Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Przypomniała sobie ogień buzujący przed wylotem jaskini.
– Rozpalili ognisko.
– Oczywiście. Na pustyni, gdzie nie ma nic oprócz skał i kamieni.
– Tam było pełno…
Zrobił palcem krzyżyk na ustach, jakby zaszywał je dratwą.
– Ciiii… książę nie potrzebuje jakichś krzaków do rozpalenia ognia. On sam jest Ogniem, Światłem i Płomieniem Agara. I taką opowieść przyniesiemy do Konoweryn, bo tak rozkazał Evikiat, Wielki Kohir Dworu. Zapamiętaj – albo jeszcze lepiej zapomnij – co widziałaś i mów, że byłaś nieprzytomna i nic nie pamiętasz, lecz w pobliżu waszej kryjówki były tylko kamienie i czysta skała. Książę wezwał więc płynącą w jego żyłach moc Pana Ognia i podpalił je. Dzięki temu was znaleźliśmy, w nocy ogień widać było na wiele mil.
– Po co to kłamstwo?
– Dla polityki, oczywiście. I dla religii, wiary prostego ludu, i dla podtrzymania wierności wszystkich Rodów Wojny. By nikt nie ośmielił się podważyć jego praw. Do czegokolwiek.
Świat wokół lekko zawirował, a mężczyzna pokiwał głową, jakby był tego w pełni świadomy i na dodatek czegoś takiego właśnie się spodziewał.
– Masz odpoczywać, dużo pić i mało się ruszać. Najbliższe trzy dni spędzimy w oazie, ostatniej przed górami. Zwierzęta i ludzie muszą odpocząć, bo czeka nas jeszcze wiele dni drogi przez pustynię.
– Górami?
– Magarhami. Ścianą Dalekiego Południa, za którą jest już Białe Konoweryn. Najpiękniejsze miasto świata, moim zdaniem.
Spodziewała się tego, ale potwierdzenie przypuszczeń i tak było jak uderzenie buzdyganem w głowę. Tak daleko… Znalazła się tak daleko od domu, na drugim końcu pustyni Travahen, setki mil od rodzinnych stron. A wszystko wydawało się takie proste, gdy opuszczała afraagrę. Odbyć pielgrzymkę, zastanowić się nad swoim życiem i poszukać gdzieś miejsca dla siebie, co nie powinno być trudne, bo przecież każda afraagra przyjmie mistrzynię miecza. Powinna mieć marzenia porządnej kobiety z gór, pragnąć znaleźć męża, urodzić tuzin dzieci, nauczyć je, jak walczyć i być dobrymi Issaram, po czym umrzeć w domu, otoczona gromadką wnuków i prawnuków, albo na polu bitwy, otoczona stosem martwych wrogów.
Zamiast tego leżała teraz słaba jak nowo narodzone koźlę na fortunie utkanej z jedwabiu i wełny, w towarzystwie mężczyzny, który właśnie wstawał i najwyraźniej miał zamiar ją opuścić.
– Jak właściwie masz na imię?
– Suchi. – Zatrzymał się z ręką odsuwającą połę namiotu.
– Suchi?
– Suchi – potwierdził.
Przypomniała sobie, jak szedł obok wozu i przyciskał coś cuchnącego do jej twarzy.
– To ty mnie leczyłeś?
– Utrzymywałem przy życiu. Leczą lekarze.
– A ty jesteś?
– Książęcym trucicielem. – Mrugnął do niej kpiąco.
– Trucicielem?
Uśmiech przepołowił mu twarz.
– Robimy to samo co lekarze, tylko szybciej i się z tym nie kryjemy.
Wyszedł.
*
Wieczorem – to musiał być wieczór, bo ściana namiotu z jednej strony rozpaliła się od blasku dogasającego słońca – przyszedł Omenar. Ubrany w luźną białą koszulę i podobne spodnie wyglądałby jak zwykły tragarz albo poganiacz wielbłądów, gdyby nie to, że koszula była jedwabna i pyszniła się srebrnym haftem ozdobionym perłami.
Zatrzymał się przy wejściu, nasłuchując, i przez chwilę Deana walczyła z pokusą, by go oszukać, udać sen, żeby sobie poszedł. Miała dość czasu, by przemyśleć swoją sytuację i wpaść w złość. Powinni zostawić ją na północy, w jakiejś oazie pod opieką kilku ludzi. Jeśli Konowerczycy tak cenili sobie życie swojego księcia, że by go odnaleźć, zrobili zamęt na całej pustyni, to mogli w ramach wdzięczności wynająć kogoś, kto zawiózłby ją do domu. Gdyby tu wszedł ten smarkacz, nawrzeszczałaby na niego albo przełożyła przez kolano i złoiła tyłek. Książę czy nie.
