Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 116
Перейти на страницу:

— Jeśli ty nie możesz mi odpowiedzieć ani mnie nauczyć, to kto może?

Wzrusza ramionami.

— Ktoś z ludzi, być może. O ile takiego znajdziesz. Pójdź prosto na północ, przez las, a potem na wschód grzbietem góry. Znajdziesz chatę, w której mieszka wielki Pieśniarz. Bondswif Oba Niedźwiedzie. Ludzie przychodzą do niego z daleka po radę. Może on cię czegoś nauczy. Idź do niego i powiedz mu, że chcesz poznać pieśni. Może się zgodzi.

A kiedy się budzę, nie jestem pewien, czy rzeczywiście mówiłem z nią mową Wybrzeża Żagli, czy to tylko sen.

Dziewczęta kończą pomału szycie i zaczynają brać kolejne przymiarki. Zakładam buty, portki albo kaftan, a Sylga klęka obok z wielkimi, podobnymi do gwoździ szpilkami w ustach i wprowadza poprawki. Później jemy kolacje, wszystko w dziwacznej, napiętej atmosferze. Obie rozmawiają ze mną, usiłują żartować, lecz ich oczy szklą się od łez. Gdy odchodzą na chwilę albo odwracają głowę, widzę, że ukradkiem ocierają powieki. W powietrzu wisi nieokreślona, zapowiedziana żałoba.

Atmosfera jest taka, jakby ktoś zaraz miał tu umrzeć.

Potem w ciemnościach wśród futer na zmianę szlochają i wpijają się we mnie z rozpaczliwą namiętnością.

— Pamiętaj o nas... — słyszę szepty. — Jestem Sylga... Pamiętaj... To ja, Synnja... Pamiętaj o Synnji... Ona nadejdzie... Chce cię zabrać... Pamiętaj...

Zasypiam wśród tych szeptów. Bez majaków, ciężkim, twardym snem.

Budzi mnie światło. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Słabe, sine światło przedświtu lub mglistego poranka. Nie słyszę deszczu. Z zewnątrz dochodzi tylko krakanie.

Światło pada mi prosto na twarz. Otwieram oczy i widzę szare, ołowiane niebo.

Widzę je przez dziurę w dachu.

Przez wiele dziur. Dach wygląda jak rzeszoto. Spróchniałe gonty zwisają ze zmurszałych belek więźby, leżę wśród mchu, zgniłej słomy i sztywnych spleśniałych resztek futra.

I kości.

Mała, pożółkła czaszka szczerzy drobne zęby tuż obok mojej twarzy, patrzy w moją osłupiałą gębę dziurami oczodołów. Podrywam się jak oparzony, szkielet nogi przerzucony przez mój bok odpada, wszystko rozsypuje się z cichym, upiornym klekotem.

Z mojej dłoni wypada jabłko i toczy się po zarośniętej mchem polepie.

Ziemskie, czerwone jabłko, pachnące styryjskim słońcem.

Przez przerażający ułamek sekundy miotam się wśród żeber, kręgów i piszczeli, drobne kości dłoni rozsypują się na moim ramieniu.

Wyplątuję się ze spróchniałej pryczy i z wrzaskiem wyskakuję na zewnątrz, otrzepując się, jakby oblazło mnie robactwo.

Trwa to kilka chwil, zanim przestanę dygotać, dreptać w jakimś kretyńskim tańcu i dojdę do siebie. Odruchowo, zupełnie bez sensu usiłuję aktywować cyfrala. To tylko histeria.

* * *

Stał na niewielkim, zarośniętym paprociami podwórcu przed zawaloną, zrujnowaną chatą, przypominającą zdechłe zwierzę. Budynki gospodarcze po bokach znajdowały się w jeszcze gorszym stanie, oborę dawno temu strawił ogień, stodoła i stajnia zarazem wyglądała jakby wykorzystano ją jako ćwiczebny cel dla artylerii.

Solidną bramę w ostrokole najwyraźniej dawno temu rozwalono taranem, może porąbano toporami. Kawałek wrót wisiał na zawiasie, reszta w postaci zbutwiałych belek leżała wśród paproci albo przepadła.

Wyjście z szoku i przerażenia zabrało mu kilkanaście sekund. Potem stał jeszcze w osłupieniu, drżąc przez dobrą minutę. Wreszcie oprzytomniał. Stwierdził, że jest mu zimno.

A po kolejnej minucie wszedł z powrotem do chaty.

Wnętrze mimo wszystko wydawało się znajome. Te same prycze wzniesione z belek wzdłuż ścian pomiędzy drewnianymi filarami, to samo palenisko, obecnie porośnięte częściowo mchem, zimne i martwe.

