Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Czaardan jak zwykle zatrzymał się w Vendorze, a warsztat Barena-kar-Lewa jak na złość ulokowany był dokładnie po przeciwnej stronie miasta. A to znaczyło, że ktoś, znaczy jakiś głupek, będzie musiał to siodło zanieść tam na własnych plecach, bo dla Lei było oczywiste, że uszkodzonego nie można ładować na koński grzbiet. Mogłoby zranić wierzchowca. A ona miała niecałe pięć stóp wzrostu, więc nie było również mowy, żeby zaniosła je sama.
Więc szukała kogoś do pomocy albo – jeszcze lepiej – do obarczenia go tym obowiązkiem.
Nagle wszyscy w czaardanie mieli pełne ręce roboty.
Okazało się, że większość pancerzy wymaga natychmiastowej naprawy, miecze, szable i topory są tępe jak podkowa i jeśli nie zostaną natychmiast naostrzone, stanie się coś strasznego. Na dodatek w Lithrew wybuchła najwyraźniej jakaś epidemia, bo każdy, kto miał w mieście rodzinę, musiał się natychmiast udać do chorego krewnego. Faylen chciał odwiedzić narzeczoną, a na pytanie, którą z trzech, tylko coś odburknął i szybko wyszedł. Kocimiętka po prostu znikł bez słowa i Kailean gotowa była się założyć, że pije w jakiejś piwnicy. Daghena zamknęła się w pokoju i zabarykadowała drzwi. Niiar nagle pokazał się z ręką na temblaku, narzekając na odnowioną kontuzję.
Wszystko miało się skończyć jak zawsze, czyli tym, że Lea wynajmie od Aandursa wózek i osła, po czym zawiezie siodło do naprawy. Ale dopóki szukała osła w czaardanie, dopóty wszyscy uciekali.
Kailean uciekała tam, gdzie zwykle – do drugiej rodziny, choć oznaczało to, że musi wlec się w spiekocie przez pół miasta. Oficjalnie szła po to, żeby And’ewers obejrzał prawą przednią podkowę Toryna, więc koń człapał za nią, zbyt otępiały z gorąca, żeby okazać niezadowolenie.
Cholerna, cholerna Lea!
Zbliżała się do kuźni, słysząc wyraźnie stukot młotka i dyszenie miecha. Mieszkała tu przez kilka lat, więc bezbłędnie rozpoznała, że pracuje tylko małe palenisko. Zresztą nic dziwnego, przy tych upałach kuźnia ożywała w pełni dopiero wieczorem; wtedy pracowano w niej do późnej nocy. Gorąc środka dnia zabijał wszelką aktywność.
Domostwa Verdanno wyłoniły się przed nią zza następnego zakrętu. Nareszcie. Miała wrażenie, że jeszcze kilka kroków, a padnie w pył drogi i nie wstanie aż do wieczoru.
Sześć budynków, nietypowych jak na Lithrew, ustawiono w luźny okrąg otaczający kuźnię. Wszystkie były szerokie na około osiem stóp, lecz trzykrotnie dłuższe, miały półkoliste dachy, drzwi skierowane na kuźnię i małe okna. Wiedziała, że te zewnętrzne zazwyczaj zakryte są grubymi okiennicami z krzyżową szczeliną strzelniczą pośrodku. Tak wyglądać mógłby obóz wędrownej karawany, kilka wozów w obronnej formacji.
I tym właśnie był ten okrąg. Karawaną, która już nigdy i nigdzie nie pojedzie.
To zawsze ściskało jej serce, to i pełna spokojnego smutku rezygnacja, z jaką And’ewers przyjmował los swój i swojego ludu. Nie potrafiła tego do końca zrozumieć, lecz był to jeden z tych tematów, które obejmowała niepisana zmowa milczenia. Wozacy Verdanno w tej rodzinie nie rozmawiali o własnym położeniu nawet między sobą.
Bo składające się z setek, a czasem tysięcy wozów wędrowne miasta Verdanno nie jeździły już po Wyżynie Lytherańskiej, zwanej też czasem Wielką Północną Wyżyną.
