Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Aonel wydawała się być poza zasięgiem. Czarne Wiedźmy opuszczały Dolinę dość rzadko, a proszenie kogoś z miejscowych, by przekazał jej wieść, nie miało sensu. Wojownik każdego plemienia wolałby wsadzić mu nóż między żebra, niż kłopotać którąś ze Służek Ouma. Poza tym co Altsin miałby jej przekazać? Witaj, to ja, pamiętasz? Otrułem twoją matkę. Możesz mi poświęcić trochę czasu, bo mam taki mały problem. Przez nią opętał mnie kawałek duszy Reagwyra, więc byłoby miło, gdybyś mi pomogła.
Miejscowy bóg kazał zabijać kapłanów Pana Bitew. Co zrobiłby na wieść, że gości na wyspie jego awenderi? Altsin chciał się spotkać z Aonel i najpierw porozmawiać, a nie wywoływać wojnę.
Myślał o tym przez pół nocy i pierwszy raz od przyjazdu do Kamany czuł desperację. Uciekając z PonkeeLaa, złamał jedną z własnych zasad, która głosiła, by zawsze mieć więcej niż jedną drogę wyjścia z każdej sytuacji. Przypływając tu, postawił wszystko na jeden rzut kością, a teraz słyszał złośliwy chichot Losu.
Miał jeszcze sporo pieniędzy. Mógł wyjechać i poszukać pomocy gdzie indziej, mógł wrócić do PonkeeLaa i wziąć udział w wojnie Grubego, mógł też… zostać w klasztorze, szukając ucieczki w rutynie mnisiego życia. Pielęgnować ogród, doić kozy, sprzątać, gotować, brać udział w modlitwach, zbieraniu datków i opiekowaniu się ubogimi. I robić uniki. Cały czas robić uniki, bić się z myślami, szarpać wędzidło emocji i nastrojów, nie wiedząc, które są jego własne, a które podsuwa mu ten szalony sukinsyn. I po co to robi. To najbardziej doprowadzało go do szału. Nawet koń dźgany ostrogami widzi, dokąd jeździec chce go skierować. Jednak uniki mogły w którymś momencie nie wystarczyć, a raczej spłonie, niż pozwoli się prawdziwie Objąć. Bitewna Pięść Reagwyra nie będzie władać jego ciałem.
Rankiem, dzień po spotkaniu z Rają Altsin obudził się niewyspany, obolały i z bólem głowy. Na myśl o czekających go obowiązkach poczuł mdłości. Świadomość, że tak miałaby teraz wyglądać reszta jego dni, sprawiała, że żołądek zawiązywał mu się w supeł. I nie chodziło o nagłą niechęć do klasztornego życia, które nawet lubił, lecz o poczucie, że może nie mieć wyboru. A gdyby został tu z przymusu, znienawidziłby klasztor w kilka dni.
To nie była dobra droga.
Pobudka, mycie, wspólna modlitwa, śniadanie. Potem praca w ogrodzie, pielenie grządek z cebulą i marchwią, spulchnianie ziemi, wyrywanie ostów i pokrzyw, które szczególnie upodobały sobie tę część ogrodu… Skupienie się na najprostszych czynnościach. Potrzebował tego. Im bardziej ryba szarpie się w tył, tym mocniej haczyk wbija jej się w pysk. Sprawy, nad którymi nie ma się kontroli, potrafią człowieka złamać, zniszczyć, sprawić, że zgnije od wewnątrz.
Taka droga byłaby jeszcze gorsza.
Zgrzytnął zębami, a potem uśmiechnął się pod nosem, walcząc ze szczególnie upartym chwastem. Nie podda się i nie odpuści. Wiedział, gdzie Aonel przebywa. To było coś. W habicie sługi Wielkiej Matki mógł się poruszać prawie po całej wyspie. To też się liczyło. Miał sporo pieniędzy i znał ludzi, którzy za pieniądze zrobią niemal wszystko. Na pewno coś wymyśli.
Jeśli nie dziś, to jutro znajdzie sposób, by spotkać się z tą wiedźmą i zmusić ją do pomocy w pozbyciu się kawałka boskiej duszy z głowy.
Ziemia prawie zadrżała, deptana olbrzymimi stopami. Cokolwiek można by powiedzieć o bracie Domahu, z pewnością nie był mistrzem skradania się.
– Coś się stało? – Altsin wyprostował się na swoje sześć stóp, po czym zadarł głowę, by nie musieć patrzeć na gąszcz brody mnicha. – Czego nic nie… aaaa, ślub milczenia. Więc mam odkryć, co mi chcesz powiedzieć, dzięki nagle objawionemu talentowi magicznemu?
We wzroku Domaha zabłysły iskierki rozbawienia.