Spojrzała na stojącego przy wejściu mężczyznę. Właściwie to nie była jego wina. Zwykły tłumacz nie dowodził karawaną.
– Nie śpię, możesz wejść.
Skinął głową, ale nic nie powiedział. Ostrożnie podszedł do jej posłania i usiadł na jednym z bezcennych kobierców.
– Masz zasłoniętą twarz?
– Tak.
Zaklaskał i do środka weszły dwie dziewczyny w burych strojach. Niewolnice, co podkreślały każdym gestem, wzrokiem wbitym w ziemię, zgiętymi plecami i czerwonymi wstążkami noszonymi na szyjach. Razdwa rozstawiły wokół Deany kilka tac z naczyniami wypełnionymi aromatycznie pachnącymi potrawami i kłaniając się nisko, wyszły. Jedna wróciła zaraz, niosąc kilka prostych, choć uszytych z najlepszego materiału szat. Położyła stosik przy posłaniu dziewczyny i znikła, znów nie podnosząc wzroku.
– Czemu się tak zachowują?
Zawahał się, potem uśmiechnął.
– To przez księcia. W jego opowieściach jesteś wielką wojowniczką, która gołymi rękami zabiła dziesięciu bandytów. Ocaliłaś książęcy ród. W pewnym sensie ocaliłaś Białe Konoweryn przed bratobójczą wojną. – Jego dłonie znalazły najbliższe naczynie i uniosły pokrywkę. – Rosół z koźlęcia, jest też z kury, perliczki i gołębia, bo nie wiedziałem, co lubisz. Głodna?
Spróbowała sięgnąć po łyżkę, ale jej palce nie zdołały objąć wykładanego macicą perłową trzonka. Zaklęła, a on zaśmiał się cicho i bezbłędnie powtórzył, co powiedziała.
– Wybacz. Mam ucho do języków. Pomogę, jeśli pozwolisz.
Sięgnął i delikatnie zdjął jej ekchaar. Potem podniósł łyżkę, ostrożnie nabrał złocistego, obłędnie pachnącego płynu i nie roniąc ani kropli, podsunął jej do ust. Deana poczuła zawrót głowy od cudownego aromatu ziół, a ciepło spływające do żołądka zdawało się wypełniać ją aż po same czubki palców. Prawie natychmiast poczuła przypływ sił.
Pozwoliła się karmić przez chwilę, po czym delikatnie odebrała mu łyżkę.
– Wojna domowa?
Zamarł. Trudno wyczytać coś z twarzy osoby, która zapomniała już, jak wiele można przekazać mimiką, ale sposób, w jaki jego rysy stężały, wskazywał, że sprawa była bolesna i delikatna.
– Sameres Trzeci, Wielki Książę Białego Miasta, został zamordowany pięćdziesiąt osiem dni temu.
Przetrawiła informację.
– To się łączy, prawda? Z atakiem na waszą karawanę i porwaniem?
– Tak. Myliłem się. Bandytom nie chodziło o okup, lecz o wiele więcej. Po śmierci brata książę stał się Dziecięciem Ognia… trudno to wyjaśnić, to ogniwo łączące ludzi z Agarem Czerwonym. Mówiłem ci już, książęcy ród wywodzi się wprost od Wybrańców, których Agar obdarował kawałkiem własnej duszy, gdy walczył z odwieczną ciemnością.
Pamiętała. Awenderi. Na Dalekim Południu każde książątko wywodziło swój ród od awenderi, bożych naczyń. Issaram śmiali się z tych legend i przepełniającej je arogancji, mówiąc, że mimo iż mieszkańcy królestw Daeltr’ed pochodzą od Agara, to o każdą szczyptę cynamonu czy pieprzu targują się, jakby Anday’ya wetknęła im lodowy palec w tyłek. Agar walczył w Wojnach Bogów, i to podobno nawet po właściwej stronie, był jednak bogiem zbyt mało ważnym, odległym i nie zapisał się w historii wieloma heroicznymi czynami. Z drugiej strony, uwzględniając, że ten rejon świata przez większą część roku skwierczał pod ognistym młotem słońca, Pan Płomieni wydawał się odpowiednim patronem dla tutejszych mieszkańców.