Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 173
Перейти на страницу:

Cza­ar­dan jak zwy­kle za­trzy­mał się w Ven­do­rze, a warsz­tat Ba­re­na-kar-Lewa jak na złość ulo­ko­wa­ny był do­kład­nie po prze­ciw­nej stro­nie mia­sta. A to zna­czy­ło, że ktoś, zna­czy ja­kiś głu­pek, bę­dzie mu­siał to sio­dło za­nieść tam na wła­snych ple­cach, bo dla Lei było oczy­wi­ste, że uszko­dzo­ne­go nie moż­na ła­do­wać na koń­ski grzbiet. Mo­gło­by zra­nić wierz­chow­ca. A ona mia­ła nie­ca­łe pięć stóp wzro­stu, więc nie było rów­nież mowy, żeby za­nio­sła je sama.

Więc szu­ka­ła ko­goś do po­mo­cy albo – jesz­cze le­piej – do obar­cze­nia go tym obo­wiąz­kiem.

Na­gle wszy­scy w cza­ar­da­nie mie­li peł­ne ręce ro­bo­ty.

Oka­za­ło się, że więk­szość pan­ce­rzy wy­ma­ga na­tych­mia­sto­wej na­pra­wy, mie­cze, sza­ble i to­po­ry są tępe jak pod­ko­wa i je­śli nie zo­sta­ną na­tych­miast na­ostrzo­ne, sta­nie się coś strasz­ne­go. Na do­da­tek w Li­th­rew wy­bu­chła naj­wy­raź­niej ja­kaś epi­de­mia, bo każ­dy, kto miał w mie­ście ro­dzi­nę, mu­siał się na­tych­miast udać do cho­re­go krew­ne­go. Fay­len chciał od­wie­dzić na­rze­czo­ną, a na py­ta­nie, któ­rą z trzech, tyl­ko coś od­burk­nął i szyb­ko wy­szedł. Ko­ci­mięt­ka po pro­stu znikł bez sło­wa i Ka­ile­an go­to­wa była się za­ło­żyć, że pije w ja­kiejś piw­ni­cy. Da­ghe­na za­mknę­ła się w po­ko­ju i za­ba­ry­ka­do­wa­ła drzwi. Niiar na­gle po­ka­zał się z ręką na tem­bla­ku, na­rze­ka­jąc na od­no­wio­ną kon­tu­zję.

Wszyst­ko mia­ło się skoń­czyć jak za­wsze, czy­li tym, że Lea wy­naj­mie od Aan­dur­sa wó­zek i osła, po czym za­wie­zie sio­dło do na­pra­wy. Ale do­pó­ki szu­ka­ła osła w cza­ar­da­nie, do­pó­ty wszy­scy ucie­ka­li.

Ka­ile­an ucie­ka­ła tam, gdzie zwy­kle – do dru­giej ro­dzi­ny, choć ozna­cza­ło to, że musi wlec się w spie­ko­cie przez pół mia­sta. Ofi­cjal­nie szła po to, żeby And’ewers obej­rzał pra­wą przed­nią pod­ko­wę To­ry­na, więc koń czła­pał za nią, zbyt otę­pia­ły z go­rą­ca, żeby oka­zać nie­za­do­wo­le­nie.

Cho­ler­na, cho­ler­na Lea!

Zbli­ża­ła się do kuź­ni, sły­sząc wy­raź­nie stu­kot młot­ka i dy­sze­nie mie­cha. Miesz­ka­ła tu przez kil­ka lat, więc bez­błęd­nie roz­po­zna­ła, że pra­cu­je tyl­ko małe pa­le­ni­sko. Zresz­tą nic dziw­ne­go, przy tych upa­łach kuź­nia oży­wa­ła w peł­ni do­pie­ro wie­czo­rem; wte­dy pra­co­wa­no w niej do póź­nej nocy. Go­rąc środ­ka dnia za­bi­jał wszel­ką ak­tyw­ność.

Do­mo­stwa Ver­dan­no wy­ło­ni­ły się przed nią zza na­stęp­ne­go za­krę­tu. Na­resz­cie. Mia­ła wra­że­nie, że jesz­cze kil­ka kro­ków, a pad­nie w pył dro­gi i nie wsta­nie aż do wie­czo­ru.

