Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 151
Перейти на страницу:

– Och. – Przeor pokiwał głową. – Dużo bym dał, by dowiedzieć się, co kryje się za takim spojrzeniem. Patrzyłem w oczy ludzi, którzy szli na śmierć, oglądałem ślepia demonów, płonące w głębi źrenic opętanych nieszczęśników, ale ty… – Westchnął. – Jestem w tym klasztorze od ćwierć wieku i większość czasu poświęciłem na umacnianie naszej pozycji wśród miejscowych. Znam osobiście wodzów wszystkich plemion w promieniu pięćdziesięciu mil od Kamany, z niektórymi nawet się przyjaźnię. Rozmawiałem z większością plemiennych wiedźm i zawarłem z nimi coś w rodzaju rozejmu, to znaczy my nie nawracamy ich zbyt nachalnie, one nie rzucają klątw na nasze głowy. – Mnich posłał mu ironiczny grymas. – I jako jedyny obcy w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat widziałem Dolinę Dhawii.

Altsinowi opadła szczęka.

– Nie byłem w środku, o nie, ale zaprowadzono mnie na jej skraj. Jest długa na kilkaset jardów, szeroka na ponad trzysta, może więcej, i naprawdę wypełnia ją mgła. Nieprzejrzysta jak sen ślepca. – Enroh zdawał się nie zauważać miny złodzieja. – Przeżyłem, bo znam kilka Czarnych Wiedźm i bardzo je prosiłem o ten zaszczyt, a teraz mógłbym poprosić, by umożliwiły ci spotkanie z jedną z nich.

Altsin zamknął usta. Z trudem.

– Co jest w tej Dolinie? – Pytanie wyrwało mu się samo.

– Nie widziałem. Ale czułem. Moc. Nie jakąś tam moc, dziki aspekt czy chaotyczną magię, ale prawdziwą, osobową, że się tak niezgrabnie wyrażę, Moc. Ale nie o tym chciałeś rozmawiać, prawda?

– Nie. Ale muszę zapytać… dlaczego? Dlaczego chcesz mi pomóc?

– Czy to nie oczywiste? Bo Wielka Matka nakazuje nam wspierać się i pomagać, a… oj, to spojrzenie wypala mi dziurę w głowie, chłopcze. – Mnich uśmiechnął się dobrodusznie. – A jeśli ci powiem, że po swojemu interpretuję Jej słowa, jak każdy zresztą, i po prostu staram się pomagać ludziom, których uważam za dobrych? A ty – i, na przykład, brat Sever – jesteście dobrymi ludźmi.

Złodziej zmrużył oczy i przełknął cisnącą się na usta kąśliwą odpowiedź.

– Dlatego chcę ci pomóc. Jesteś tu od kilku miesięcy, więc miałem dość czasu, by ci się przyjrzeć. Chodziłeś nocami po kamańskim porcie ze strawą, a jako gość mogłeś odmówić. Twoja sakiewka zawsze po tych wizytach była wyraźnie chudsza. Stawiałeś czoła złu, gdy bandyci próbowali was ograbić, a potem oddawałeś ich rzeczy nieszczęśnikom w potrzebie.

– Nie były mi potrzebne.

– Och, to zabawne patrzeć, jak się krygujesz niczym stara panna na wydaniu. Wiem, że zabijałeś, takie rzeczy zostawiają w oczach ślad, i wiem też, że nie sprawiało ci to radości. Widzę również, że jeszcze kilka pochwał, a zabrudzisz habit śniadaniem.

– Tak. I wczorajszą kolacją też.

– Ha. No to do rzeczy. – Przeor zatarł ręce. – Ty dostarczysz naszego gościa do domu, bo jesteś jedyną osobą w klasztorze, która pływała po morzu, a po powrocie ja poproszę Czarne Wiedźmy o przysługę.

– Poprosisz? Tylko poprosisz?

– Ja nie kłamię ani nie składam obietnic bez pokrycia, mój chłopcze. Jeśli ta twoja znajoma odmówi spotkania, przeproszę grzecznie za kłopot i będę uważał, że nie mam u ciebie długu. To twoje ryzyko. Zgadzasz się, czy nie?

Altsinowi stanęła przed oczyma twarz Aonel, w chwili gdy podawał truciznę jej matce. Ryzyko? Postawiłby na to spotkanie resztę pieniędzy, jakie ma.

– Dobrze. Popłynę.

Interludium

Konoweryn było wielkie. Widziane z tej perspektywy, z wysokości stu łokci, wyglądało niczym gigantyczna bestia, która przycupnęła nad jeziorem, by z niego chłeptać lub przeglądać się w toni. Imponująca bestia.

Wieża wznosiła się na wschodnim krańcu metropolii, więc w tej chwili jej cień kładł się na plątaninę ulic i zaułków niczym karzący palec olbrzyma. Słońce wstało i nocne lampy gaszono już wszędzie. Zaczynał się codzienny ruch.

