Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Mała Kana zmrużyła oczy.
– Spryciarz z ciebie.
– Ciii… nie przerywaj. Co miałbym zrobić ze sobą, gdyby ten rok się skończył? Gdzie pójść? Czym się zająć? Nie widziałem dnia, gdy od ciebie odchodzę, nie widziałem swojej drogi.
– To słowa tchórza.
– Może – zgodził się, nie czując gniewu. – Ale co miałbym robić? Pamiętasz dziewczynkę w lesie? Pamiętasz. Ofiarowałem jej dobry, szybki sen. A potem… chciałem się zabić. Siedziałem pod drzewem i opierałem czubek miecza pod mostkiem. Wystarczyło pochylić się w przód. Mocno. Bałem się i jednocześnie chciałem tego.
Przestała się wpatrywać w jego twarz, nagle znajdując ciekawszy widok w mieście poniżej.
– Co cię powstrzymało?
– Jeszcze większy strach. Że znowu źle wybiorę. Moje życie to pasmo złych wyborów i złamanych obietnic. Isanell, plac ćwiczeń, na którym powinienem po prostu odwrócić się i odejść, nie reagując na zaczepki, pustynia, skorpion, ty. Przyrzekłem, że będę chronił pewną rodzinę, i złamałem obietnicę, postanowiłem, że wrócę do domu i będę żył, jak przystało na Issaram, a nim minął dzień, przelałem krew współplemieńców i wyparłem się własnego ludu. Przysiągłem, że umrę na pustyni, lecz spotkałem ciebie i nie dotrzymałem słowa. I to, co widziałem w oczach tej dziewczynki, gdy odchodziła. Dlaczego ją to spotkało, ją i cały jej świat? Chcę znać odpowiedź na to pytanie. Jaki jest sens w opowieści, którą tkamy. Ty, ja, Iavva.
– Może nie ma w tym sensu.
– Może – zgodził się. – Ale nagle, wczoraj, zrobiłem coś dobrego, coś jak należy. Ocaliłem ją. Może to odwróci mój los. Poza tym… – zawahał się, obserwując Kanayoness kątem oka. – Nie wiem, jak to wyrazić. Spotkałem Labayę z Biuk i Kitchi od Uśmiechu, a o nich słyszałem legendy powstałe w czasach, gdy Meekhan był wioską pasterzy owiec. Stałem w Komnacie Popiołu, tak, wiem, co to za miejsce, słyszałem o nim… przedsionek do królestwa Agara, miejsce, gdzie dotyka ono naszego świata. Widziałem, jak gra się o los śmiertelników, jakby byli stadem zwierząt. Co mógłbym zrobić po odejściu od ciebie? Zaszyć się gdzieś w kącie, wiedząc, że ktoś sypie piach w oś, na której kręci się świat? Zapomnieć? Udawać, że wszystko to jedynie mi się wydawało, było omamem, który nawiedził mnie na pustyni? Masz rację, jestem ślepcem z kraju ślepców, ale pamiętaj też, że niektóre rodzaje ślepoty są dobre. Wyostrzają inne zmysły. Dlatego pójdę za tobą. Nie przez honor czy lojalność dzikusa, ale w nadziei, że poznam odpowiedź. Powiesz mi, czy Pani Losu dotrzymała swojej części umowy? Pomoże ci znaleźć tego, kogo szukasz?
Mała Kana skinęła głową.
– Pomoże. Zdradziła mi, gdzie on jest. I pokazała pewną czarownicę. A ona otworzy nam drogę.
– Daleko?
– Bardzo daleko.
Rozdział 14
Była niesiona, a pająk trzymał suchą rękę przy jej twarzy, dociskając coś wilgotnego i ciepłego do ekchaaru. Cała zasłona lepiła się i cuchnęła gorzko. To gorzkie cuchnięcie sprawiało, że zapadała w bezwładny sen niesen, czując się jak mucha tonąca w bryłce żywicy.
Pamiętała rozbieranie, niemal do naga, bo nikt nie ośmielił się odsłonić jej twarzy, pamiętała obmywanie ciała, pocałunki gąbki, pieszczotę miękkich ręczników. Pamiętała, że robiła to kobieta, dziewczyna niemal, szczupła i czarnowłosa. Właściwie Deana nie miałaby nic przeciw temu, by robił to Omenar, który zjawiał się kilka razy dziennie, ubrany w biel, zdejmował jej ekchaar, karmił i poił. Jego wizyty przeplatały się z odwiedzinami pająka, całego w czerni, z chudymi rękami i nogami doczepionymi do pękatego tułowia zwieńczonego olbrzymią głową. Pająk dotykał ją, obmacywał żebra i głowę, cmokał, parskał, gulgotał i świszczał.
Płynęła, otulona gorzkim oparem, a gdzieś na granicy widzenia majaczyła sylwetka nosząca na plecach dwa miecze. Yatech… Jej brat niebrat. Sprawa, której nie można tak zostawić, lecz która musi poczekać.
Bo teraz unosiła się w oparach bezsilności.
