Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Marek wywalczył sobie drogę w kierunku Rhavasa. Poruszał się ostrożnie; nabijane ćwiekami caligae ślizgały się po gładkiej jak szkło posadzce; miał wrażenie, że stąpa po lodzie.
Kiedy jeden z ludzi Rhavasa zatoczył się na niego, obaj ciężko upadli. Zwarli się tak blisko, że Skaurus wyczuwał zapach strachu swego przeciwnika. Nie mógł pchnąć mieczem, broń była za długa. Zaczął walić pięściami w twarz zbója, póki obejmujące go ręce nie rozluźniły uścisku.
Trybun chwiejnie wstał na nogi. Z zewnątrz dobiegły okrzyki. To ludzie Thorisina dotarli wreszcie do pałaców przez labirynt ulic Videssos. Skaurus nie miał czasu, by o nich myśleć. Pojawił się przy nim Outis Rhavas, wieża emaliowanej stali od zamkniętego hełmu po buty z żelaznych kółek.
Większość Videssańczyków była przyzwyczajona do walki z końskiego grzbietu i tym samym wolała szable, ale Rhavas, jak w czasie utarczki przy umocnieniach, zamachnął się ciężkim i długim mieczem. Dzięki jego potężnej budowie była to broń straszliwa; nawet wysokiemu Skaurusowi brakowało kilku cali, by dosięgnąć go własną bronią.
— Szkoda, żeś oskrobał twarz do nagiej skóry — syknął Rhavas głosem pełnym jadu. — To pozbawi mnie przyjemności ogolenia twego trupa.
Trybun nie odpowiedział; orientował się, że złośliwa uwaga ma go jedynie rozwścieczyć i zdekoncentrować. Ich ostrza zderzyły się z trzaskiem. Marek wiedział już, że Outis Rhavas był tyleż zręcznym, co silnym przeciwnikiem. Cios po ciosie zmuszał Rzymianina do ustępowania pola; Skaurus mógł jedynie parować nawałnicę ciosów. W porównaniu ze straconym scutum mała tarcza wydawała się nie bardziej przydatna, niż kobieca poduszeczka do pudrowania.
Ale mimo niezmiernej siły przywódcy, jego ludzie powoli się wycofywali. Walczyli jak bandyci; zagorzale, ale bez żadnego porządku. Chociaż manipuły legionistów musiały się siłą rzeczy rozpaść, długi trening wyćwiczył w żołnierzach świadomość, że stanowią część większej całości. Jak zaciskające się wężowe zwoje, napierali bez chwili przerwy, nie oddając raz zdobytej przewagi.
I dlatego Rhavas został sam, Viridoviks zaś i pół tuzina Rzymian skoczyło na pomoc trybunowi. Nie mogąc dosięgnąć swej ofiary, Rhavas zaklął wściekle, lecz musiał ustąpić. Cofał się, póki nie został jednym z ostatnich obrońców kotła, którego zawartość nadal wrzała i parowała na środku sali.
Mimo zapachu drzewnego dymu Marek wychwycił słodko-mdły smród padliny. Co najmniej dwudziestu żołnierzy Rhavasa już zdążyło umoczyć rękawy w cuchnącym płynie. I nie tylko żołnierzy; rękaw, który właśnie zanurzył się w miksturze, był z purpurowej satyny przetykanej srebrną i złotą nicią.
— Vardanes! — zawołał trybun i starszy Sphrantzes szarpnął się jak ukłuty szpilką. Skaurus rzadko widywał stryja Ortaiasa inaczej, niż w stanie doskonałego opanowania; okrągła, rumiana twarz, okolona schludną czarną brodą, nieczęsto pokazywała coś, czego Sevastos sobie nie życzył. Ale teraz Sphrantzes miał ukradkową, pełną poczucia winy minę człowieka przyłapanego na jakimś wynaturzeniu.
Bitwa przedłużała się. Niektórzy z bandytów Rhavasa nie padali, bez względu na ilość zadawanych im ran. Marek usłyszał obleśne mlaśnięcie wgryzającego się w ciało ostrza oraz warknięcie Gajusza Filipusa.
— Ruń w końcu, bękarcie, ruń!
Jednak przeciwnik starszego centuriona tylko rozdziawił paszczę jak wąż. Skaurus zobaczył żółtawą plamę na rękawie jego kaftana. Mężczyzna uderzył Rzymianina na odlew; był to niezdarny cios, który Gajusz Filipus przyjął na tarczę. Ale zwątpienie zachmurzyło oczy weterana — jak bić się z kimś, kogo nie można zranić?
