Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Marek zobaczył, jak jakaś starsza kobieta wskazuje na legionistów, i usłyszał jej skrzek:
— To Gracze, przybyli, by splądrować Videssos! — Posługiwała się miejskim slangiem na określenie Namdalajczyków; nawet ten obraźliwy język nie był wolny od teologii.
Niech diabli wezmą tę niedouczoną wiedźmę — pomyślał Skaurus. Tłum dopiero co się uspokoił; w jednej chwili z powrotem mógł przemienić się w rozszalałą tłuszczę. Na szczęście przywódca ulicznych zabijaków, Arsaber, istny niedźwiedź o potężnych ramionach, nadal maszerował obok legionistów i teraz przyszedł im z pomocą.
— Zamknij się, ty wychudzona stara suko! — ryknął. — To nie są Gracze, to nasi przyjaciele, Rzyniamie, więc nie wchodź im w paradę, zrozumiano?
Odwrócił się do trybuna, szczerząc spróchniałe zęby.
— Wy, Rzyniamie, jesteście w porządku. Pamiętam, jak zeszłego lata zdusiliście zamieszki bez wielkiej przyjemności. — Mówił o rozruchach i ich stłumieniu ze znajomością smakosza rozprawiającego o winach.
Z powodu pomyłki gapowatego herolda na cesarskim przyjęciu, jakie odbyło się tuż po przybyciu Rzymian do Videssos, mieszkańcy miasta w większości nadal przekręcali ich nazwę. Marek doszedł do wniosku, że ta chwila jest raczej mało odpowiednia na poprawianie Arsabera.
— No cóż, dzięki — powiedział.
Plac Stavrakiosa, dzielnica rzemieślników pracujących w miedzi — już pełna stukotu młotków — plac Wołu, cesarski urzędowy gmach z czerwonego granitu, pełniący rolę archiwum i więzienia oraz niezliczone świątynie Phosa, wielkie i małe, przemykały obok, gdy legioniści niczym burza pędzili w kierunku pałaców.
Potem Ulica Środkowa wyszła na plac Palamasa, największe forum w mieście. Skaurus rzucił okiem na Kamień Milowy, kolumnę z takiego samego czerwonego granitu co budowle rządowe. Na pikach u jej podstaw, jak makabryczne owoce, tkwiły głowy. Było ich co najmniej dwadzieścia i prawie wszystkie były świeża, ale terror nie wystarczył, by Sphrantzesowie zdołali utrzymać się na tronie.
Kramy na targowisku były otwarte, ale blokada Thorisina Gavrasa niekorzystnie odbiła się na handlu. Piekarze, sprzedawcy oliwy, rzeźnicy i handlarze wina niewiele mieli na sprzedaż, a to, co mieli, było racjonowane i nadzorowane przez inspektorów rządowych. Jak na ironię, w czasie oblężenia rozkwitł handel towarami zbytkownymi. Niezwykłym powodzeniem cieszyły się klejnoty i szlachetne metale, rzadkie leki, amulety, jedwabie i brokaty. Tego typu rzeczy zawsze można było wymienić na żywność — to znaczy, dopóki ona była.
Na widok ponad tysiąca zbrojnych, wpadających pędem na plac Palamasa, kupcy zaczęli spiesznie upychać w kieszeniach czy sakiewkach najcenniejsze przedmioty. Zmykali na złamanie karku, wywracając w panice kramy.
— Patrzcie, ileż to dobra nam ucieka-mruknął tęsknie Viridoviks.
— Zamknij się — warknął Gajusz Filipus. — Nie podsuwaj chłopcom dodatkowych pomysłów do tych, które już snują się im po głowach. — Swą urzędową laską z klepki beczki po winie walnął w okryte zbroją ramię legionisty, który zaczął zbaczać w stronę targowiska. — Hej, Paterkulusie, walka czeka z tej strony! Poza tym, durniu, łupy będą dużo lepsze w pałacach.
Zadaniem tego oświadczenia było przede wszystkim niedopuszczenie do łamania szyku. Żołnierze, którzy je usłyszeli, aż zamruczeli z pożądliwości.
Przemknęli z tupotem obok wielkiego owalu Amfiteatru, stojącego od południa przy placu Palamasa. Potem znaleźli się w dzielnicy pałaców. Jej eleganckie budynki pooddzielane były od siebie przemyślnie urządzonymi ogrodami, gajami i szerokimi, starannie przystrzyżonymi szmaragdowymi trawnikami.
Jakiś Rzymianin zaklął i rzucił scutum, by lewą rękę zacisnąć na prawym ramieniu. Łucznik, który przyczaił się wysoko na cyprysie, krzyknął z radości i przygotował się do wystrzelenia drugiej strzały. Jego triumf był krótkotrwały. Wielki dwuręczny topór Czerwonego Zeprina przeznaczony był do ścinania głów, nie drzewa, ale muskularny Halogajczyk udowodnił, że jest nie byle jakim drwalem.
