Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Uwerunków. Białych – odpowiedział zamiast dziewczyny Enroh.
Ta nazwa niewiele mu mówiła. Spojrzał pytająco na przeora.
– Południowy kraniec wyspy, Półwysep Conhtyjski. Jakieś sto mil w linii prostej od Kamany, za wyżyną Onloat i tamtejszymi lasami. Ona jest z południa, bracie.
Niepotrzebnie to podkreślił, bo Altsin był na wyspie wystarczająco długo, by wiedzieć, co to znaczy. Amoneria miała jedną dużą rzekę, Maluarynę, która wypływała z leżących na wschodzie gór Kawiroh i kierując się na zachód, przez niziny centralnej części wyspy, wygryzała kanion w wyżynie Onloat, by wpaść do oceanu. Rzeka dzieliła wyspę na pół, a jeśli coś potrafiło przerwać wojny między lokalnymi plemionami, to tylko wojna północy z południem.
Północne plemiona były liczniejsze i bogatsze, co zawdzięczały częściowo obecności Kamany, południowe nadrabiały to dzikością i bezwzględnością. Kupcy zajeżdżali i do nich, bo miasto wynegocjowało sobie prawo do handlu z całą wyspą, ale większość towarów i dóbr zostawała na północy. Rodziło to zazdrość i frustrację, a w efekcie prowadziło do niechęci i pogardy, które nie mogąc znaleźć innego ujścia, pchały południowe rody do wojny. Zresztą złodziej podejrzewał, że handel był tylko pretekstem, bo tak naprawdę ludziom wystarczy do nienawiści to, że ktoś mieszka za umowną granicą. Tylko kameluuri było w stanie połączyć na chwilę dwie części wyspy, ale ostatni raz zdarzyło się to dwadzieścia lat temu. A teraz dziewczyna z południowego plemienia znalazła się na północy. Sama, bez pobratymców, mając do obrony tylko dwa kuchenne noże.
Tak to, w dużym uproszczeniu, wyglądało. Altsin poczuł na sobie wzrok przeora.
– Możemy wysłać ją z karawaną, która wybiera się za rzekę – mruknął w meekhu. – Za kilkanaście dni będzie w domu.
– Nie przeżyje dwóch, jeśli Ghamlakowie albo Oomni dowiedzą się o jej obecności. Uwerunkowie wybili im kiedyś wiele osad. Poza tym żaden przewodnik karawany nie weźmie jej na wóz. Za duże ryzyko, że go oskarżą o szmuglowanie szpiega.
– Odpowiednia suma mogłaby go przekonać.
– Może gdybyśmy zapłacili równowartość jej wagi w złocie, a może i to by nie wystarczyło.
– Mówcie mową ludzi – dziewczyna zasyczała gniewnie. – Mową ludzi albo w ogóle.
– Obmyślamy, jak bezpiecznie wysłać cię do domu. – Mnich wykonał uspokajający gest. – Twoi krewni zapewne się martwią.
Otworzyła szerzej oczy.
– Zrobisz to dla nie swojej krwi?
– Już mówiłem, tak. Chcemy, byś wróciła do swoich. Ale droga jest niebezpieczna. Wrogowie twojego klanu ucieszyliby się, gdybyś wpadła im w ręce.
Uśmiechnęła się po raz pierwszy, drapieżnym, prawdziwie seehijskim uśmiechem, w którym fatalizm mieszał się z okrucieństwem.
– Ucieszyliby się – przyznała. – A ich radość trwałaby wiele dni. Tak jak moja śmierć.
Wyglądała młodo, prawie jak dziecko, więc Altsin nie wytrzymał.
– Naprawdę? Ile masz lat?
– Szesnaście. Jestem dość dorosła, by wziąć sobie męża albo kochanka przed jego pierwszą bitwą.
Wlepiła w niego wzrok, jakby spodziewając się, że uraczy ją rumieńcem zakłopotania. A to znaczyło, że… Złodziej uniósł brwi.
– Nie mówiłaś, że nasi bracia dotarli na ziemie twojego ludu.
– Co roku się zjawiają. Jak nie z kupcami, to samotnie. Gościmy ich przez szacunek dla Matki i wolę Ouma, słuchamy, co mówią, i odprawiamy na północ. Jesteście jedynym, co przychodzi zza Maluaryny i nie cuchnie na tysiąc kroków.
– Oprócz broni, narzędzi, tkanin, przypraw, wina i innych cennych rzeczy.
– Nie, te rzeczy też śmierdzą, ale skoro leśne bydlęta je kupują, my też musimy. Nie możemy być gorsi.
– Oczywiście. – Nie uśmiechnął się, choć miał ochotę. – Kto chciałby być gorszy.