Biegnący wokół szczytu wieży podest miał około dwudziestu stóp średnicy i był tak wąski, że dwóch ludzi miałoby problem, by się tu wyminąć. Yatech zacisnął dłonie na balustradzie. Biały kamień zdawał się emanować nienaturalnym chłodem. Później, gdy słońce znajdzie się w zenicie, nie będzie można go dotknąć, lecz teraz przechowywał jeszcze wspomnienie nocy.

Nie obejrzał się, gdy przy nim stanęła. Sama. Dziwne, był pewien, że weźmie ze sobą Iavvę.

– Piękne miasto. – Kanayoness musiała się uśmiechać, ale nie zadał sobie trudu, by potwierdzić to zerknięciem w jej stronę. – Bogate i dumne.

– Po co kazałaś mi tu wejść?

– Żeby porozmawiać. W spokoju. Tu – zatoczyła ręką krąg – nie ma niechcianych uszu.

Wahał się przed zadaniem następnego pytania.

– Żałujesz, że pozwoliłaś mi do niej pójść?

– Tak. Nie. Nie wiem. Dałam się wciągnąć w intrygi Eyfry. Wzięłam udział w jej grze, a to zawsze jest głupie. To kara za moją desperację. Nie taka miała być nasza rola.

– Nie?

– Nie. Z Labayą zawarłam inną umowę. Miałam tu przybyć i pokazać się. Nic więcej. Ponoć byłam potrzebna tylko do tego, by wytrącić jednego z graczy z równowagi.

Yatech przypomniał sobie wojownika w czerwonej kolczudze sięgającego po coś za plecy.

– Udało ci się.

– Mnie? Nie. Nie mnie. Jej. Pani Losu się udało. Uważałam, że panuję nad sytuacją, a okazałam się dzieckiem próbującym grać z zawodowym oszustem. Wkręciła nas.

– Wkręciła?

– Dotknąłeś jej służki w tym zaułku, ale chroni cię… moja obecność. Tak jak ja, jesteś niewidzialny dla Nieśmiertelnych. Pan Ognia nie może cię ujrzeć w płomieniach, Dress nie usłyszy twoich słów, niesionych przez wiatr, a Eyfra nie może wpłynąć na twój los. Więc nie mogąc sięgnąć do ciebie, znalazła twoją siostrę i wplątała ją w tę historię. Przez to staliśmy się jednymi z jej pionków.

– Po co?

– Po co? Nie wiem. Żeby mieć dodatkową kość w rękawie? Fałszywą kartę? Kto wie. Może ta dziewczyna miała się stać sposobem nacisku na ciebie, a przez ciebie na mnie? Nie wiem. Ale Eyfrze udało się lepiej, niż mogła sobie wyobrazić.

– Dlaczego?

Mała Kana obróciła się do niego, wyciągnęła dłoń i delikatnym, lecz stanowczym ruchem zmusiła, by spojrzał na nią. Była śmiertelnie poważna.

– Miałam być obserwatorem, a stałam się graczem. Rzuciłam kości na stolik. Teraz ten, którego nazywano E’mnekosem, uważa mnie za wroga.

– Więc może ta kobieta z zasłoniętą twarzą będzie cię miała za sojusznika?

Skrzywienie warg dziewczyny wyglądało jak rana wycięta poszarpanym ostrzem.

– Ona? Nie. Ona nigdy nie uzna mnie za sprzymierzeńca. Żałujesz? – zapytała niespodziewanie.

– Czego?

– Och, nie bądź głupcem. Nie tego, że spotkałam cię na pustyni, wędrówek, lasu czy tego miasta. Pytam, czy żałujesz tego, co widziałam w oczach twojej siostry… Tego, jak na ciebie patrzyła. Zabije cię, jeśli kiedyś jeszcze się spotkacie. Czy żałujesz ceny, jaką zapłaciłeś za to spojrzenie?

Uśmiechnął się, bo stojąc tu od świtu, obcował z pewnymi rodzącymi się w sercu emocjami i choć zdawały mu się dziwne, musiał przyznać, że niosły ze sobą poczucie ulgi i wyzwolenia. Teraz nie było za nim już nic. Żadnych więzi ani długów do spłacenia.

Żadnego odwrotu.

– Służba, dopóki nie powiesz mi, że mnie z niej zwalniasz… To dobra cena za jej życie. A skoro już i tak jestem z tobą związany na dobre i złe, to powiedz mi, tylko bez wykrętów, czy naprawdę zamierzałaś uwolnić mnie po roku? Czy też po prostu sądziłaś, że i tak nie dożyję końca służby? Jeśli to drugie, teraz jestem dla ciebie cenniejszy. Nie poślesz bez wahania na śmierć kogoś, z kogo możesz mieć pożytek przez dłuższy czas.

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)