Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]

Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:

Po przegranej bitwie, w której zginął władca Videssos, Mavrikios Gavras, Imperium pogrążyło się w chaosie. Rozgorzła walka o władzę. W zamieszaniu wojny domowej nowym Imperatorem ogłasza się Ortaias Sphrantzes, a wówczas rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa staje po stronie prawowitego sukcesora tronu — Thisina Gavrasa...
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 94
Перейти на страницу:

Po chwili Halogajczyk westchnął i wzruszył ramionami.

— Tak bywa, że robi się to, co trzeba, a nie to, co się chce. — Jego potężne muskuły nabrzmiały pod kolczugą; zaatakował stateczną sosnę z zapamiętaniem, które mówiło coś o jego konsternacji. Rzymianie natychmiast obstąpili grube na półtorej stopy zwalone pnie. Poodcinali gałęzie, a potem dźwignęli zaimprowizowane tarany w górę.

— W porządku, na nich! — zawołał Gajusz Filipus.

Żołnierze niezdarnie ruszyli w kierunku Wielkiej Bramy. Tarczownicy zajęli miejsca po obu stronach, by chronić ich przed ostrzałem. Prowizoryczne tarany oczywiście nie miały uchwytów; Marek miał nadzieję, że wróg, osaczony w Wielkim Dworze, nie miał czasu na przygotowanie czegoś gorszego od łuczników na dachu.

Żołnierze z taranami, strzeżeni przez wzniesione scuta swych towarzyszy, dopadli bramy. Wielka Brama jęknęła w chwili zderzenia jak gdyby z bólem, a kłody wyrwały się z rąk Rzymian. Ludzie przewracali się i jak najszybciej odtaczali na boki, by uniknąć zmiażdżenia przez padające bezładnie pnie. Po chwili pozbierali się, podnieśli tarany i cofnęli, by nabrać rozpędu przed następnym uderzeniem.

Pozostali legioniści rzucili się do walki z paroma tuzinami zwolenników Sphrantzesów, którzy nie zdążyli na czas schronić się wewnątrz Wielkiego Dworu. Po pewnym czasie jedynie Rzymianie zostali na dziedzińcu. Żaden z ludzi Rhavasa nie poprosił o łaskę — przynajmniej pod tym względem doskonale rozumieli swoich przeciwników.

Marek zerknął kątem oka na górne piętra Gmachu Ambasadorów. W oknach włóczyły się głowy obserwujących walkę cudzoziemców. Trybun miał kilku przyjaciół wśród zagranicznych posłów i żywił nadzieję, że są bezpieczni. Pomyślał, że ze swego punktu obserwacyjnego mają lepszy wgląd w poczynania rządu Videssos, niż prawdopodobnie mogliby sobie życzyć.

Łucznicy Rhavasa nie dawali za wygraną. Jeden ze strzelców, zajmujących pozycję wysoko na kopule gmachu, raz za razem trafiał w cel. W pewnej chwili zwinął się wpół, osunął po pomarańczowoczerwonych dachówkach i spadł jak szmaciana kukła na leżący daleko w dole zieleniec.

Odległość i kąt czyniły celny strzał prawie niemożliwym, więc Marek rozejrzał się ciekawie w poszukiwaniu jego autora.

— Dobry strzał! — zawołał. Zobaczył, jak Viridoviks wali po plecach chudego, smagłego mężczyznę. Był to Arigh syn Arghuna, raprezentant Arshaum na videssańskim dworze. Jego pobratymcy, nomadowie, zamieszkiwali stepy za zachód od Khamorthów i wojownik nosił krótki, wzmocniony rogiem łuk człowieka nizin. W czasie gorzkiej nauczki, jaką dali Rzymianom Yezda, Skaurus dowiedział się, jak cudownie daleko i płasko niesie taki łuk; martwy łucznik był tego kolejnym dowodem.

— Czyż nie jest on najwspanialszym kurduplem pod słońcem? — zapiał Viridoviks, znów waląc Arigha po plecach.

Wielki rumiany Celt i chudy czarnowłosy nomada o płaskiej twarzy tworzyli dziwną parę, ale gdy Rzymianie stacjonowali w mieście, często włóczyli się razem. Każdy z nich miał bezpośrednie, nieskomplikowane podejście do życia, które trafiało do przekonania drugiemu, tym bardziej w tej światowej stolicy.

Krótką zadumę trybuna przerwał wrzask dobiegający z Wielkiego Dworu. Śmiertelne przerażenie brzmiące w kobiecym wyciu sprawiło, że włos zjeżył mu się na karku. Rzymianie i ich przeciwnicy byli zahartowani, jednakże i jedni, i drudzy na chwilę, nim znów zajęli się wzajemnym mordowaniem, jakby wrośli w ziemię.

Gdy Marek się otrząsnął, pierwszą myślą, jaka mu się nasunęła, było to, że w oblężonym gmachu może przebywać Alypia Gavra. Jeżeli to ona krzyczała…

— Mocniej, przeklęci! — krzyknął do ludzi przy taranach i schował miecz do pochwy, by samemu złapać pień.

