Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Przykro mi. Ten… Sameres, był dobrym księciem?
– Tak. – Twarz mu zmiękła, głos pokrył się aksamitem. – Był najwspanialszym władcą, jakiego Konoweryn miało od tysiąca lat. Zreformował administrację, zawarł pokój z trzema innymi księstwami, zakończył trzydziestoletnią wojnę. Dał większe prawa niewolnikom, łącznie z prawem do wykupienia się. Rozbudował Wielką Bibliotekę, założył szpitale, sierocińce i przytułki.
Delikatnie nabrała bulionu, przełknęła.
– Kochałeś swojego księcia, przyznaj.
– Tak. – Skierował na nią swoje niesamowite oczy. – Jak brata. Zawdzięczam mu życie i to, kim jestem.
– Rozumiem. – Odłożyła łyżkę i zniecierpliwiona uniosła naczynie, siorbnęła. – Ślepiec nie ma zbyt wielu dróg do wyboru w życiu. Albo żebracza miska i garść łaskawie rzuconych miedziaków, albo jedwab i perły.
– Albo nóż podrzynający dziecku gardło i zimne trzewia gadów mieszkających na bagnach.
Bulion utkwił jej w gardle, aż rozkaszlała się przeciągle.
– Niektóre z naszych praw są twarde – Omenar kontynuował, jakby niczego nie zauważył. – Ale córka Issaram nie powinna się przecież temu dziwić. Książę ma jednak władzę wystarczająco silną, by je czasem nagiąć. Skończyłaś?
– Tak. – Położyła się, nagle śpiąca i potwornie zmęczona.
– Suchi mówi, że musisz nabrać sił. Najpóźniej za trzy dni ruszamy dalej.
Uniosła ciężkie powieki.
– A jeśli nie chcę jechać dalej? Jeśli poproszę księcia, by odesłał mnie na północ?
Ślepiec potrząsnął głową.
– Zaczyna się pora sucha, a od kilku lat przychodzi ona coraz wcześniej i trwa dłużej, więc musimy się spieszyć. Przez najbliższe cztery miesiące żadne karawany nie będą wędrować po pustyni. Ta oaza wkrótce opustoszeje na co najmniej sto dni, już większość tutejszych studni ofiarowuje tylko muł.
Nie odpowiedziała. Przez chwilę zdawał się wsłuchiwać w jej milczenie.
– Czasem nie ma wyjścia, Deana, i nie da się stać w miejscu, trzeba iść naprzód. Książę nie odesłał cię od razu do domu, bo Suchi twierdził, że tylko on i jego mikstury potrafią cię ocalić, a truciciel musiał jechać z nami. Mogłaś umrzeć bez właściwej opieki, a twoja śmierć splamiłaby książęcy honor. Jednak mogę ci obiecać, że jeśli będziesz chciała, to gdy tylko wyzdrowiejesz, osobiście dopilnuję, byś bezpiecznie dotarła do celu swej pielgrzymki. Odeślemy cię na północ wraz z otwarciem szlaków handlowych, pierwszą karawaną z setką koni obładowanych podarkami. Teraz jednak masz odpoczywać i nabierać sił. Ostatni etap wędrówki czasem jest najtrudniejszy.
Patrzyła na niego uważnie, szukając śladu nieszczerości. Jego argumenty były tak logiczne i przejrzyste, że musiał je układać godzinami.
– Cieszysz się, że jadę z wami?
Zamrugał, jakby zaskoczony bezpośredniością pytania. A potem, wyraźnie zakłopotany, pochylił głowę.
– Tak – rzucił cicho. – Cieszę.
Przypomniała sobie noc w jaskini.
– Jak wtedy, gdy myśleliśmy, że umrzemy…
– Nie – przerwał jej cicho, stanowczo. – Tego nie było. I nie wróci. Rozumiesz?
Poczuła się, jakby ją spoliczkował, krew uderzyła jej do głowy. A potem zrozumiała. Zaufany tłumacz księcia, dworski pupilek, wypieszczony w jedwabiach i aksamitach, mający na każde skinienie dziesiątki pachnących wodą kwiatową kochanek, skusił się na pustynną dziewczynę o dłoniach szorstkich od rękojeści broni i skórze poznaczonej bliznami. Ale teraz nie było już pustyni.
– Nie jestem… – Znów wlepił w nią swoje niesamowite oczy. Patrzyła w tę gładką, zamgloną powierzchnię. – Nie jestem panem samego siebie. Moja wola nie zawsze ma znaczenie. Czasem sądzę, że znaczenie ma wszystko, poza tym, czego pragnę. Wtedy, gdy uciekliśmy, przez chwilę byłem… wolny. Teraz znów służę książęcemu rodowi i chwale Białego Konoweryn.
