Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Oszustwo! Zdrada!
Kitchi od Uśmiechu przeciągnęła się na swoim miejscu jak kotka prowokująca psa do ataku.
– Naprawdę? A któż to oszukuje i zdradza?
– Ona! Ona! Ona! – Zdawało się, że palce mężczyzny utraciły zdolność do przekazania jakiegokolwiek innego komunikatu. Po twarzy chłopca zaczęły przebiegać skurcze bólu.
– Ale ona jest tutaj. Tam trafił tylko jej sługa.
Mężczyzna zamarł na kilka uderzeń serca. Jego pierś uniosła się w głębokim oddechu.
– Tylko śmiertelnicy mogą ingerować – głos chłopca ścichł, a jego twarz się wygładziła. – I to tylko krewni.
– Oczywiście. – Pstrokata trzpiotka skłoniła głowę w parodii szacunku. – A tam właśnie widziałeś spotkanie brata i siostry. Miałeś także okazję obejrzeć efekty czegoś, co nazwałabym popisem kunsztu issarskiego zabójcy. Och, i jeśli chcesz mnie zapytać, cieszę się, że Pan Ognia nie pokazał nam go w akcji. Taka przemoc jest nie na moje nerwy.
Ogień na środku sali zamigotał i przygasł, obrazy znikły.
– No – służka Pani Losu rozejrzał się wyzywająco wokół – na dziś dość przedstawienia.
*
Deanę powitał lekki, pełen niedowierzania szept. Młody książę wyrzucał z siebie słowa z prędkością drobin piasku uderzających o ścianę namiotu w czasie pustynnej burzy. Omenar wstał, ostrożnie, wyciągając przed siebie rękę, podszedł do niej. Nie pozwoliła się objąć, zamiast tego wetknęła mu w dłoń bukłak.
– Spotkałam dwóch…
Kłamstwo układane w drodze do kryjówki wydawało jej się teraz płaskie i banalne. Spotkałam dwóch, walczyliśmy, zabiłam ich, przynoszę wodę i jedzenie, które mieli przy sobie. Było jednak lepsze od „Spotkałam mojego zmarłego brata, którego nigdy nie miałam, który uwolnił mnie z więzów, pozabijał wszystkich bandytów i znikł”.
O pewnych rzeczach się nie mówi obcym. Nawet takim, którzy zostali twoimi laagvara, nawet takim, z którymi…
Uciekła przed dotykiem ślepca, usiadła w kącie i patrzyła, jak tłumacz ostrożnie odkorkowuje bukłak i podaje go chłopcu. No tak, pan i sługa. Ból w piersiach narastał, musiała mieć coś więcej niż tylko połamane żebra, bo kręciło jej się w głowie i czuła mdłości. Na samą myśl o stęchłej wodzie żołądek podjeżdżał jej do gardła.
Spojrzała na swoje dłonie. Trzęsły się, każda w innym rytmie, jakby należały do dwóch różnych osób. Nagle zrobiły się na wpół przeźroczyste, a ją ogarnęło uczucie unoszenia się, cudownie lekkiego lotu, swobody.
Zapadła się w ciemność.
*
Poili ją i karmili. Pamiętała. Przesiąknięta smakiem koziej skóry wilgoć na wargach, rozmoczone na papkę suchary zalegające na języku. Przełykała je szybko, chyba tylko dlatego, że czyjaś dłoń zaciskała jej usta i nie pozwalała wypluć. Ktoś ją rozebrał, nie chciała tego, ale słabe protesty znikły w trzasku dartych na bandaże jedwabi, które otuliły jej żebra stalowym kokonem.
Próbowała protestować, bo teraz nie mogła swobodnie oddychać. Swobodny oddech jest ważny, bo bez niego nie można osiągnąć bitewnego transu. Bitewny trans jest ważny, bo bez niego nigdy nie pokona… nie zabije…
Uciekała przed tymi myślami w ciepłe objęcia jej nowego kochanka. Mroku.
Pamiętała jedną noc, pełną podniesionych głosów i krzyków, gdy młody książę warczał coś na swojego sługę, wzmacniając słowa dziką, choć bezsensowną ekspresją tańczących rąk i gniewnych min. Tłumacz i tak tego nie widział. Za to odpowiadał spokojnie, cicho, zdecydowanie. Wreszcie wskazał w stronę wylotu jaskini, uśmiechając się w dziwny sposób.
Chłopiec wyciągnął w górę obie ręce w odwiecznym geście poirytowania i klęski.
Znów zasnęła.
