Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Macnamara miał taką minę, jakby się wgryzał w cytrynę.
— A jeśli klient nie chce płacić stuprocentowych odsetek, zostaje zabity.
— Prawdopodobnie nie — odparła Sula po namyśle — chyba że będzie próbował oszukać Casimira. Wtedy on zapewne przejmie firmę i wszystkie aktywa i przekaże to innemu klientowi, a dłużnik zostanie na ulicy, obciążony długami. — Macnamara już chciał dyskutować, ale Sula powstrzymała go gestem. — Nie twierdzę, że to uosobienie cnoty. Robi wszystko dla pieniędzy i władzy. Krzywdzi ludzi. Ale w naszym systemie, gdzie parowie mają wszystkie pieniądze i całe prawo za sobą, potrzebni są tacy ludzie jak klika z Nabrzeża.
— Nie rozumiem — powiedział. — Jesteś parem, a wypowiadasz się przeciwko nim.
— Aaa, tam. — Wzruszyła ramionami. — Są tacy parowie, że w porównaniu z nimi Casimir to nieudolny amator.
Na przykład nieżyjący już lord i lady Sula.
Kazała ścianie wideo włączyć kamerę. Obejrzała się na ekranie. Włożyła zgnieciony aksamitny kapelusz i przekrzywiła go pod właściwym kątem. Tak, wygląda zawadiacko, jeśli nie zwraca się uwagi na jej przenikliwe, krytyczne spojrzenie.
— Idę z tobą — upierał się Macnamara. — Nie jest bezpiecznie na ulicach.
Sula westchnęła i postanowiła się poddać.
— Dobrze. Możesz iść za mną do klubu, sto kroków z tyłu, ale jak tylko wejdę do środka, nie chcę cię widzieć przez resztę wieczoru.
— Tak jest — odparł i dodał: — milady.
Zastanawiała się, czy opiekuńczość Macnamary nie jest w istocie zaborczością i czy nie kierują nim względy emocjonalne lub erotyczne.
Przypuszczała, że tak. Takie było jej doświadczenia z większością mężczyzn, więc dlaczego w przypadku Macnamary miałoby być inaczej?
Obym tylko nie musiała potraktować go surowo — pomyślała.
Jak posłuszny ciężkozbrojny duch podążał za nią mrocznymi ulicami do klubu przy Kociej. Żółte światło wylewało się z drzwi wraz z odgłosami muzyki, śmiechu i zapachem tytoniu. Sula rzuciła Macnamarze przez ramię ostrzegawcze spojrzenie: ani kroku dalej. Potem wskoczyła na schodek, na czarno-srebrne kafelki, i przechodząc przez drzwi, skinęła dwóm bramkarzom.
Casimir czekał w swoim gabinecie z dwoma innym osobami. Miał na sobie stalowoszarą jedwabną koszulę ze stojącym kołnierzem, który otaczał szyję warstwami materiału, dając brodzie dumne wsparcie, nogi w lśniących ciężkich butach oraz długi do kostek płaszcz z miękkiego czarnego materiału z wmontowanymi maleńkimi trójkątnymi lusterkami. W jednej ręce trzymał hebanową laskę zakończoną srebrnym pazurem obejmującym kulę z kryształu górskiego.
Uśmiechnął się i na powitanie wykonał skomplikowany ukłon. Laska przydała temu gestowi dziwnie dworskiego charakteru. Sula spojrzała na jego strój.
— Bardzo oryginalny — powiedziała.
— Projekty Chesko — wyjaśnił. — Za rok będzie wszystkich ubierać. — Zwrócił się do swoich dwóch znajomych. — To Julien i Veronika. Dołączą do nas, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
Julien był młodym mężczyzną o szpiczastym podbródku; Veronika, szczebiocząca blondynka ubrana w brokaty, miała na kostce łańcuszek z błyszczącymi kamieniami.
To ciekawe, że Casimir zaprosił jeszcze jedną parę, pomyślała Sula. Może chce mnie uspokoić, zapewnić, że nie będę całą noc przebywać sam na sam z drapieżcą.
— Miło mi państwa poznać. Mam na imię Gredel. Casimir strzelił dwa razy palcami i w ścianie rozwarł się panel, za którym znajdował się dobrze zaopatrzony bar. W butelkach o dziwnych kształtach stały bursztynowe, zielone i rubinowe płyny.
— Napijmy się przed kolacją — zaproponował Casimir.
— Ja nie piję, ale państwo… proszę bardzo — powiedziała Sula.
Casimir zatrzymał się w połowie drogi do baru.
