Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Fundamenty Czarnej Wieży składały się z kamiennych murów, które miały się stać ścianami pokoi i korytarzy, jednak z perspektywy, w jakiej się znaleźli, stanowiły istny labirynt, na dodatek zalewany potokami deszczu. Rankiem Asha’mani będą zmuszeni natrudzić się, by całą te wodę usunąć.
„Jak znajdziemy wejście?” – Pevara przesłała myśl do Androla.
Ten uklęknął i w jego dłoni zalśniła maleńka kula światła. Krople deszczu przelatywały przez nią na wylot niczym mikroskopijne meteoryty, które na ułamek sekundy rozbłyskiwały, a potem gasły. Drugą rękę zanurzył w wodzie obmywającej ich stopy.
Wreszcie uniósł głowę, wskazał przed siebie.
– Tędy – szepnął. – Tędy dokądś dojdziemy. A tam znajdziemy Taima.
Emarin mruknął z podziwem. Androl gestem dłoni przywołał Jonnetha i Nalaama, którzy po chwili ich śladem ześlizgnęli się do wykopu, a następnie ruszył przed siebie, ostrożnie stawiając stopy.
„Ty. Cicho. Naprzód”. Przekazała mu myślą.
„Terminowałem jako tropiciel” – odpowiedział. – „W lasach. W Górach Mgły”.
Iloma profesjami parał się w swoim życiu? Martwiło ją to. Życie, jakie wiódł, świadczyło o niezadowoleniu ze świata, o osobliwej niecierpliwości. Z drugiej strony, to co mówił na temat Czarnej Wieży… pasja, z którą chciał jej bronić… świadczyły o czymś przeciwnym. I nie chodziło tu wyłącznie o lojalność wobec Logaina. Oczywiście, Androl i pozostali szanowali go, ale po części dlatego, że uosabiał coś więcej. Miejsce, w którym ludzie ich pokroju mogli się czuć jak u siebie.
Po namyśle doszła więc do wniosku, że jego życie mogło wskazywać na człowieka, który niczemu w pełni nie był w stanie się poświęcić i nigdzie znaleźć satysfakcji, ponieważ szukał. Szukał życia dla siebie, życia, o którym wiedział, że gdzieś jest. Że wystarczy je znaleźć.
– W Białej Wieży uczą was takiej analizy ludzkich dusz? – zapytał szeptem Androl, zatrzymując się przed otworem w murze, który w przyszłości miał się stać drzwiami. Po chwili posłał przodem swoją kuleczkę światła.
„Nie” – pomyślała zamiast odszepnąć, chcąc dalej wprawiać się w tej metodzie komunikacji; równocześnie postarała się, aby myśl była bardziej wyraźna, mniej złożona. „Jest to coś co kobieta zdobywa po pierwszym wieku jej życia”.
W zamian spotkała się z falą rozbawienia. Tymczasem szli dalej, przed siebie, mijając niezadaszone pomieszczenia, póki nie dotarli do ściany ziemi. Stały tu beczki, na których normalnie kładziono rusztowanie, ale deski z nich zdjęto, a same beczki odsunięto na bok. W podłożu ziała szeroka szczelina, do której ściekała woda, ginąc w mrocznej głębi. Pevara uznała, że podczas ataku na wartowników oboje musieli znajdować się dokładnie nad tym miejscem.
„Dobser miał rację” – posłała myśl do Androla, podczas gdy pozostali dołączali do nich wśród rozbryzgów wody. – „Taim buduje tu sekretne tunele i komnaty”.
Przeskoczyli przez szczelinę i szli dalej. Wkrótce dotarli do skrzyżowania, na którym ściany ziemi zabezpieczał szalunek niczym w kopalnianej sztolni. Cała piątka przystanęła.
Niepewnie zerkali to w jedną stronę, to w drugą. Dwie drogi.
– Tutaj jest lekko pod górę – szepnął Emarin, wskazując na lewo. – Może dojdziemy do następnego wejścia do tych katakumb?
– Wydaje mi się, że powinniśmy raczej cały czas iść w dół – zasugerował Nalaam. – Jak sądzicie?
– Tak – zgodził się Androl, unosząc do góry ośliniony palec. Sprawdzał w ten sposób ruch powietrza. – Wiatr wieje w prawo. Więc tam pójdziemy najpierw. Ale uważajcie. Możemy się spodziewać kolejnych wart.
Zagłębili się w tunel. Od jak dawna Taim budował te katakumby? Chyba nie były aż tak rozległe, skoro natknęli się dotąd tylko na jedno skrzyżowanie, niemniej rozmach przedsięwzięcia robił wrażenie.