*
Ogień tańczył przy wejściu do ich kryjówki. Ciepłe, złote światło przepychało się z cieniami w tańcu, który zaczął się na początku dziejów, a skończy wraz ze zgaśnięciem ostatniej iskry. Ktoś rozpalił ognisko. Ktoś dorzucał do niego kolejne wiechcie wyschniętych pustynnych krzaków, aż płomienie strzelały na wysokość dorosłego mężczyzny.
Ktoś krzyczał.
Z daleka.
Rozdział 13
Oum. Prastary Oracz, Pierwsza Włócznia, Najmędrsze Nasiono. Jak każdy plemienny bożek, także ten nosił wiele przydomków, niektóre całkiem idiotyczne. Jego świątynia, jeżeli w ogóle jakąś miał, znajdowała się ponoć w Dolinie Dhawii, ukrytej pośród wiecznie zamglonych wzgórz wyżyny Onloat, zajmującej sporą część zachodniego kawałka wyspy.
To stamtąd Czarne Wiedźmy rozsyłały po wyspie wezwanie do kameluuri, ogłaszały początek i koniec ważniejszych świąt, to tam udawali się wodzowie plemion i klanów po radę, gdy wzajemne waśnie i wendety groziły wymknięciem się z ram zwyczajowej, kontrolowanej rzezi. Seehijczycy postępowali zgodnie ze swoimi obyczajami i własnymi prawami, ale wszystkie je spajała wola zamknięta w na wpół mitycznej Dolinie, strzeżonej przez zastęp potężnych plemiennych wiedźm.
Tak przynajmniej powiadano.
Altsin dość dobrze znał historię religii panujących na kontynencie, bo Cetron posyłał go do szkoły, uznając, że wykształcenie młodego złodzieja powinno obejmować coś więcej niż tylko naukę rzezania mieszków i wślizgiwania się przez uchylone okna. Oum nie należał do panteonu uznawanego przez Meekhan, ale takich bożków było wielu. Każde plemię poza Imperium miało swoich własnych, a w trakcie podbojów Meekhańczycy zazwyczaj stosowali do nich dwa podejścia. Pierwszym z nich było uznanie, że lokalni bogowie wojowników, ognia, plonów czy szczęścia rodzinnego to nikt inny, jak Reagwyr, Agar, Laweira czy Leelian, tylko miejscowi przez wieki wypaczyli ich imiona, ale teraz na szczęście objęła ich łaska Imperium i mogą czcić Nieśmiertelnych jak należy. Zresztą meekhański panteon był szeroki i głęboki, a święte księgi pozwalały na „odkrywanie” zapomnianego Rodzeństwa, jeśli tylko wymagał tego interes Meekhanu. Drugi sposób – gdy lokalne bóstwo było obce, dziwaczne lub dzikie – polegał na ogłoszeniu, że to nikt inny jak fałszywy bóg, pomiot Niechcianych, wysłany na świat, by wabić i pożerać dusze ludzi. Tych, którzy się od niego natychmiast nie odwrócili, uznawano za Pomiotników i wyrzynano.
W takich sprawach Wielki Kodeks bywał bezwzględny.
Ale Oum stanowił niewiadomą. Bożek z odległej wyspy poza zasięgiem Imperium, znany tylko z imienia lub przydomka, był jedną z zagadek Amonerii. Żaden obcy nigdy nie stanął w jego kapliczce, świątyni, chramie czy jak to miejscowi zwali, a Seehijczycy nie rozmawiali o tym, co znajduje się w Dolinie. Nikt w Kamanie nie wiedział, pod jaką postacią przedstawiają oni swojego boga, jakie składają mu ofiary i jakimi słowami do niego się modlą. Oum był zagadką, a jego obecności można się było jedynie domyślać, tak jak obserwując pływaka machającego rękami, krzyczącego i znikającego pod wodą w fontannie krwi, można się domyślać dziesięciołokciowego żarłacza ukrytego pod falami.
Każdy przybysz spoza wyspy, który zabłąkał się w okolice Doliny Dhawii, zostawał zabity. Każdy kapłan, poza tymi należącymi do sług Baelta’Mathran, płacił głową za opuszczenie Kamany. A każdy najeźdźca odkrywał nagle, że te wiecznie wojujące z sobą klany kłaniają się sile, która potrafi zmusić wojownika Ghamlaków do osłaniania własną tarczą łucznika Syvherów.
Uwzględniając ich wzajemną niechęć, rzeczywiście potrzeba było boga, by tego dokonać.
Co nie zmieniało sytuacji, że złodziej miał kłopot.