Topór uderzył, odskoczył, uderzył jeszcze raz. Wióry sypały się z każdym ciosem. Cyprys zatrząsł się, zakołysał i upadł; wrzask strzelca umilkł nagle, gdy pień zmiażdżył mu kręgosłup.
— Ogrodnicy będą na mnie wściekli — wymruczał Zeprin. Służąc w straży cesarskiej od dawna, uważał kompleks pałacowy za swój dom i biadolił nad zniszczeniem, jakiego dokonał. Jeśli idzie o martwego wroga, nie okazał najmniejszych wyrzutów sumienia.
— Nie masz się co przejmować, drogi Halogajczyku — powiedział sucho Viridoviks. — Będą mieli inne rzeczy na głowie.
Wskazał na barykadę z kłód, połamanych ław i powyrywanych z ulic płyt, która psuła nieskazitelny bezmiar trawnika. Za barykadą kryli się żołnierze, a przed nią leżały ciała — znak, jak daleko dotarł tłum w czasie ataku na pałace.
Prowizoryczne umocnienie mogło wystarczyć do powstrzymania rebeliantów, ale nie regularnego wojska Skaurusa. W dodatku baczniejsze spojrzenie poinformowało trybuna, że obrońcy są nieliczni.
— Szyk bojowy! — rozkazał. Jego ludzie błyskawicznie ustawili się w ordynku, ich podbite ćwiekami caligae darły gładką darń. Trybun odszukał wzrokiem Gajusza Filipusa; skinęli do siebie.
— Naprzód! — krzyknął i Rzymianie rzucili się na barykadę.
Wystrzelono ku nim kilka strzał, ale tylko kilka. Z okrzykami: „Gavras!” i „Thorisin!” Rzymianie doskoczyli do wysokiej po piersi barykady i zaczęli przez nią przełazić. Niektórzy z wojowników po drugiej stronie chwycili za szable i włócznie, ale większość, na widok zdecydowanej postawy przeciwnika, rzuciła się do ucieczki.
— Nie podchodzić za blisko! Pozwólcie im uciec! — ryknął Gajusz Filipus po łacinie, żeby wróg nie zrozumiał. — Pokażą nam, gdzie kryje się reszta!
Komenda była ostrym sprawdzianem rzymskiej karności, gdyż nieprzyjacielskie zawołania bojowe brzmiały nie tylko: „Sphrantzesowie!” i „Ortaias!”, ale również: „Rhavas!”. Starszy centurion robił, co mógł, by utrzymać swoich ludzi w ryzach. Żołnierzy opanowała gorączka bitewna, podsycana dodatkowo przez żądzę zemsty.
Ale rozkaz zrównoważonego Gajusza Filipusa wkrótce dowiódł swej wartości. Wrogowie wycofali się nie do koszar, jak przypuszczał Skaurus, ale między ceremonialnymi budowlami kompleksu pałacowego i obok Sali Dziewiętnastu Tapczanów do samego Wielkiego Dworu, będącego po Najwyższej Świątyni Phosa najwspanialszym gmachem w całym Videssos.
Sala Dziewiętnastu Tapczanów miała ściany z zielonkawego marmuru i podwójne drzwi ze złoconego brązu, które równie dobrze mogłyby strzec twierdzy. Jednakże z powodu tuzina nisko umieszczonych szerokich okien budynek nie nadawał się do stawiania oporu.
Marek żałował, że to samo nie odnosi się do Wielkiego Dworu. Był to sam w sobie mały kompleks, z mieszczącymi biura wielkimi skrzydłami, które tworzyły trzy boki kwadratu. Łucznicy stali na zwieńczonym kopułą dachu głównego budynku; inni, wypatrując celów, zerkali przez okna w skrzydłach. Tutaj okna były nieliczne, małe i wąskie — architekt, który zaprojektował tę przysadzistą budowlę ze złocistego piaskowca, zadbał, by mogła ona również pełnić rolę cytadeli.
— Zeprin! — krzyknął Skaurus.
Halogajczyk pojawił się przed nim, z toporem w potężnych ramionach. Trybun powiedział:
— Skoro już zostałeś drwalem, zetnij mi parę prostych, wysokich drzew na tarany.
— Tarany przeciw Wielkiej Bramie? — W głosie Czerwonego Zeprina zabrzmiało przerażenie.
— Wiem, że brama jest potężna — tłumaczył Marek z najwyższą cierpliwością. — Ale czy myślisz, że te sucze syny wyjdą same?