Nagle Androl przystanął. Pozostali uczynili to samo. Wnętrze tunelu niosło niskie echo czyjegoś głosu. Mówiący był zbyt daleko, żeby dało się rozróżnić słowa, niemniej, jak teraz dostrzegli, na ścianach migotała leciuteńka poświata. Pevara objęła Źródło i zaczęła się przygotowywać do splatania Mocy. Czy tamci się zorientują, jeżeli zacznie przenosić?
Androl ewidentnie się tego obawiał. Już zabicie tych wartowników wzbudziło jego wątpliwości. Jeżeli ludzie Taima, do których z pewnością należały te głosy, zorientowali się, że ktoś tu używa Jedynej Mocy…
Ktoś szedł w ich stronę, oświetlając sobie drogę.
Usłyszała za plecami ciche stęknięcie. To Jonneth naciągnął cięciwę swojego długiego łuku z Dwu Rzek – tak długiego, że ledwie mieścił się pod stropem tunelu.
Potem świsnęła cięciwa, a powietrze cicho zaśpiewało. Niski głos ścichł, światło zakołysało się.
Ruszyli szybko naprzód, a po chwili dotarli do miejsca, gdzie na ziemi leżał Coteren – jego oczy zachodziły już mgłą, z piersi sterczała strzała. Przygasająca lampa spoczywała obok. Jonneth wydobył swoją strzałę, wytarł grot o ubranie zabitego.
– Teraz już wiesz, po co noszę przy sobie łuk, przeklęty kozi synu.
– Patrzcie – powiedział Emarin, wskazując grube drzwi. – Coteren stał tu na warcie.
– Uwaga! – szepnął Androl, a potem otworzył szeroko drzwi. Za nimi zobaczyli szereg zaimprowizowanych cel, wykopanych w ścianie z ziemi; maleńkie klitki, a właściwie wydrążone jamy, zamknięte drzwiczkami. Pevara zajrzała do wnętrza najbliższej, okazała się pusta. W środku nie było dość miejsca nawet na to, żeby człowiek mógł się wyprostować, nie było też światła. Dać się tu zamknąć, to jak siedzieć w ciemnym grobie!
– Światłości! – odezwał się Nalaam. – Androl! On tu jest. Znalazłem Logaina!
Pozostali szybko do niego dołączyli, a Androl przyklęknął przed zamkiem, który wkrótce ustąpił pod jego – zadziwiająco sprawną – dłonią.
Otworzyli drzwiczki celi. Logain z jękiem wytoczył się na korytarz. Wyglądał przerażająco, uwalany od stóp do głów ziemią. Nie tak dawno kręcące się włosy i twarz o mocnych rysach czyniły zeń przystojnego mężczyznę, teraz przywodził na myśl żebraka.
Rozkaszlał się. Po chwili z pomocą Nalaama podniósł się na kolana. Androl przyklęknął przed nim, ale bynajmniej nie z szacunku. Żeby zajrzeć mu w oczy. Co też uczynił, gdy tymczasem Emarin podsunął przywódcy Asha’manów manierkę z wodą.
„I co?” – zapytała w myślach Pevara.
„To on” – padła odpowiedź, której towarzyszyła fala ulgi zalewająca więź. – „To wciąż on”.
„Gdyby Konwersja doszła do skutku, wypuściliby go” – pomyślała Pevara, czując równocześnie, że powoli przyzwyczaja się do tego sposobu komunikacji.
„Może. Chyba że to pułapka”.
– Mój lordzie Logainie.
– Androl – wychrypiał Logain. – Jonneth. Nalaam. I Aes Sedai? – Przyjrzał się Pevarze. Jak na człowieka, który najwyraźniej pozostawał uwięziony w koszmarnych warunkach od wielu dni, jeśli nie tygodni, wykazywał zdumiewającą przytomność umysłu.
– Pamiętam cię. Do jakich należysz Ajah, kobieto?
– A jakie to ma znaczenie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
– Ogromne – stwierdził Logain, próbując wstać. Był zbyt słaby i Nalaam musiał mu pomóc. – Jak mnie znaleźliście?
– To jest opowieść, którą należy odłożyć do chwili, gdy będziemy już w bezpiecznym miejscu – stwierdził Androl. Wyjrzał za drzwi. – Wynosimy się stąd. Ta noc jeszcze nie dobiegła końca. Ja…
Zamarł, a potem gwałtownym ruchem zatrzasnął drzwi.
– Co się stało? – zapytała Pevara.
– Ktoś przenosił – wyjaśnił Jonneth. – Ogromny kęs Mocy.
Tłumione ziemią i grubymi drzwiami z korytarza dobiegły ich czyjeś okrzyki.