Żołnierze nie potrzebowali zachęty; również w nich krzyk tchnął nową siłę. Rzucili się do przodu. Wielka Brama zadźwięczała niczym potężny dzwon. Skaurus upadł, zdzierając sobie skórę z łokci i kolan, czując, że powietrze uchodzi mu z płuc — prawie tak, jakby sam z rozpędu rzucił się na wrota.

Zerwał się szybko i pobiegł do pnia, nie zauważając nawet wielkiego jak pięść kamienia, który upadł w trawę w miejscu, gdzie przed chwilą leżał. Potem znów było to samo: do tyłu, rozbieg, i jeszcze raz. Szorstka kora raniła nawet najbardziej stwardniałe dłonie.

Dwakroć wyższe od człowieka wypolerowane skrzydła bramy oparły się chwiejnie na belce, która jeszcze je podtrzymywała.

Rozbrzmiał czysty głos Kwintusa Glabrio:

— Jeszcze raz! Ten zapłaci za wszystkie poprzednie!

Tarany uderzyły. Z rozpaczliwym skrzypieniem, jakie wydaje pękająca deska, belka ustąpiła. Wielka Brama stanęła otworem tak gwałtownie, jak trafiona potężnym kopniakiem. Rzymianie wydali okrzyk radości i rzucili się do wnętrza.

Przywitał ich grad strzał, ale Skaurus, spodziewając się tego, ustawił tarczowników przed załogami taranów. Potem zaczęła się dzika walka przy wyłanianej bramie. Mały otwór ograniczał siłę ataku Rzymian, a bandyci Rhavasa bili się z bezlitosną furią ludzi, którzy wiedzą, że nie mają nic do stracenia. Jednakże legioniści byli lepiej uzbrojeni i wyszkoleni; krok po kroku spychali przeciwników w głąb sali.

W trakcie przedzierania się przez Wielką Bramę Marek poczuł konsternację podobną tej, jakiej doznał Czerwony Zeprin, gdy kazał mu przygotować tarany. Płaskorzeźby na skrzydłach były niewiarygodnie piękne. Stanowiły niemą kronikę konkwisty cesarza Stavrakiosa, który kilkaset lat wcześniej podbił leżący daleko na północy Agder. Tutaj cesarscy żołnierze wiedli jeńców, schylone głowy pojmanych kobiet były wstrząsającymi portretami rozpaczy. Nieco wyżej inżynierowie wycinali w zboczu urwiska drogę, która miała służyć armii; kopyto jucznego muła osuwało się z-krawędzi, grożąc zwierzęciu stoczeniem się w przepaść. Na środku bramy Stavrakios prowadził kontratak przeciwko Halogajczykom. U góry przedstawiono Cud Phosa, który objawił się w tym, że w środku zimy gorące słońce stopiło lody na zamarzniętej rzece i barbarzyńcy znaleźli się w potrzasku. Bóg Videssańczyków w pełnym zadumy majestacie wznosił się nad swym narodem wybranym.

Agder był stracony dla cesarstwa już od ośmiu długich stuleci, a teraz rzeźby, które ukazywały jego upadek, same padły ofiarą wojny. Tarany spłaszczyły góry i pomiażdżyły twarze z bezstronną brutalnością. U stóp trybuna leżało maleńkie poskręcane ucho z brązu. Każde wydarzenie pociąga za sobą zmiany — powiedział sobie Marek, ale ta maksyma wcale go nie pocieszyła.

Przepychając się obok jednego z ludzi Rhavasa, ciął go pod pachą, gdzie kolczuga była najsłabsza. Mężczyzna jęknął i wykręcił się, powiększając własną ranę. Gdy upadł, Skaurus zdarł mu z ramienia małą okrągłą tarczę, by zastąpić pozostawione przed gmachem sądu scutum.

Jego oczy potrzebowały kilku sekund, by przystosować się do panującego wewnątrz półmroku. Spodziewał się, że przy wejściu spotka Outisa Rhavasa. Czyżby podły kapitan Ortaiasa Sphrantzesa uciekł? Nie, był tam, przy żelaznym kotle stojącym na samym środku porfirowej posadzki; rozpalanie prymitywnego ogniska na tej doskonałej powierzchni samo w sobie było aktem zbezczeszczenia. Wokół kotła przepychała się bezładnie grupka ludzi; każdy próbował zanurzyć rękaw kaftana we wrzącej miksturze.

Obok leżały rozpłatane zwłoki; nagie, kobiece. Druidzkie rany na mieczu trybuna rozjarzyły się, ale Marek i bez tego wiedział, że ma do czynienia z czarami.

Walka nie była drobiazgowo zaplanowaną, starannie pokierowaną potyczką, z której Gajusz Filipus mógłby być dumny. Rzymianie z konieczności złamali szeregi, by przedrzeć się przez Wielką Bramę; wewnątrz walczyli to jeden na jednego, to trzech przeciw dwóm w szerokim centralnym przejściu i wokół wysokich kolumn z chłonącego światło bazaltu. Nagle spadł baldachim ze złotego i szkarłatnego jedwabiu, omotując garść wojowników swą drogocenną siecią.

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)