– Dobrze, niech pomyślę. Ktoś cię do mnie przysłał z wieścią, a ponieważ wszyscy wiedzą, że nie możesz mówić, ten ktoś założył, że sam się domyślę, gdzie mam iść? Podpowiesz? – Złodziej uniósł dłoń z wyprostowanymi palcami. – Dwa czy trzy słowa?
Zamiast rozbawienia pojawiło się politowanie. Altsin westchnął.
– Dobrze, dobrze, wiem. Gdzie jest przeor? Tylko on ma takie poczucie humoru. Mamy południe? Czyli będzie u siebie.
Olbrzym uśmiechnął się, odwrócił na pięcie i odszedł, a Altsin zebrał narzędzia i ruszył do klasztoru.
Komnata przeora była jasna i przestronna – miała okna na dwóch ścianach – ale pozbawiona wszelkich zbytków. Jeśli pominąć łóżko i, co Altsin odnotował z pewnym rozbawieniem, dodatkowy materac postawiony teraz pod ścianą, to jedynymi sprzętami były dwa taborety i mały stół. Białe ściany sprawiały, że całość wydawała się zimna i ascetyczna, nawet jak na męski klasztor.
Prawie męski. Złodzieja powitało spojrzenie pary najjaśniejszych oczu, jakie widział w życiu. Ledwo wszedł, bladoszare tęczówki niemal przyszpiliły go do ściany.
– Łaska na dobry dzień – rzucił zwyczajowe seehijskie powitanie.
Siedząca na łóżku dziewczyna nie odezwała się, podciągnęła tylko nogi pod brodę, szczelniej okryła się pledem i zmarszczyła brwi. Ale patrzyła przytomnie, uważnie i zaskakująco rozumnie.
– Twój seehijski jest znośny, bracie Altsinie, ale nadal masz mocny północny akcent. To ją zapewne niepokoi.
Altsin od pierwszych dni w klasztorze uczył się kilku miejscowych narzeczy. Mnisi wędrowali po wyspie także w charakterze tłumaczy i z tego, co wiedział, nieźle na tym zarabiali. On też uznał znajomość miejscowego języka za niezbędną.
– Nie wygląda na zaniepokojoną – przeszedł na meekh. – Raczej na taką, co ukrywa nóż pod tym kocem.
– Bo ma. Dwa. Dałem jej, żeby poczuła się bezpieczniej.
Złodziej spojrzał na Enroha ze szczerym zdumieniem, ale napotkał tylko łagodne, irytująco pogodne spojrzenie oczu ukrytych w sieci zmarszczek.
– Nie mówisz poważnie… eee, to znaczy, raczysz żartować, przeorze.
– Nie. Znam zwyczaje. Jeśli nie miałaby broni, mogłaby mnie uważać za swojego strażnika, a siebie za więźnia. A to zrodziłoby krwawe owoce w przyszłości. Nawet sługa Naszej Pani nie byłby bezpieczny przed seehijską rodową zemstą. Dlatego wczoraj wieczorem zostawiłem jej przy łóżku dwa noże. Teraz znikły, więc zapewne ma je przy sobie. Chcesz sprawdzić?
– Nie jestem głupi…
– Niech mówią mową ludzi. – Dziewczyna miała ładny głos, miękki i łagodny. – Albo niech ten młody idzie. Już.
– Ofiaruj wybaczenie ślepcowi. – Altsin wrócił do seehijskiego. – Nie chciałem cię urazić, ale moja znajomość twojego języka jest słaba. To ja znalazłem cię wczoraj w porcie i przyniosłem do klasztoru.
Spojrzenie dziewczyny nie zmiękło, ale jakby lekko się rozluźniła.
– Uciekłam. Z wielkiej łodzi z długimi wiosłami.
– Domyśliliśmy się. Kiedy cię porwali?
Wykonała dziwny ruch głową.
– Kilka dni temu. Zamknęli mnie w skrzyni na dole, było ciemno, nie wiedziałam, czy jest dzień, czy noc. Nie wiem dokładnie. Więcej niż pięć dni. Łowiliśmy ryby daleko od brzegu. Machałam rękami, gdy ich zobaczyliśmy, ale oni nie skręcili. Rozbili naszą łódź, złapali mnie pętlą na drągu, wciągnęli na pokład. Nie wiem, co z moim bratem.
Altsin stwierdził nagle, że w miejscowym języku brakuje mu jednego wyrażenia albo chociaż zamiennika dla „Przykro mi”.
– To smutne.
– Tak. – Nie zmieniła wyrazu twarzy. – Ale Ugii dobrze pływa. Poradzi sobie. Ten statek miał czarnego ptaka na żaglu. A marynarze mówili w takim samym języku, co ty przed chwilą.
– Ci ludzie to nie moja krew – stwierdził szybko, bo to była najrozsądniejsza odpowiedź, jakiej mógł udzielić. – A meekh to język połowy świata. Z jakiego plemienia pochodzisz?