Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
Pływali nago w Emerelskim Oceanie, słodkowodnym pseudomorzu, które zajmowało większą część dwieście trzydziestego pierwszego i dwieście trzydziestego drugiego piętra. Woda była tu jaskrawozielona i krystalicznie czysta. Widzieli nawet sznury glonów, wijące się na dnie dwa piętra niżej. Pod świecącymi taflami woda iskrzyła się jasnym blaskiem, tworząc złudzenie słonecznego światła. W dolnych partiach oceanu pływały niewielkie ryby, a na powierzchni kołysały się wodorosty, przypominające wielkie grzyby z zielonego filcu.
Zjechali z rampy na silnikowych nartach. Po krótkiej, przyprawiającej o zawrót głowy jeździe po niskotarciowym plastiku dotarli z setnego piętra na pierwsze. Dirk dwukrotnie się przewrócił, lecz odbił się tylko od powierzchni i pędził dalej.
Zwiedzili bezgrawitacyjną salę gimnastyczną.
Zaglądali do ciemnych sal, zbudowanych dla tysięcy widzów, ale nie chcieli oglądać zarejestrowanych na holotaśmach przedstawień, które proponował im Głos.
Zjedli posiłek, pośpiesznie i bez apetytu, w kawiarni na chodniku tłocznego ongiś pasażu handlowego.
Zapuścili się do dżungli powykręcanych drzew i żółtego mchu, gdzie wszystkie odgłosy zwierząt odtwarzano z taśmy. Odbijały się one dziwnymi echami od ścian gorącego, parnego parku.
Na koniec, nadal niespokojni i podenerwowani, tylko w niewielkim stopniu ukojeni tymi wszystkimi widokami, kazali Głosowi zawieźć się z powrotem do pokoju. Dowiedzieli się od niego, że na zewnątrz nad Worlornem zapada już prawdziwy zmierzch.
Dirk stanął w wąskiej przestrzeni między łóżkiem a ścianą, a Gwen usiadła tuż za nim.
Ruark nie odpowiadał przez długi czas. Zbyt długi. Dirk zadał sobie z niepokojem pytanie, czy nie wydarzyło się coś strasznego. Ale w tej samej chwili, gdy o tym pomyślał, pulsujące niebieskie światło zgasło i ekran wypełniła pucołowata twarz kimdissiańskiego ekologa. Za jego plecami widać było opustoszałe, pokryte szarym całunem kurzu mieszkanie.
— I co? — zapytał Dirk, oglądając się na Gwen. Kobieta przygryzała wargę, a jej prawa dłoń spoczywała na bransolecie z nefrytu i srebra, którą nadal nosiła na lewym przedramieniu.
— Dirk? Gwen? Czy to wy? Nie widzę was, nie, mój ekran jest ciemny.
Jasne oczy Ruarka poruszały się niespokojnie, a jeszcze jaśniejsze włosy opadały mu w strąkach na czoło.
— Pewnie, że my — warknął Dirk. — Kto jeszcze połączyłby się z tym numerem?
— Nie widzę was — powtórzył Ruark.
— Arkin — odezwała się siedząca na łóżku Gwen. — Gdybyś nas zobaczył, dowiedziałbyś się, gdzie jesteśmy.
Ruark pokiwał głową. Leciutko zaznaczał mu się podwójny podbródek.
— Tak, nie pomyślałem, masz rację. Lepiej, żebym nie wiedział, tak.
— Pojedynek — przypomniał mu Dirk. — Dziś rano. Co się wydarzyło?
— Czy Jaanowi nic się nie stało? — zapytała Gwen.
— Nie było pojedynku — poinformował ich Ruark. Nadal poruszał nerwowo oczyma. Dirk pomyślał, że Kimdissianin pewnie szuka czegoś, na czym mógłby zatrzymać spojrzenie. A może bał się, że do pustego lokum za chwilę wpadną Kavalarzy. — Poszedłem zobaczyć, ale nie było pojedynku, czysta prawda.
Z ust Gwen wyrwało się słyszalne westchnienie.
— To znaczy, że nic się nikomu nie stało? Co z Jaanem?
— Jaantony jest cały i zdrowy, tak samo Garsey i Braithowie — zapewnił Ruark. — Nie było żadnego strzelania ani zabijania, ale kiedy Dirk się nie zjawił, żeby zginąć zgodnie z planem, wszyscy wpadli w szał, tak.
— Opowiedz mi o tym — zażądał cicho Dirk.
— Tak, no więc, z twojego powodu drugi pojedynek odłożono.
— Odłożono? — zapytała Gwen.