Ruszyła w stronę zabudowań i w tej samej chwili z jednego z nich wyszedł wysoki mężczyzna. And’ewers. Uśmiechnął się na jej widok i zaraz poważniejąc, obrzucił wzrokiem stojącego ze zwieszonym łbem Toryna.
– Zamierzasz go zamęczyć na śmierć?
No tak, koniarze. Gdyby leżała zakrwawiona między kopytami Toryna, to najpierw i tak zajęliby się koniem, a potem dopiero spytali, czemu brudzi ziemię. Zmarszczyła brwi.
– Też się cieszę, wuju, że cię widzę.
– Potem, Kailean, potem. Na razie zaprowadźmy go do stajni.
Tylko stajnia nie była nigdy wozem mieszkalnym. Zbudowano ją od podstaw i miała chyba większe wygody niż niejeden budynek w mieście. Szerokie boksy, poidła zawsze pełne wody i żłoby pełne owsa. A w środku panował chłód. Konie Verdanno powitały Toryna przyjaznymi parsknięciami.
– Wytrzyj go, wyczesz i napój.
– Już go dziś czesałam.
– Zgrzebłem? – Przejechał dłonią po końskim grzbiecie, jakimś cudem odnajdując kawałek przybrudzonej sierści. Założył szczotkę na dłoń, dziewczynie podając drugą.
Nie było sensu protestować. W końcu Toryna dostała w podarunku od And’ewersa i kto jak kto, ale on znał się na koniach. Poza tym w stajni było chłodno i przyjemnie, a jej wierzchowiec zasłużył sobie na kilka chwil uwagi.
Czesząc konia, zawsze pozwalała myślom płynąć swobodnie.
Kiedyś, trzydzieści lat temu, takich wozów jak te sześć było dziesiątki tysięcy. Niektórzy twierdzili, że dobrze ponad sto tysięcy. Podzielone na klanowe i plemienne związki, ruchome metropolie przemierzały wzdłuż i wszerz wyżynę położoną na północ od Wielkich Stepów i przez wiele lat nikomu rozsądnemu nie przychodziło do głowy, żeby wdawać się z Verdanno w wojnę. Liczni i bitni, potrafili błyskawicznie zmieniać swoje wędrowne miasta w warowne obozy, na których łamały sobie zęby wszystkie armie. Chętnie handlowali z sąsiadami, mieli świetnych kowali i rymarzy, a ich siodła i uprzęże uchodziły za najlepsze na świecie. Znakomici rzemieślnicy oraz wielkie stada bydła, ciągnące za każdą karawaną, były źródłem siły i bogactwa tego ludu.
I te wielkie stada bydła stały się przyczyną ich zguby. Gdy czterdzieści lat temu Ojciec Wojny podbił i zhołdował wszystkie plemiona Wielkich Stepów, potrzebował tych stad. Potrzebował mięsa i tłuszczu, żeby zapełnić żołądki stutysięcznej armii, potrzebował skór na namioty i pancerze, kości i ścięgien na łuki. Pierwszą wielką wojnę Se-kohlandczycy, jak ich już wtedy nazywano, nie stoczyli z Imperium, tylko z Wozakami Verdanno.
Wędrowne miasta padały jedno po drugim, bo koczownicy mieli jazdę, a mieszkańcy wyżyny nie.
Bo wozacy nie jeździli konno.
Nigdy.
Verdanno czcili Laal Szarowłosą, Panią Stepów, pod postacią kamendeeth – śnieżnobiałej klaczy ze złotą gwiazdką na czole. Mieli legendę o swoim pierwszym władcy i bogini, i o tym, jak przewiozła go przez Szlak Obłędu, prowadząc jego lud do ziemi obiecanej, a on przyrzekł jej, że ani sam, ani jego potomkowie nigdy już nie wsiądą na koński grzbiet. Verdanno używali koni – ciągnęły ich wozy, zaprzęgali je do swoich bojowych rydwanów, a gdy trzeba, zwierzęta chodziły w kieracie. Lecz każdy Wozak, który znalazł się na końskim grzbiecie, nieważne, w jakich okolicznościach, był natychmiast wypędzany z rodu. Stara legenda tworzyła rdzeń ich duchowości, splatała rody i klany w naród, jednocześnie wiążąc im ręce.