Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:

Ta książka jest dla mnie niesamowita. Wokół słyszymy wciąż: narkomani, nie, narkotyki, nie, to niezdrowe, nie, to szkodliwe, nie, trucizna, nie, narkotyki, nie, złe towarzystwo, nie, nie i nie… A (może nie mnie, ale wielu) to wcale nie odstrasza, wręcz zaciekawia. Ta książka mówi o psychice młodej narkomanki, o skutkach nałogu, o tym, że nie mogła spełnić swych marzeń, o miłości w narkotykach, o tym, kim się staje człowiek, gdy zaczyna brać narkotyki.
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 78
Перейти на страницу:

Ta hera od obcego handlarza jakoś mnie dziwnie trzepnęła. Padłam na pysk w ten syf przy sraczu. Wprawdzie zaraz się podniosłam, ale w dalszym ciągu byłam kompletnie otumaniona. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poszliśmy do „Soundu”. Detlef poszedł poszaleć na parkiet, a ja stanęłam koło automatu z sokiem pomarańczowym. U góry była w nim taka dziurka. Oparłam się o automat, wsadziłam przez tę dziurkę dwie połączone słomki i piłam nie płacąc ani feniga, dopóki w pewnej chwili nie musiałam lecieć do kibla, żeby się wyrzygać.

Jak wróciłam, przyczepił się do mnie jeden z facetów z obsługi. Powiedział, że jestem jedną z tych pierdolonych ćpunek i, że mam z nim pójść. Chwycił mnie za ramię i siłą ciągnął przez całą budę. Otworzył drzwi od magazynku, gdzie składowali skrzynki z napojami. Zobaczyłam wysoki barowy stołek.

Od razu wiedziałam, co zaraz będzie. Często w każdym razie o tym słyszałam. Że ćpunów i innych ludzi, których chcą się pozbyć z dyskoteki, rozbierają do goła i przywiązują do barowego stołka. Potem tłuką ich pejczem albo czym popadnie. Słyszałam o paru, którzy po takim zabiegu w magazynku z napojami w „Soundzie” całe tygodnie przeleżeli w szpitalu z urazem czaszki i połamanymi gnatami. Tak miękli, że nawet nie sypali na policji. Ci z obsługi robili to nie tylko z sadyzmu, chcieli, żeby w „Soundzie” nie było ćpunów, bo przecież władze bez przerwy groziły im zamknięciem tej budy. Ćpunki, które spały z tymi z „Soundu”, nigdy nie miały żadnych zgrzytów. Ten „Sound” to była kompletnie śmierdząca sprawa, fedyby rodzice wiedzieli, co jest tak naprawdę grane w „najnowocześniejszej dyskotece Europy”, toby chyba nigdy tam nie puścili swoich dzieci. Bez przerwy odchodził handel prochami, alfonsy przygadywały sobie nastolatki, a ci z obsługi dyskoteki nawet nie próbowali przeszkadzać.

No więc stanęłam przy tych otwartych drzwiach magazynu i wpadłam w kompletną panikę. Nie wiadomo skąd wzięłam jeszcze tyle siły, że wyrwałam się temu facetowi i jak szalona pognałam do wyjścia. Zanim mnie znów dorwał, zdążyłam wylecieć na ulicę. Chwycił mnie i z całej siły pchnął na jakiś samochód. Nawet nie czułam siniaków. Ogarnął mnie tylko nagle paniczny strach o Detlefa. Wiedzieli przecież, że zawsze jesteśmy razem. A nie widziałam go od czasu, jak kompletnie naćpany poszedł na parkiet.

Poleciałam do budki i zadzwoniłam na policję. Powiedziałam glinom, że właśnie katują w „Soundzie” mojego chłopaka. Gliniarze wyglądali na zachwyconych tą wiadomością. Już po paru minutach przyjechała ich pełna buda. Chcieli mieć wreszcie dowody przeciwko „Soundowi”, żeby móc zamknąć tę spelunę. Co najmniej dwunastu gliniarzy przekopało „Sound” w poszukiwaniu Detlefa. Ale kamień w wodę. Wpadłam wtedy na pomysł, żeby zadzwonić do Rolfa. Detlef już leżał w łóżku.

Gliniarze powiedzieli: – Pewnie jesteś naćpana. Nie próbuj z nami więcej takich numerów. – Jechałam do domu i poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę nie dostaję powoli świra od tych prochów.

Jedyną konsekwencją moich licznych zatrzymań było wezwanie na policję kryminalną. Miałam się stawić następnego dnia po południu w komendzie przy Gothaer Strasse, pokój 314. Numeru tego pokoju nigdy nie zapomnę, bo potem często tam chodziłam.

Ze szkoły poszłam najpierw do domu, żeby sobie jeszcze władować porządną działkę. Pomyślałam sobie, że jak będę naćpana, to mi gliny będą mogły naskoczyć. Ale nie miałam już cytryny, a towar wyglądał na dosyć zanieczyszczony. W tym czasie był już zresztą coraz bardziej zanieczyszczony. Proszek przechodził z rąk do rąk, od rekinów przez średnich handlarzy do drobnych dostawców i każdy coś tam dosypywał, żeby więcej z tego interesu wyciągnąć.