— Odłożono — powtórzył Ruark. — Będą walczyć, w tym samym trybie i tą samą bronią, ale nie teraz. Bretan Braith odwołał się do arbitra. Powiedział, że ma prawo najpierw zmierzyć się z Dirkiem, bo może zginąć w pojedynku z Jaanem i Garseyem, a wtedy jego spór z Dirkiem pozostanie nierozstrzygnięty. Zażądał, by drugi pojedynek odroczono do chwili odnalezienie zbiega. Arbiter na to przystał. Ten arbiter to było narzędzie Braithów, tak. Zgadzał się na wszystko, czego chciały te zwierzęta. Roseph high-Braith, tak go nazywali, złośliwy, mały człowieczek.
— A Ironjade’owie? — zainteresował się Dirk. — Jaan i Garse. Czy coś powiedzieli?
— Jaantony nie. Nic nie mówił, tylko stał zupełnie bez ruchu w swoim rogu kwadratu śmierci. Cała reszta biegała w kółko z głośnym wrzaskiem, jak to Kavalarzy. Nikt poza Jaanem nawet nie wszedł do kwadratu, ale on czekał tam i rozglądał się wokół, jakby się spodziewał, że pojedynek może się zacząć w każdej chwili. Za to Garsey bardzo się wściekł. Najpierw, kiedy się nie zjawiałeś, żartował sobie, że na pewno się pochorowałeś, a potem zrobił się na pewien czas bardzo zimny i milczący, cichy jak Jaan. Z czasem gniew chyba trochę mu przeszedł, bo wdał się w spór z Bretanem Braithem, arbitrem i tym drugim pojedynkowiczem, Chellem. Zeszli się wszyscy Braithowie, pewnie po to, by być świadkami. Nie wiedziałem, że mamy w Larteynie tak liczne towarzystwo, nie. To znaczy, teoretycznie wiedziałem, ale zobaczyć ich wszystkich na własne oczy to coś całkiem innego. Przyszło też dwóch Shanagate’ów, ale poeta Redsteel się nie zjawił, więc w sumie brakowało trojga: was i jego. Gdyby nie to, można by powiedzieć, że było to zebranie rady miejskiej w wyjściowych strojach — zakończył z chichotem.
— Wiesz, co się teraz stanie? — zapytał Dirk.
— Nie martw się — uspokoił go Ruark. — Ukryjecie się, a potem złapiecie statek, tak. Nie zdołają was wytropić. Musieliby sprawdzić całą planetę! Myślę, że Braithowie nawet nie będą was szukać. To prawda, że uznali cię za niby-człowieka. Bretan Braith tego zażądał, a jego partner ględził o starych tradycjach i inni Braithowie też, więc arbiter powiedział, tak, jeśli nie przyszedłeś na pojedynek, to znaczy, że nie jesteś prawdziwym człowiekiem. Dlatego może będą na ciebie polować, ale bez szczególnego zapału. Jesteś tylko kolejnym zwierzęciem do zabicia, takim samym jak każde inne.
— Niby-człowiek — rzekł głuchym tonem Dirk. To było dziwne, ale czuł się tak, jakby coś utracił.
— Dla Bretana Braitha i tamtych, tak. Myślę, że Garse bardziej będzie się starał cię znaleźć, ale on nie zamierza na ciebie polować jak na zwierzę. Poprzysiągł, że będziesz się pojedynkował, najpierw z Bretanem Braithem, a potem z nim albo może najpierw z nim.
— A co z Vikarym? — zapytał Dirk.
— Już ci mówiłem. Nie powiedział nic, zupełnie nic.
Gwen wstała z łóżka.
— Mówiłeś tylko o Dirku — zwróciła się do Ruarka. — A co ze mną?
— Z tobą? — Kimdissianin zatrzepotał powiekami jasnych oczu.
— Braithowie chcieli ciebie też uznać za niby-człowieka, ale Garse na to nie pozwolił. Oznajmił bardzo stanowczo, że wyzwie każdego, kto cię tknie. Roseph high-Braith ględził coś od rzeczy. Miał ochotę uznać cię za niby-człowieka, tak samo jak Dirka, ale Garsey był bardzo zły, a, jak rozumiem, kavalarscy pojedynkowicze mają prawo wyzwać arbitrów, którzy wydadzą niedobre decyzje, chociaż te decyzje nie przestają ich obowiązywać, tak jest. Tak więc, słodka Gwen, nadal jesteś chronioną betheyn i jeśli cię złapią, oddadzą cię tylko Ironjade’om. Oni cię potem ukarzą, ale to będzie kara Ironjade. Prawdę mówiąc, nie rozmawiali o tobie zbyt wiele. Znacznie więcej słów poświęcili Dirkowi. Jesteś tylko kobietą, hę? Gwen milczała.
— Skontaktujemy się z tobą za kilka dni — zapowiedział Dirk.
— Dirk, to musi być umówiony czas, tak? Nie siedzę bez przerwy w tej zakurzonej norze.