My, Dzieci Z Dworca Zoo
- Автор: F Christiane, Felscherinow Christiane Vera
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
Na koniec przyszedł jeszcze jakiś gliniarz zapytać mnie o „Sound”. No i wtedy to już zaczęłam sypać na całego. Opowiedziałam, ilu znam ludzi, których tam nakłonili do ćpania i o tych brutalnych łaniach, jakie się dostaje od tych z obsługi. Kazałam jeszcze zawołać Stellę, a ona wszystko potwierdziła i powiedziała, że może przysiąc przed każdym sądem.
Pani Schipke przez cały czas grzebała w tych swoich aktach i pewnie bardzo szybko wykapowała, kto to jest Stella. Zaczęła ją trochę przyciskać, ale Stella od razu się postawiła. Już myślałam, że ją zaraz przymkną, ale pani Schipke akurat zakończyła służbę i powiedziała, żeby Stella zgłosiła się do niej jeszcze raz następnego dnia. Stella oczywiście nie poszła.
Na pożegnanie pani Schipke powiedziała do mnie: – No, niedługo pewnie znowu się spotkamy. – Powiedziała to tak cholernie cieplutko, jak wszystko dotychczas. To było już największe świństwo. Przecież to tak, jakby powiedziała, że mój przypadek jest już beznadziejny.
GERHARD ULBER
radca policji kryminalnej
szef służby do walki z narkotykami
policji berlińskiej
W zwalczaniu plagi narkomanii kierujemy się koncepcją wykorzystania wszelkich dostępnych nam środków w celu ograniczenia podaży nielegalnych środków odurzających, zwłaszcza heroiny, i wspomożenia w ten sposób działalności terapeutycznej kompetentnych placówek.
W 1976 r. zabezpieczyliśmy 2,9 kg heroiny, w 1977 r. 4,9 kg, a w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 1978 już 8,4 kg. Nie oznacza to bynajmniej, że ilościowo nasze konfiskaty wzrosty proporcjonalnie do podaży czy spożycia heroiny. Ja osobiście jestem tu raczej pesymistą. Znajdujące się w obiegu ilości heroiny wzrosty. Jeszcze przed rokiem aresztowanie niemieckiego pośrednika ze stu gramami heroiny byłoby małą sensacją. Dzisiaj jest to już codzienność.
Musimy zdać sobie sprawę, że przy tak ogromnej stopie zysku coraz więcej Niemców zostaje wplątanych w handel heroiną. Szmuglerzy oraz rekiny są wprawdzie prawie wyłącznie cudzoziemcami, podobnie jak pośrednicy, którzy mają z nimi bezpośredni kontakt. Ale już pośrednicy stojący stopień niżej w tej hierarchii rekrutują się przeważnie spośród Niemców. Przekazują oni heroinę w ilości do stu gramów drobnym dostawcom, będącym przeważnie narkomanami, którzy rozprowadzają towar wśród nabywców.
Tak jak się spodziewaliśmy, nasze sukcesy doprowadziły do tego, że przemytnicy i handlarze stali się ostrożniejsi, na co my z kolei musimy odpowiedzieć wzmożonym wysiłkiem w celu ich wykrycia. Im szerzej jednak ingerujemy jawnie w miejscach spotkań narkomanów z dostawcami, tym silniej spychamy ich w rejony, gdzie są dla nas prawie nieosiągalni.
W gruncie rzeczy sposób działania policji jest tu bez znaczenia. Czy to będzie dyskretny nadzór nad tzw. środowiskiem, czy zaznaczanie obecności policji przy pomocy patroli i tak dalej – „rynek” zawsze znajdzie jakieś wyjście. Heroina coraz powszechniej sprzedawana jest w prywatnych mieszkaniach, gdzie kontrola policji już nie sięga.
Przykładowo: spośród osiemdziesięciu czterech berlińskich ofiar heroiny w 1977 roku dwadzieścia cztery w ogóle nie były u nas notowane jako narkomani, a śmierć z pewnością nie przyszła po pierwszej próbie. Często zdarza się, że permanentnie używający środków odurzających trafiają do naszych kartotek dopiero wtedy, kiedy nieprzytomni znajdą się w szpitalu, gdzie lekarzom w ostatniej chwili udaje się ich odratować.
W ogóle można latami brać heroinę, nie wpadając w oko policji. Jednym słowem, policja nie jest w stanie rozwiązać problemu narkomanii własnymi siłami. Już Amerykanie w czasach prohibicji, a my w 1945, jeśli idzie o czarny rynek, przekonaliśmy się o jednym: tam gdzie jest gwałtowny popyt, zawsze znajdzie się odpowiednia podaż.