— A może co innego? Haszysz lub…
— Proszę tylko o wodę gazowaną — odparła.
— Dobrze — powiedział po chwili wahania i podał jej ciężki kryształowy kielich napełniony wodą ze srebrnego kurka.
Zrobił drinki dla siebie i gości, po czym wszyscy usiedli w szerokich i bardzo miękkich fotelach. Sula usiłowała nie rozkładać się zbyt swobodnie.
Rozmawiano o muzyce, o autorach tekstów i kompozytorach, których Sula nie znała. Casimir kazał pokojowi grać różne utwory — lubił muzykę szarpaną, agresywną.
— A pani co lubi? — spytał Julien.
— Derivoo.
Veronika zachichotała, a Julien zrobił dziwną minę.
— Dla mnie jest zbyt intelektualna — powiedział.
— Wcale nie jest intelektualna — zaprotestowała Sula. — To czyste emocje.
— Wszystko dotyczy śmierci — zauważyła Veronika.
— A czemu nie? Śmierć to element uniwersalny. Wszyscy ludzie cierpią i umierają. Derivoo wcale tego nie ukrywa.
Zapadła krótka cisza i Sula uświadomiła sobie, że problem nieuchronności bólu i śmierci to chyba nie najlepszy temat na pierwszą rozmowę z tymi akurat osobami. Spojrzała na Casimira i w jego ciemnych oczach dostrzegła szelmowskie rozbawienie. Wziął laseczkę i wstał.
— Chodźmy. Weźcie swoje drinki, jeśli ktoś nie dopił.
W olbrzymiej limuzynie marki Victory lakier i tapicerka były w przynajmniej jedenastu odcieniach barwy morelowej. Z przodu siedzieli dwaj ochroniarze-Torminele; ich wielkie, zdolne do nocnego widzenia oczy znakomicie się sprawdzały w miejskich ciemnościach. Wnętrze restauracji wyłożono boazerią ze starego ciemnego drewna. Na stołach leżały świeżo uprasowane obrusy z gęstej tkaniny, na ozdobnych detalach z mosiądzu delikatnie igrało przygaszone światło. Przez misternie rzeźbiony drewniany parawan Sula widziała drugą salę, w której kilku Lai-ownów siedziało na specjalnie dostosowanych krzesłach, które podtrzymywały ich długie mostki.
Casimir wybrał kilka potraw z menu, ale starszy kelner, którego, krytyczna mina sugerowała, że widział w swoim życiu wielu takich jak Casimir, polecił co innego. Sula zamówiła jedno z dań zaproponowanych przez Casimira; stek ze strusia okazał się delikatny i wyborny, puree z bulw krekowych z truflami było nieco za tłuste, ale pełne rozmaitych smaków, które długo zostawały na podniebieniu.
Casimir i Julien zamawiali różne drinki, przystawki, desery, ścigając się w wydawaniu pieniędzy. Połowy dań nawet nie tknięto. Julien zachowywał się wylewnie i krzykliwie, a Casimir okazywał przebłyski sardonicznego humoru. Veronika, wybałuszając oczy jak stale zdziwione dziecko, prawie przez cały czas chichotała.
Z restauracji pojechali do klubu znajdującego się na szczycie wysokiego budynku w Grandview — w tej dzielnicy Sula miała kiedyś mieszkanie, które musiała wysadzić w powietrze wraz z oddziałem naksydzkiej policji w środku. Granitowa kopuła Wielkiego Azylu — najwyższy punkt Górnego Miasta — wznosiła się za szklanymi ścianami nad barem. Casimir i Julien znowu szastali pieniędzmi — kupowali drinki, dawali napiwki kelnerom, barmanom i muzykom. Nic nie wskazywało na to, żeby naksydzka okupacja szkodziła ich interesom.
Sula wiedziała, że obaj chcieli jejzaimponować. Ale nawet wiele lat temu, gdy była dziewczyną Kulasa, nie imponowało jej, gdy trwonił pieniądze, gdyż dobrze znała ich pochodzenie.
Większe wrażenie zrobił na niej Casimir w tańcu. Dłońmi o długich palcach obejmował ją łagodnie, choć pod tą łagodnością czuła solidne muskuły. Traktował ją z najwyższą uwagą, jego posępne ciemne oczy patrzyły w jej twarz, reagował ciałem na każdy jej ruch.
On myśli! — stwierdziła z zaskoczeniem Sula. To mogłoby wiele ułatwić. Albo przeciwnie — utrudnić. W każdym razie utrudniało przewidywanie.