Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 87
Перейти на страницу:

Vimes stanowczym gestem zatrzasnął wieczko nad uśmiechniętym demonem.

— Nazwijmy to intuicją. Mam rację, prawda?

— Tak, sir! Weszła na pokład klatchiańskiego statku, a on już odpłynął! Nie wróciła!

— Po co tam wchodziła, u licha?

— Śledziliśmy Ahmeda! Wyglądało na to, że kogoś ze sobą zabiera, sir. Kogoś chorego!

— Odpłynął? Ale dyplomaci jeszcze…

Przerwał. Gdyby ktoś nie znał Marchewy, sytuacja musiałaby wydać się dziwna. Większość ludzi, kiedy obcy statek porywał im dziewczyny, zanurkowałaby w Ankh… lub przebiegła po skorupie na powierzchni, dostała się na pokład i rozpętała prawdziwe piekło na demokratycznych zasadach. Oczywiście, w takiej chwili byłoby to zachowanie głupie. Rozsądne podejście to zawiadomić innych, ale i tak…

Jednak Marchewa naprawdę wierzył, że osobiste nie jest tym samym co ważne. Oczywiście, Vimes również w to wierzył. Miał tylko nadzieję, że kiedy przyjdzie co do czego, zachowa się właściwie. Jednak ktoś, kto nie tylko wierzy, ale i żyje wedle tej zasady, wzbudzał lekki dreszcz. Było to tak niepokojące jak spotkanie z naprawdę ubogim kapłanem.

Oczywiście, należało też pamiętać, że jeśli ktoś schwytał Anguę, to prawdopodobnie nie jej trzeba spieszyć na ratunek.

Ale…

Bogowie tylko wiedzą, co się stanie, jeśli teraz odpłynie. Miasto ogarnął obłęd. Działy się wielkie rzeczy. W takiej chwili każda komórka jego ciała powtarzała, że komendant straży ma Obowiązki…

Zabębnił palcami po biurku. W takiej chwili najważniejsze jest podjęcie właściwej decyzji. Za to mu płacili. Obowiązki…

Powinien zostać tutaj i robić, co tylko możliwe…

Ale… Historia pełna jest kości dobrych ludzi, którzy wykonywali złe rozkazy w nadziei, że potrafią złagodzić cios. Oczywiście, mogli później postępować o wiele gorzej, ale większość problemów zaczynała się właśnie wtedy, kiedy postanawiali wypełniać złe rozkazy.

Przebiegł wzrokiem od Marchewy, przez De-terminarz, na rozsypujące się sterty papierów na biurku.

Niech to demony porwą! Jest łapaczem złodziei! Zawsze będzie łapaczem! Po co się oszukiwać?

— Niech mnie piekło pochłonie, jeśli pozwolę Ahmedowi uciec do Klatchu! — rzekł, wstając. — Szybki miał statek?

— Tak, ale wyglądał na mocno obciążony.

— Więc może uda się go doścignąć, nim odpłynie za daleko.

Kiedy ruszał do drzwi, przez ułamek sekundy doznał niezwykłego wrażenia, że jest dwoma ludźmi jednocześnie. A to dlatego, że przez krótki ułamek sekundy rzeczywiście był dwoma ludźmi jednocześnie. I obaj nazywali się Samuel Vimes.

Dla historii wybory to jedynie kierunki. Spodnie Czasu otworzyły się nagle i Vimes zaczął pędzić wzdłuż jednej nogawki.

A gdzie indziej Vimes, który podjął inną decyzję, zsunął się w inną przyszłość.

Obaj cofnęli się jeszcze, by zabrać swoje De-terminarze. I wskutek najbardziej niezwykłego z dziwacznych przypadków, całkiem wyjątkowego, w tym decydującym ułamku sekundy obaj chwycili te niewłaściwe.

Czasami lawina uzależniona jest od pojedynczego płatka śniegu. Czasami kamyk zyskuje szansę odkrycia, co mogłoby się stać, gdyby tylko odbił się w innym kierunku.

Magowie w Ankh-Morpork w kwestii druku i ruchomej czcionki prezentowali bardzo stanowczą postawę. Tutaj to się nie zdarzy, mówili. Przypuśćmy, dodawali, że ktoś wydrukuje księgę magiczną, potem rozsypie skład i wykorzysta czcionki na przykład do książki kucharskiej. Metal będzie pamiętał. Zaklęcia to nie tylko słowa, posiadają dodatkowe wymiary istnienia. Będziemy brodzić w gadających sufletach. Poza tym ktoś mógłby wydrukować tysiące takich magicznych ksiąg, z których wiele byłoby czytanych przez ludzi nieodpowiednich.

Gildia Grawerów także sprzeciwiała się drukarstwu. Jest coś czystego, twierdzili, w wygrawerowanej stronicy tekstu. Istnieje jako całość, nieskażona. Członkowie gildii potrafią wykonywać wszelkie prace po bardzo umiarkowanych cenach. Pozwolić ludziom bez kwalifikacji składać razem litery w metalu byłoby dowodem nieposzanowania słów i nic dobrego by z tego nie wynikło.