Te same wątpliwości pojawiały się na twarzach innych Rzymian. Ich przeciwnicy, jak gdyby namaszczeni przekonaniem Rhavasa, że nie można ich zranić stalą, zaczęli podejmować ryzyko, na jakie nie zdobyłby się wojownik przy zdrowych zmysłach; przyjmowali dziesięć ciosów, by zadać choćby jeden. Lżyli legionistów niczym chłopcy drażniący dzikiego psa za wysokim ogrodzeniem. I, co było nieuchronne, zaczęli zbierać swoje krwawe żniwo. Przewaga Rzymian nie była już tak jednoznaczna.
Wysoki, chudy jak szakal i uśmiechnięty złośliwie Videssańczyk starł się z Viridoviksem. Bandyta ujął miecz oburącz i zamachnął się, nie troszcząc o własną obronę. Wielki Gal uskoczył lekko niczym wielki drapieżnik. Jego broń, bliźniacza Skaurusowej, zaśpiewała w powietrzu, a znaki druidów rozjarzyły się złotem.
Stał przecięła ciało, tchawicę i kość. Nim pełne przerażenia zdumienie zdążyło uformować się na twarzy łotra, jego głowa sfrunęła z ramion i zadudniła na posadzce. Bryzgający posoką tułów runął w jej ślady. Kończyny przez chwilę miotały się bezwładnie, jakby niepomne, że są już martwe.
Dzikie triumfalne wycie Viridoviksa odbiło się echem po sali. Gal skoczył do następnego wroga i kolejny opryszek z poplamionym rękawem osunął się na ziemię. Legł, zaciskając w rękach wnętrzności, które celtycki miecz wypruł z niego tak schludnie, jak w czasie anatomicznej demonstracji.
Marek również zaczął polować na poplamione kaftany uświadamiając sobie, że — co zawsze okazywało się prawdą w Videssos — jego galijskie ostrze jest odporne na czary. Jak Viridoviks, pierwszego przeciwnika zabił stosunkowo łatwo. Bandyta, nie wiedząc przeciwko jakiej broni staje, prawie nie dbał o własną ochronę. Sapnął, gdy miecz trybuna znalazł jego serce, potem próbował wciągnąć powietrze, ale zamiast tego zakasłał krwią.
— Kłamca! — wycharczał, osuwając się na podłogę; jego oczy wpijały się w Rhavasa.
Ludzie kapitana zafalowali, ich pewność siebie ulatywała, gdy obserwowali śmierć swoich towarzyszy. Potem Arsaber, uliczny opryszek, powalił jeszcze jednego; jego ciężka pałka zmiażdżyła lewą stronę twarzy przeciwnika.
Gajusz Filipus nie był uczonym, ale w bitwie zauważał wszystko.
— Tylko żelazo nie może ich zranić! — krzyknął do legionistów. Wyrwał pilum jednemu z Rzymian i ujął drzewce jak maczugę. Wrzasnął z zadowolenia, gdy jeden z wojowników Rhavasa zawirował i przewrócił się, a miecz wypadł z jego pozbawionych czucia palców. Marek nie przypuszczał, by ten człowiek miał się jeszcze podnieść. Starszy centurion wyładował cały swój strach przed magią w jednym, niewiarygodnie potężnym ciosie.
— Nie ustępować, wy pozbawione jaj króliki! — ryknął Rhavas.
Dobrze wyszkolony baryton Vardanesa Sphrantzesa zawibrował w uniesieniu:
— Trzymać się! Trzymać!
Ale przez szeregi ich zwolenników przetoczył się ryk strachu — najpierw miecze i włócznie nie zdołały powstrzymać Rzymian, a teraz tak samo zawiodły czary.
Jedna zdesperowana banda wycięła sobie drogę przez legionistów; garść tych, którzy przeżyli, wypadła przez Wielką Bramę, myśląc jedynie o ucieczce. Marek usłyszał ich rozpaczliwe krzyki, gdy pędząc na oślep wpadli na żołnierzy Thorisina Gavrasa. Inni, ze zręcznością zrodzoną z rozpaczy, drąc pazurami materiał, wspinali się po draperiach do ryzykownych kryjówek w okiennych niszach dziesięć stóp nad podłogą. Niektórzy próbowali się poddać, ale niewielu ludzi Skaurusa było skłonnych darować im życie. Kwintus Glabrio niejednego uratował przed natychmiastową śmiercią, ale nie mógł być we wszystkich miejscach naraz.