobie oszczędzić szczegółów. Posłałam ją do wanny, a potem do łóżka. Nikt nie może sobie nawet wyobrazić, jak się wtedy czułam. To, że sprzedaje się za pieniądze mężczyznom, było dla mnie – tak myślę – jeszcze większym ciosem niż jej narkomania.

Całą noc nie zmrużyłam oka. Zastanawiałam się, co mi w tej sytuacji pozostało? Z tej rozpaczy myślałam nawet o tym, żeby oddać ją do zakładu. Ale to by tylko pogorszyło całą sprawę. Najpierw wzięliby ją do głównego zakładu wychowawczego przy Ollenhauerstrasse. A jedna z nauczycielek jak najwyraźniej mnie przed tym ostrzegała, między innymi dlatego, że dziewczęta nakłaniają się tam wzajemnie do prostytucji.

Widziałam tylko jedną szansę: Christiane musi wyjechać z Berlina. Na zawsze. Czy chce, czy nie. Wyrwać się z tego bagna, gdzie ciągle ulega pokusie. Tam gdzie będzie bezpieczna przed heroiną.

Zarówno moja matka z Hesji, jak i szwagierka ze Szlezwiku-Holsztyna gotowe były natychmiast ją do siebie przyjąć. Kiedy zakomunikowałam Christiane moją decyzję, nagle spokorniała i zrobiła się niepewna. Poczyniłam już nawet niezbędne przygotowania, a tu nagle Christiane przychodzi do mnie skruszona i wyraża gotowość pójścia na leczenie. Nawet znalazła już miejsce. W Narkononie.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)