Sześć bu­dyn­ków, nie­ty­po­wych jak na Li­th­rew, usta­wio­no w luź­ny okrąg ota­cza­ją­cy kuź­nię. Wszyst­kie były sze­ro­kie na oko­ło osiem stóp, lecz trzy­krot­nie dłuż­sze, mia­ły pół­ko­li­ste da­chy, drzwi skie­ro­wa­ne na kuź­nię i małe okna. Wie­dzia­ła, że te ze­wnętrz­ne za­zwy­czaj za­kry­te są gru­by­mi okien­ni­ca­mi z krzy­żo­wą szcze­li­ną strzel­ni­czą po­środ­ku. Tak wy­glą­dać mógł­by obóz wę­drow­nej ka­ra­wa­ny, kil­ka wo­zów w obron­nej for­ma­cji.

I tym wła­śnie był ten okrąg. Ka­ra­wa­ną, któ­ra już ni­g­dy i ni­g­dzie nie po­je­dzie.

To za­wsze ści­ska­ło jej ser­ce, to i peł­na spo­koj­ne­go smut­ku re­zy­gna­cja, z jaką And’ewers przyj­mo­wał los swój i swo­je­go ludu. Nie po­tra­fi­ła tego do koń­ca zro­zu­mieć, lecz był to je­den z tych te­ma­tów, któ­re obej­mo­wa­ła nie­pi­sa­na zmo­wa mil­cze­nia. Wo­za­cy Ver­dan­no w tej ro­dzi­nie nie roz­ma­wia­li o wła­snym po­ło­że­niu na­wet mię­dzy sobą.

Bo skła­da­ją­ce się z se­tek, a cza­sem ty­się­cy wo­zów wę­drow­ne mia­sta Ver­dan­no nie jeź­dzi­ły już po Wy­ży­nie Ly­the­rań­skiej, zwa­nej też cza­sem Wiel­ką Pół­noc­ną Wy­ży­ną.

Ru­szy­ła w stro­nę za­bu­do­wań i w tej sa­mej chwi­li z jed­ne­go z nich wy­szedł wy­so­ki męż­czy­zna. And’ewers. Uśmiech­nął się na jej wi­dok i za­raz po­waż­nie­jąc, ob­rzu­cił wzro­kiem sto­ją­ce­go ze zwie­szo­nym łbem To­ry­na.

– Za­mie­rzasz go za­mę­czyć na śmierć?

No tak, ko­nia­rze. Gdy­by le­ża­ła za­krwa­wio­na mię­dzy ko­py­ta­mi To­ry­na, to naj­pierw i tak za­ję­li­by się ko­niem, a po­tem do­pie­ro spy­ta­li, cze­mu bru­dzi zie­mię. Zmarsz­czy­ła brwi.

– Też się cie­szę, wuju, że cię wi­dzę.

– Po­tem, Ka­ile­an, po­tem. Na ra­zie za­pro­wadź­my go do staj­ni.

Tyl­ko staj­nia nie była ni­g­dy wo­zem miesz­kal­nym. Zbu­do­wa­no ją od pod­staw i mia­ła chy­ba więk­sze wy­go­dy niż nie­je­den bu­dy­nek w mie­ście. Sze­ro­kie bok­sy, po­idła za­wsze peł­ne wody i żło­by peł­ne owsa. A w środ­ku pa­no­wał chłód. Ko­nie Ver­dan­no po­wi­ta­ły To­ry­na przy­ja­zny­mi par­sk­nię­cia­mi.

– Wy­trzyj go, wy­czesz i na­pój.

– Już go dziś cze­sa­łam.

– Zgrze­błem? – Prze­je­chał dło­nią po koń­skim grzbie­cie, ja­kimś cu­dem od­naj­du­jąc ka­wa­łek przy­bru­dzo­nej sier­ści. Za­ło­żył szczot­kę na dłoń, dziew­czy­nie po­da­jąc dru­gą.

Nie było sen­su pro­te­sto­wać. W koń­cu To­ry­na do­sta­ła w po­da­run­ku od And’ewer­sa i kto jak kto, ale on znał się na ko­niach. Poza tym w staj­ni było chłod­no i przy­jem­nie, a jej wierz­cho­wiec za­słu­żył so­bie na kil­ka chwil uwa­gi.