Zmrużyła oczy.
– Drwisz ze mnie? Chcesz obrazić? Mój klan też? Pragniesz poznać cenę swojej głupoty? Ceną jest…
– Wystarczy, dziewko!
Altsin podskoczył i prawie stanął na baczność. Głos przeora stracił całą łagodność i spokój, stał się ostry, chrapliwy, a słowa przemaszerowały w powietrzu jak żołnierze walący o bruk podkutymi butami.
– Zapominasz, czym są wasze prawa, także te dane od Ouma. Treiwics. Duma, hart i lojalność wobec klanu i plemienia. Ale też prawość i honor. Jemu – wskazany palcem złodziej znów omal nie wyprężył się z wciągniętym brzuchem – zawdzięczasz życie, bo stawił czoła tym, którzy cię szukali, i przepędził ich, a potem przyniósł cię do klasztoru i zaoferował opiekę. A ty próbujesz mu grozić rodową zemstą. Dusze twoich przodków ze wstydu posypują głowy popiołem.
Dziewczyna zaczerwieniła się i ukryła twarz w dłoniach.
– Nie jesteśmy twoimi wrogami i nigdy nimi nie zostaniemy, ale powinnaś dwa razy pomyśleć, zanim pozwolisz słowom opuścić usta. Bo to, co powiedziane, już padło na świat i odcisnęło się na jego obliczu.
Wskazał Altsinowi drzwi i wyszli. Na korytarzu przeor oparł się o ścianę.
– Ależ jest przerażona – westchnął. – Trzeba nią lekko wstrząsnąć, zanim zrobi jakąś głupotę.
– Na przykład?
– Rzuci klątwę noża na twoją głowę albo coś takiego. Wtedy jej klan będzie zobowiązany do zemsty bez względu na to, czy miała rację, czy nie. Ich bożek twierdzi, że każde słowo ma wagę kamienia i nic nie może go cofnąć, a treiwics to potwierdza. To największe przekleństwo tej wyspy i główny powód, dla którego Seehijczycy wysyłają jako posłów tylko doświadczonych, flegmatycznych i bardzo małomównych wojowników, bo jeden nieprzemyślany żart może rozpocząć trwający pokolenia krwawy taniec.
W miarę jak Enroh mówił, znikał musztrujący rekrutów oficer, a powracał łagodny, miłujący ludzi mnich. Jakby starzec przepoczwarzał się w innego człowieka. Altsin z najwyższym wysiłkiem powstrzymał cisnące się na usta pytania o przeszłość Enroha. Bo cóż to musiała być za opowieść.
– Co teraz?
– Damy jej czas, by ochłonęła i przemyślała swoją sytuację. Nie spodziewam się przeprosin, ale powinna nieco złagodnieć. Musisz zrozumieć, jak bardzo jest przestraszona, wyrwano ją z objęć własnego klanu i rzucono na drugi koniec świata, w sam środek wrogich plemion.
– Drugi koniec świata?
– Dla niej tak. Może nadrabiać miną, ale to przede wszystkim przerażone dziecko.
– Mimo że wyprułaby nam flaki za domniemaną obrazę? I że może sobie wziąć kochanka?
– Nie czerwieniłem się wtedy, więc nie zaczerwienię i teraz. – Enroh spojrzał na niego z politowaniem. – Jak widzisz, sytuacja się skomplikowała.
Przeor ruszył przed siebie korytarzem, a złodziej, chcąc nie chcąc, podreptał za nim.
I bez słowa czekał na wyjaśnienia.
– Gdy Rada dowiedziała się, skąd ona jest, rozłożyła ręce, jakbym próbował im włożyć w nie rozgrzany węgiel. Zdaje się, że zaczynają żałować, iż nie pozwoliliśmy dziewczynie skonać w porcie. Ciało trafiłoby do morza i problem z głowy. – Mnich zamilkł, jakby oczekiwał jakiegoś komentarza, zerknął z ukosa na Altsina, westchnął i kontynuował – pakt między plemionami a Kamaną mówi, że południowe klany nie mogą wysyłać tu swoich ludzi. Nienawiść zbyt dzieli wyspę, więc każdy przemarsz wojowników zza rzeki przypominałby wojenną wyprawę. I nie ma znaczenia, że ona jest tylko młodą dziewczyną i nie trafiła tu z własnej woli. Jest z południa, więc złamano umowę.
Złodziej przystanął i zaczął z uwagą oglądać czubki swoich sandałów. I milczał, bo właśnie zaczynało do niego docierać, dokąd ta rozmowa prowadzi.
– Czy ktoś ci już mówił, że jesteś złośliwy? – Przeor popatrzył na niego z lekką irytacją. Nareszcie.