Mógłbym oczywiście zatrudnić dwudziestu dodatkowych pracowników i udałoby się nam wtedy aresztować jeszcze więcej drobnych handlarzy heroiną. Ale problem by pozostał i jeszcze silniej zacząłby występować w zakładach karnych, gdzie i dziś trudno sobie z nim poradzić. Narkomani zrobią w więzieniu wszystko, żeby zdobyć narkotyk, a umieszczeni w tych samych zakładach handlarze zrobią z kolei wszystko, żeby im go dostarczyć. Powiedzmy sobie otwarcie: możliwość wysokiego zarobku niezwykle sprzyja korupcji.
Jeśli narkomanów, którzy weszli w konflikt z prawem, nie uda się skoncentrować w jednym zakładzie karnym i odizolować od reszty więźniów, to – przynajmniej w Berlinie – dojdzie albo do chaosu w zakładach karnych, albo będzie to oznaczało koniec nowoczesnych metod penitencjarnych. Trzeba będzie bowiem zrezygnować z udzielania więźniom urlopów i przepustek, drastycznie ograniczyć odwiedziny i tak dalej, aby w ten sposób nie dopuścić do kontynuowania nałogu podczas odbywania kary i do rozprzestrzenienia się go wśród innych więźniów. W praktyce nie sposób przecież przeprowadzać systematycznych rewizji osobistych każdego wychodzącego na urlop czy na przepustkę i każdego odwiedzającego, chociaż byłoby to absolutnie wskazane, gdyż kobiety przemycają heroinę w prezerwatywach umieszczonych w pochwie, a mężczyźni stosują metodę podobną, zwaną w żargonie odbyt-bombą.
Permanentne zatrzymanie, wyroki i kary ograniczenia wolności nic tu nie zmienią. Osobie uzależnionej od heroiny jest wszystko jedno, byle tylko mogła dalej oddawać się nałogowi. Prewencyjna działalność uświadamiająca jest moim zdaniem jedyną metodą, pozwalającą liczyć na jakikolwiek sukces w walce o zmniejszenie liczby narkomanów.
RENATA SCHIPKE
lat 35
referentka wydziału walki z narkomanią
Z Christiane zetknęłam się służbowo, w związku z moimi zadaniami jako referentki do spraw wykroczeń przeciwko przepisom o środkach odurzających. Pierwszym razem została wezwana na podstawie rutynowego meldunku o zatrzymaniu i przyszła do mnie w towarzystwie swojej koleżanki, Stelli. W sumie spotkałyśmy się tutaj sześć lub siedem razy.
W tym czasie moje zadanie polegało na przesłuchiwaniu zarejestrowanych narkomanów w celu ustalenia nazwisk osób, u których nabywają nielegalnie środki odurzające. Otrzymujemy ogromną ilość meldunków o zatrzymaniach narkomanów i trzeba się nieźle napocić, żeby ze wszystkim nadążyć. Człowiek nie ma nawet czasu, żeby się głębiej nad tą całą sprawą zastanowić. W mojej pracy staram się jednak rozmawiać z wezwanymi tonem raczej osobistym, aby nawiązać rzeczywisty kontakt, ponieważ tylko wtedy można liczyć na pomyślny wynik przesłuchania.
Początkowo Christiane była bardzo otwarta i chętnie udzielała odpowiedzi. Zwróciła moją uwagę skromnością, zrobiła na mnie dodatnie wrażenie dobrze wychowanego dziecka. W czasie pierwszych przesłuchań sprawiała jeszcze wrażenie małej dziewczynki. Zawsze bardzo dobrze mówiła o swojej matce, która, muszę to również stwierdzić, w przeciwieństwie do wielu innych rodziców, bardzo troszczyła się o córkę. Wielokrotnie kontaktowałyśmy się telefonicznie.
Po kilku przesłuchaniach Christiane stała się niesłychanie, jak na swój wiek, bezczelna i arogancka. Powiedziałam jej bez ogródek prosto w oczy, że mimo swoich odwyków i tak zostanie narkomanką. To była bardzo ostra wymiana zdań. Ale nie chcę się tu na Christiane skarżyć. Ona też nie chowa urazy.
Po prostu narkomanom nie można pomóc. Oni zawsze czują się pokrzywdzeni, bo nie potrafią zrozumieć, za co się ich karze. Moim zdaniem, ci młodzi ludzie są po prostu zbyt lekkomyślni. Z ciekawości albo z nudów sięgają po narkotyk, a potem się dziwią, kiedy trzeba ponosić konsekwencje. Uważam za wskazane, aby Christiane otrzymała jak najwyższą karę, ponieważ u tak młodej dziewczyny, jak ona, wstrząs wywołany pobytem w więzieniu mógłby spowodować jakąś poprawę. Taką mam w każdym razie nadzieję.