Cze­sząc ko­nia, za­wsze po­zwa­la­ła my­ślom pły­nąć swo­bod­nie.

Kie­dyś, trzy­dzie­ści lat temu, ta­kich wo­zów jak te sześć było dzie­siąt­ki ty­się­cy. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że do­brze po­nad sto ty­się­cy. Po­dzie­lo­ne na kla­no­we i ple­mien­ne związ­ki, ru­cho­me me­tro­po­lie prze­mie­rza­ły wzdłuż i wszerz wy­ży­nę po­ło­żo­ną na pół­noc od Wiel­kich Ste­pów i przez wie­le lat ni­ko­mu roz­sąd­ne­mu nie przy­cho­dzi­ło do gło­wy, żeby wda­wać się z Ver­dan­no w woj­nę. Licz­ni i bit­ni, po­tra­fi­li bły­ska­wicz­nie zmie­niać swo­je wę­drow­ne mia­sta w wa­row­ne obo­zy, na któ­rych ła­ma­ły so­bie zęby wszyst­kie ar­mie. Chęt­nie han­dlo­wa­li z są­sia­da­mi, mie­li świet­nych ko­wa­li i ry­ma­rzy, a ich sio­dła i uprzę­że ucho­dzi­ły za naj­lep­sze na świe­cie. Zna­ko­mi­ci rze­mieśl­ni­cy oraz wiel­kie sta­da by­dła, cią­gną­ce za każ­dą ka­ra­wa­ną, były źró­dłem siły i bo­gac­twa tego ludu.

I te wiel­kie sta­da by­dła sta­ły się przy­czy­ną ich zgu­by. Gdy czter­dzie­ści lat temu Oj­ciec Woj­ny pod­bił i zhoł­do­wał wszyst­kie ple­mio­na Wiel­kich Ste­pów, po­trze­bo­wał tych stad. Po­trze­bo­wał mię­sa i tłusz­czu, żeby za­peł­nić żo­łąd­ki stu­ty­sięcz­nej ar­mii, po­trze­bo­wał skór na na­mio­ty i pan­ce­rze, ko­ści i ścię­gien na łuki. Pierw­szą wiel­ką woj­nę Se-koh­land­czy­cy, jak ich już wte­dy na­zy­wa­no, nie sto­czy­li z Im­pe­rium, tyl­ko z Wo­za­ka­mi Ver­dan­no.

Wę­drow­ne mia­sta pa­da­ły jed­no po dru­gim, bo ko­czow­ni­cy mie­li jaz­dę, a miesz­kań­cy wy­ży­ny nie.

Bo wo­za­cy nie jeź­dzi­li kon­no.

Ni­g­dy.

Ver­dan­no czci­li Laal Sza­ro­wło­są, Pa­nią Ste­pów, pod po­sta­cią ka­men­de­ethśnież­no­bia­łej kla­czy ze zło­tą gwiazd­ką na czo­le. Mie­li le­gen­dę o swo­im pierw­szym wład­cy i bo­gi­ni, i o tym, jak prze­wio­zła go przez Szlak Obłę­du, pro­wa­dząc jego lud do zie­mi obie­ca­nej, a on przy­rzekł jej, że ani sam, ani jego po­tom­ko­wie ni­g­dy już nie wsią­dą na koń­ski grzbiet. Ver­dan­no uży­wa­li koni – cią­gnę­ły ich wozy, za­przę­ga­li je do swo­ich bo­jo­wych ry­dwa­nów, a gdy trze­ba, zwie­rzę­ta cho­dzi­ły w kie­ra­cie. Lecz każ­dy Wo­zak, któ­ry zna­lazł się na koń­skim grzbie­cie, nie­waż­ne, w ja­kich oko­licz­no­ściach, był na­tych­miast wy­pę­dza­ny z rodu. Sta­ra le­gen­da two­rzy­ła rdzeń ich du­cho­wo­ści, spla­ta­ła rody i kla­ny w na­ród, jed­no­cze­śnie wią­żąc im ręce.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)