Jakoś musiałam rozpuścić ten kompletnie zanieczyszczony towar. Wzięłam po prostu ocet, bo tam przecież też jest kwas. Wlałam trochę octu z butelki na łyżkę, na której była już hera. Trochę za dużo mi się chlapnęło, więc musiałam władować ten roztwór octu, bo inaczej cała działka poszłaby na straty.

Ledwie wtryniłam sobie to świństwo, urwał mi się film. Ocknęłam się dopiero po jakiejś dobrej godzinie. Strzykawka dalej była wbita w ramię. Cholerycznie bolała mnie głowa. Najpierw w ogóle nie mogłam się podnieść. Myślałam już, że się dorobiłam na amen i zaraz wykituję. Leżałam na podłodze i ryczałam. Czułam potworny strach. Nie chciałam umrzeć tak sama. Normalnie na czworakach dolazłam jakoś do telefonu. Męczyłam się na pewno z dziesięć minut, zanim udało mi się wykręcić numer do mamy do pracy. Powtórzyłam tylko parę razy: – Mamusiu, proszę, przyjdź, umieram.

Kiedy mama przyszła do domu, jako tako się już trzymałam na nogach. Wzięłam się jakoś w kupę, chociaż dalej formalnie pękała mi głowa. Powiedziałam: – Znowu miałam coś z tym cholernym układem krążenia.

Mama chyba się domyśliła, że znowu sobie władowałam. Miała kompletnie zrozpaczoną minę. Nawet się nie odezwała. Cały czas tylko patrzyła na mnie takim smutnym, zrozpaczonym wzrokiem. Nie mogłam wytrzymać tego jej spojrzenia. Normalnie wwiercało mi się w moją pękającą z bólu głowę.

Mama zapytała w końcu, czy mi coś kupić. Odpowiedziałam: – Tak, truskawek. – Wyszła i przyniosła mi całą łubiankę.

Tego popołudnia pomyślałam, że już chyba naprawdę się kończę. Działka wcale nie była znowu taka silna, tyle, że trochę za dużo tego octu. Mój organizm stracił po prostu całą odporność. Zwyczajnie zaczynał odmawiać posłuszeństwa. Znałam to z przykładu tych, co już nie żyli. Też najpierw padali parę razy po władowaniu. A potem za którymś razem już się nie obudzili, i do piachu. Nie pamiętam już, dlaczego tak się zlękłam śmierci. Śmierci w samotności. Narkomani umierają samotnie. Przeważnie samotnie w jakimś śmierdzącym kiblu. A ja naprawdę chciałam umrzeć. Właściwie na nic więcej już nie czekałam. Nie miałam pojęcia, co ja robię na tym świecie. Dawniej też zresztą tak naprawdę nie wiedziałam. Ale po jaką cholerę taki narkoman w ogóle żyje? Tylko po to, żeby wykańczać innych? Tego popołudnia myślałam sobie, że choćby dla dobra mojej mamy powinnam już umrzeć, i tak już zresztą nie wiedziałam tak za dobrze, czy jestem, czy już mnie nie ma.

Następnego dnia rano poczułam się lepiej. Pomyślałam sobie, może jeszcze trochę pociągniesz. Musiałam iść na tę policję, żeby sami po mnie nie przyszli. Ale jakoś tak nie mogłam się już zebrać, żeby iść sama. Szukałam telefonicznie Stelli i miałam fart, bo udało mi sieją przydybać u jednego z naszych wspólnych klientów. Zapytałam, czyby ze mną nie poszła na policję. Zgodziła się od razu. Akurat niedawno jej matka znowu zgłosiła u glin jej zaginięcie, ale Stella niczego się nie bała, wszystko jej wisiało. Zgodziła się pójść ze mną na policję, chociaż przecież była na gigancie.

Potem razem ze Stellą siedziałam w długim korytarzu na drewnianej ławce pod drzwiami trzysta czternaście i czekałam grzecznie, aż mnie wywołają. Jak mnie wywołali, to poszłam do tego pokoju tak grzeczniutko, że mało brakowało, a jeszcze bym do tego wszystkiego dygnęła. Jakaś pani o nazwisku Schipke uścisnęła mi po przyjacielsku rękę i od razu powiedziała, że też ma córkę, że ona jest o rok starsza ode mnie, ma 15 lat, ale nie bierze narkotyków. Jednym słowem robiła kompletnie pod dobrą mamusię. Spytała, jak mi leci, i przyniosła zaraz kakao, ciasteczka i jabłka.

Pani Schipke całkiem ciepło mówiła także o innych ludziach spośród narkomanów i pytała, co u nich słychać. Pokazywała mi zdjęcia różnych narkomanów i dostawców, a ja odpowiadałam bez przerwy tylko: tak, tych to znam z widzenia. Wtedy ona powiedziała, że niektórzy ludzie z tego środowiska bardzo źle o mnie mówią, no i jakoś tak zaczęłam gadać. Zdawałam sobie sprawę, że mnie ta gliniara w najobrzydliwszy sposób podpuszcza, ale mimo wszystko i tak za dużo powiedziałam. Potem podpisałam protokół z samymi bzdurami, które w mniejszym lub większym stopniu sama włożyła mi w usta.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)