Obmacał stare, zmienione już niemal w glebę węgle. Nad paleniskiem wisiał łańcuch z hakiem, na którym wieszano kociołek. Sam wieszał ten kociołek nie dalej niż wczoraj. Jednak hak był przerdzewiały, podobnie trzymające go ogniwa. Nikt tu nie palił ognia i to od dawna. Od lat albo przynajmniej od roku.

Łóżko, z którego wyskoczył, również od dawna nie służyło nikomu. Kości wymieszane ze strzępami skóry leżały w nieładzie, tak jak je rozrzucił, ale spomiędzy pałąków żeber wyrastało sobie młodziutkie drzewko. Samosiejka.

— Nawet jeśli przyszedłem tu w kompletnie obłędnym widzie — mruknął — i postanowiłem nocować w tej ruderze, w żadnym razie nie zdołałbym w taki sposób wplątać się w te szkielety.

Wszystko to wyglądało na kompletnie opuszczoną chatę. Nic nie wskazywało, że ktoś mieszkał tu tygodniami.

Przypomniał sobie o jabłku, ale nie mógł go znaleźć. Przepadło.

Znalazł natomiast ubranie. Nowe, świeżo uszyte i wygładzone, ułożone na ziemi, porządnie złożone w kostkę z butami na wierzchu, niczym do inspekcji. Spodnie, koszulę, kaftan, ciepły płaszcz z kapturem. Te same, które przymierzał jeszcze poprzedniego wieczoru. Poznawał ściegi, wzory, naszywane ornamenty. Dosłownie przed chwilą miał to w rękach.

Stał nad nimi i gapił się w osłupieniu, nie mogąc się zdecydować, w końcu westchnął i przyklęknął obok, wyciągając dłoń do buta. Pogładził płaszcz.

— Skąd od samego rana pojawia się u mnie przekonanie, że chyba nie panuję nad rzeczywistością? — zapytał sam siebie i postanowił się jednak ubrać.

Ostatnie, co pamiętał przed wieczną deszczową nocą, to śnieg, ból i zamazany, nieprzytomny widok łucznika stojącego w drzwiach strażnicy z napiętą cięciwą. Następnym obrazem, według jego wiedzy, powinny być napisy końcowe bądź bramy raju. Obmacał się, ale nie widział najmniejszego śladu strzały. W ogóle nie było żadnych kontuzji. Znikły siniaki i skaleczenia, nawet otarcia na stopach od niewygodnych łapci. W gruncie rzeczy czuł się bardzo dobrze. Przede wszystkim nie dokuczała mu już blizna po włóczni, co więcej, przybrała wygląd normalnej, ludzkiej blizny, a nie obrośniętego korą skaleczenia na pniu drzewa.

U stóp pryczy zobaczył jeszcze podpróchniałą skrzynię z rudymi ze starości, żelaznymi okuciami. Kawałkiem kija zgarnął imponujące pajęczyny, strzepnął grubą warstwę pyłu, otworzył i zobaczył w środku własne rzeczy. Te, które miał na sobie na przełęczy i w dolinie smoków. Wyglądały tak samo, lecz zarośnięta skrzynia sugerowała, że wsadzono je tu przed laty.

Wydobył skromny ekwipunek, ucieszył się na widok swojego wielkiego noża Nordland, uszkodzonego łuku w łubiach, a także fajki i resztki tytoniu. Metalizowany woreczek opakowania z precyzyjnymi napisami i rysunkami wydał mu się nagle obcy i dziwaczny. Zabrał wszystko i na dnie znalazł jeszcze stary miecz w pochwie i z pasem. Wyjął go, obejrzał krytycznie i uznał, że po oczyszczeniu popiołem i naostrzeniu ujdzie w tłoku. Nie umywał się wprawdzie do jego dawnego oręża, ale i tak był o niebo lepszy niż tandetne pałasze Ludzi Ognia, które wlókł ze sobą.

Przypomniał sobie nagle dziewczynę z przełęczy. Wyglądała jak Hatrun z jego majaków, lecz to niczego nie dowodziło.

Zapiął pas, zrolował stary, zdobyczny płaszcz, część szmat i gałganów po prostu wyrzucił. Przypasał miecz, narzucił na plecy nowy płaszcz z kapturem.

— Dziękuję, Sylgo — powiedział cicho, czując się dziwnie. W gardle czuł jakiś dziwny skurcz. — Dziękuję moja mała, słodka Synnjo... Obiecałem, że będę pamiętał. I nie zapomnę.

Odwrócił się i poszedł, nie spoglądając za siebie. Ostrożnie przeszedł przez rozbite przed laty wrota i po namyśle ruszył w stronę lasu.

Cyfral dopadła go natychmiast, gdy tylko wyszedł z zagrody i stanął na hali, bezskutecznie rozglądając się za słońcem.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)