Zabrzmiałby strasznie głupio, gdyby ostatnie zdanie nie ociekało tak goryczą.
Jakoś to na nią nie podziałało.
– Wyjdź.
Skinął głową, podniósł się powoli i ruszył do wyjścia. Deana leżała z zamkniętymi oczami, póki nie zaszeleściła poła namiotu i dziewczyna uzyskała pewność, że Omenara już w nim nie ma.
Drań.
*
Następne dwa dni były długie, monotonne i jednakowe jak bliźnięta.
Leżała i myślała o swoim ocaleniu. Nie teraz, tylko tym wcześniejszym, gdy istota, która kiedyś była jej bratem, rozcięła jej więzy i zabiła bandytów. Próbowała się modlić, szukać odpowiedzi w kendet’h, lecz tym razem Droga nie rozwiewała jej niepokoju. Yatech żył. Mogła temu zaprzeczać, mogła twierdzić, że nigdy nie miała brata o tym imieniu, lecz takie kłamstwa byłyby ucieczką przed odpowiedzialnością. Yatech żył i… służył? związał się z kimś? Z jakąś siłą, istotą, demonicznym bytem. Nie potrafiła przypomnieć sobie wszystkich jego słów, pamiętała tylko niejasne wrażenie rozpaczy i rozdarcie w jego głosie. Były w nim ból i cierpienie.
Z opowieści, które do niej dotarły, wywnioskowała, że nie znaleziono miejsca rzezi, którą urządził bandytom, zresztą po ocaleniu księcia opuszczono Palec Trupa najszybciej, jak się da, sprawy związane z sukcesją nie mogły czekać. To dobrze. Nie potrafiłaby im tego wyjaśnić, ta sprawa należała do Issaram. Po powrocie w rodzinne strony będzie musiała porozmawiać z kilkoma Wiedzącymi. Ciało jej brata musi zostać uwolnione, a ten, kto je ze sobą związał, musi za to zapłacić. Jej lud nie lekceważył takich spraw. Nigdy.
Jedno było pewne. Jeśli kiedykolwiek znów się spotkają, zabije go, jeśli tylko zdoła. Tyle była mu winna.
Kilka razy pojawił się Suchi, raz odziany w czerwień, raz w ognistą zieleń złamaną wściekłą żółcią, raz w inny bijący w oczy zestaw barw. Zawsze najpierw zatrzymywał się przed namiotem i pytał głośno, czy może wejść. Przynosił jej leki, cuchnące maści, którymi smarowała sobie później żebra, i równie paskudne wywary, odmierzane po kropli, podawane w kubkach a to wody, a to mleka, a to wina. Po maściach piekła ją skóra, po wywarach kręciło się w głowie i miała okropne pragnienie. Truciciel wydawał się zadowolony z tych objawów.
– Dużo wiesz o leczeniu, jak na kogoś zajmującego się swoją profesją – zagadnęła po kolejnej porcji wina z czymś, co wzbogacało jego smak o dyskretne nuty piżma i starych rzemieni.
– Bo to to samo, moja droga. Truciciel to tylko wyższa forma lekarza. Wiem wszystko to, co nadworni medycy, a oni nie mają pojęcia nawet o szczypcie moich sekretów.
– A nie powinno tu być także jakiegoś uzdrowiciela? Takiego władającego Mocą?
– Co? Nudzi cię moje towarzystwo? Książęcej krwi nie ma prawa dotknąć żadna Moc, prócz Mocy Ognia. Dlatego czarownicy specjalizujący się w leczeniu nie są mile widziani na dworze. Najmniejsze podejrzenie o używanie czarów na kimś z rodziny książęcej i trafiają w oczyszczające objęcia Agara.
– Czyli?
– Na stos. Czarowników władających aspektami bitewnymi znajdziesz tu kilku, ale o zdrowie księcia troszczę się ja. Poza tym – mlasnął – potrafię rozpoznać smak każdej znanej człowiekowi trucizny, nawet jeśli tylko jej kropla padłaby na kwartę płynu. Potrafię także rozpoznać objawy podania innych trucizn, takich, które przenikają przez skórę albo są wdychane. I oczywiście wiem, jak im przeciwdziałać. Trucicielstwo to sztuka o starożytnym i wyjątkowo szlachetnym rodowodzie. O wiele subtelniejsza niż prymitywna magia czy alchemiczne sztuczki. Opiera się na zasadach rozumu, doświadczenia i żelaznej konsekwencji.