Dzień za dniem.
*
Obudziła się nagle, jakby pękł wokół niej szklany klosz. Pająk przytykał jej do twarzy coś o zapachu zgniłych jaj, szczerząc się przy tym grymasem szalonego demona. Gdy tylko otworzyła oczy, wyprostował się i usiadł na ziemi obok jej posłania.
– Dobrze – mruknął uspokajająco w bezbłędnym meekhańskim. – Jesteś silniejsza, niż myślałem. Jak się nazywasz?
– Deana… d’Kllean.
– Kim jesteś?
– Awyssą w drodze do Kan’nolet.
– Ocaliłaś życie księcia Laweneresa z Białego Konoweryn?
– Ja… tak… chyba tak… – Potrzebowała chwili, by dogonić i schwytać wymykające się wspomnienia. – Pamiętam. Uciekliśmy bandytom, ukrywaliśmy się. Kim jesteś?
Mężczyzna uśmiechnął się szerzej, aż wydawało się, że jego głowa rozpadnie się na pół. Przyjrzała mu się po raz pierwszy dokładnie. Nad szerokimi ustami ktoś, jakieś złośliwe bóstwo zapewne, umieścił kawałek niestarannie obrobionego kamienia udającego nos, po czym wydłubał byle jak oczodoły i wcisnął w nie kawałki niebieskiego szkła. Całość zwieńczał skalp jakiegoś nieszczęsnego, kolczastego zwierzęcia.
Tułów kobiety w ciąży, ręce i nogi wychudzonego dziecka. Tylko strój był teraz inny, znikła czerń, pojawiła się kamizelka ze złotogłowiu, śnieżnobiałe spodnie i koszula ze złotymi mankietami.
Kolory pająka zwanego słonecznym całusem.
– A ty kim jesteś?
– Kimś, kto dostał zadanie ocalenia ci życia i niedopuszczenia, byś do końca życia leżała na wznak, śliniąc się i robiąc pod siebie. Choć słyszałem o kilku mężczyznach, dla których byłabyś wtedy spełnieniem snów.
Złapała go za rękę ruchem, który nawet ślimakowi przygniecionemu kamieniem wydawałby się ślamazarny. Uwolnił się, nie przestając się uśmiechać, a ona zapatrzyła się na swoją dłoń. Szkielet obciągnięty pergaminową skórą.
– Jak? Ile…
– Znaleźliśmy was piętnaście dni temu. Od czternastu dni wędrujemy na południe, do domu. Miałaś wstrząs mózgu, pękniętą czaszkę, połamane żebra. Sądzę jednak, że dojdziesz do siebie. Za jakiś miesiąc albo dwa. Na razie nie uniesiesz łyżki do ust.
Mówił spokojnie, krótkimi zdaniami, jakby obawiał się, że nieco dłuższe wymkną się jej zdolności pojmowania.
Przeniosła wzrok na ściany namiotu. Wyszywany srebrną i złotą nicią jedwab falował lekko, zupełnie jakby otaczało go migotliwe światło. Jedna ściana była nieco bardziej prześwietlona, więc tam musiało się znajdować słońce, ale Deana nie umiała ocenić, czy jest ranek, czy popołudnie. Wokół jej posłania leżały kobierce, których wartości nie potrafiła ocenić nawet w przybliżeniu. Czasem widywała takie rzeczy w siedzibach najzamożniejszych rodów plemienia, ale w porównaniu z tym, co leżało teraz na ziemi…
Bogactwo nie tyle kłuło w oczy, ile usiłowało je wyłupić.
– To osobisty namiot księcia. – Ubrany w złoto i biel mężczyzna pokiwał głową, zdradzając się z umiejętnościami czytania w myślach. – Jeden z kilku. Jesteś wielką bohaterką, ocaliłaś następcę tronu, Płomień Południa, Oddech Agara, i tak dalej.
Machnął ręką. Nieważne.
– Szukaliście nas?
– My i połowa plemion z północy pustyni. Issarowie, Kuwijczycy, wojownicy mavvijscy, reszta tej wędrownej hołoty też. Chyba nie sądziłaś, że porwanie księcia Białego Konoweryn przejdzie bez echa? Nagroda, którą wyznaczono za ocalenie Laweneresa, zapełniłaby złotem skarbiec małego księstewka. Czarownicy skakali od oazy do oazy, przenosząc wieści i węsząc magią gdzie się dało, całe armie nomadów wyruszyły na poszukiwania, a ilu zupełnie niewinnych bandytów usieczono przy okazji… Szkoda słów. Prawdziwą bandę, część jej sił, rozbito dopiero pięć dni przed waszym ocaleniem, ale przesłuchiwani – jego twarz skurczyła się w dziwnym tiku – jeńcy prawie nic nie wiedzieli. Z wyjątkiem jednego, który usłyszał przypadkiem coś o Palcu Trupa. Znaleźliśmy was dzięki ogniu, co tylko utwierdziło wszystkich w przekonaniu, że książę jest prawdziwym Wybrańcem.