Jedyna próba założenia drukarni w Ankh-Morpork skończyła się tajemniczym pożarem i samobójczą śmiercią nieszczęsnego drukarza. Wszyscy wiedzieli, że to samobójstwo, gdyż zostawił list pożegnalny. Fakt, że list ten został wygrawerowany na główce szpilki, uznano za szczegół pozbawiony znaczenia.

Patrycjusz również był przeciwny drukowi, ponieważ jeśli ludzie za dużo wiedzą, budzi to w nich niepokój.

Dlatego mieszkańcy Ankh-Morpork opierali się na przekazach ustnych, które działały bardzo efektywnie, ponieważ owe usta znajdowały się bardzo blisko siebie. Wiele z nich tkwiło tuż poniżej nosów członków Gildii Żebraków[11] — obywateli powszechnie uważanych za w miarę godnych zaufania i dobrze poinformowanych. Niektórych ceniono bardzo wysoko ze względu na sprawozdania sportowe.

Lord Rust spoglądał z uwagą na Drętwego Michaela, mamrotacza II Stopnia.

— I co się działo potem?

Drętwy Michael podrapał się w przegub. Niedawno dostał awans, ponieważ wreszcie udało mu się zarazić oszpecającą, ale nieszkodliwą chorobą skóry.

— Pan Marchewa był tam ze dwie minuty, panie. A potem oni wszyscy wylecieli biegiem, tego, i potem…

— Co za „oni”? — przerwał mu Rust. Z trudem powstrzymał odruch, by także podrapać się w rękę.

— No, był Marchewa i Vimes, i krasnolud, i zombi, i wszyscy, panie. Pobiegli do doków, panie, a Vimes zobaczył kapitana Jenkinsa i powiedział…

— Ach, kapitan Jenkins! Dziś ma pan szczęśliwy dzień.

Kapitan uniósł głowę znad zwijanej właśnie liny. Nikt nie lubi, kiedy mu mówią, że ma dziś szczęśliwy dzień. Takie słowa nie wróżą nic dobrego. Kiedy ktoś tłumaczy, że to szczęśliwy dzień, za chwilę zdarzy się jakieś nieszczęście.

— Naprawdę? — zapytał.

— Tak, ponieważ zyskał pan niezrównaną okazję wspomożenia miasta w wysiłku wojennym!

— Zyskałem?

— A także do zademonstrowania patriotyzmu — dodał Marchewa.

— Także?

— Chcemy pożyczyć pański statek — wyjaśnił Vimes.

— Spływajcie stąd!

— Wolę wierzyć, że jest to jędrne marynarskie powiedzonko, oznaczające „Ależ oczywiście” — odparł Vimes. — Kapitanie Marchewa?

— Sir?

— Proszę wejść z Detrytusem na pokład i zajrzeć za fałszywą ściankę w ładowni.

— Tak jest. — Marchewa ruszył do trapu.

— Nie mam żadnej fałszywej ścianki w ładowni — burknął Jenkins. — I znam prawo! Nie możecie…

Spod pokładu rozległ się trzask pękającego drewna.

— Jeśli to nie była fałszywa ścianka, to nasz Marchewa wybił dziurę w burcie — stwierdził spokojnie Vimes, obserwując kapitana.

— Ee…

— Ja też znam prawo. — Dobył miecza. — Widzisz to? — Uniósł klingę. — To jest prawo wojenne. A prawo wojenne to miecz. Nie miecz obosieczny. Jest tylko jedno ostrze, skierowane w twoją stronę. Znalazłeś coś, Marchewa?

Marchewa wynurzył się z włazu ładowni. W ręku trzymał kuszę.

— Coś podobnego — zdziwił się Vimes. — To mi wygląda na Żmiję model 3, która zabija ludzi, ale nie narusza budynków.

— Są tego całe skrzynie — oznajmił Marchewa.

— Żadne prawo nie… — zaczął Jenkins, ale takim tonem, jakby z jego świata nagle odpadło dno.

— A wie pan, kapitanie, wydaje mi się, że owszem, jest prawo, które w czasie wojny zakazuje sprzedaży broni nieprzyjacielowi — powiedział Vimes. — Oczywiście, mogę się mylić. Wie pan co? — dodał z entuzjazmem. — Może przejdziemy się wszyscy na plac Sator. O tej porze jest tam pełno ludzi, a wszyscy bardzo chętni do wojny i do wiwatowania naszym dzielnym chłopcom… Może spróbujemy ich zapytać? Mówił pan niedawno, że powinienem słuchać głosu ludu. Dziwne, prawda? Spotyka się ludzi pojedynczo i wydają się całkiem przyzwoici, mają działające mózgi… A potem zbierają się razem i wtedy się słyszy głos ludu. I on warczy.

вернуться

11

Z wyjątkiem szczególnego przypadku Krzywego Sidneya, który otrzymywał z miejskiej kasy dwa dolary dziennie za noszenie worka na głowie. Nie chodzi o to, że miał jakoś spektakularnie zniekształconą twarz; po prostu każdego, kto go zobaczył, przez resztę dnia dręczyło irytujące uczucie, że chodzi głową w dół.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)