Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Sula przypomniała sobie aresztowanie pod swoimi oknami. Czyżby to był rekieter gangu, wystawiony przez ludzi, na których chciał wymuszać ochronę?
— Ale czy ktoś taki jak Casimir nie kupuje sobie u policji nietykalności? — spytała.
Jeden-Krok uśmiechnął się i skinął głową.
— Piękna pani, znasz się na tych sprawach. Tak, policja chroni szefów klik i aresztuje gangsterów niższego szczebla: złodziejów, porywaczy, poborców haraczy, ale wtedy przestają płynąć pieniądze. W końcu Casimir nie będzie już mógł opłacać policji i trafi do Niebieskich Śluz, i zostanie rozstrzelany jako zakładnik, gdy podziemna armia zdetonuje bombę.
Z nieba zaczęły spadać grube, gorące krople deszczu. Jeden-Krok skrzywił się, gdy kropla trafiła go w oko. Sula, zamyślona, nie zwracała uwagi na deszcz.
Miała coś, czego potrzebował Casimir. Otwierały się przed nią liczne możliwości, jeśli tylko właściwie z nim pogra.
Potrzebowała jako próbek stosownych dokumentów, więc dopiero po dwóch dniach mogła złożyć Casimirowi propozycję. W tym czasie miały miejsce dwie eksplozje bombowe w różnych rejonach miasta; nikt przy tym nie zginął, ale wybuchy były na tyle silne, że Naksydzi nie mogli tego ukryć. Zabito pięćdziesięciu trzech zakładników.
Czekając na dokumenty, Sula wybrała się z Macnamarą i Spence do klubu na ulicę Kocią. W tym olbrzymim gmachu jedna orkiestra taneczna grała w głównej sali, a druga na niższym piętrze; były tam również obudowane szklanymi ścianami korty do gry w piłkę, długi łukowaty bar z czarnej ceramiki i srebrnego stopu oraz szeroki wybór rozrywek komputerowych. Kobiety w obwisłych pantalonach, noszące w kaburach na biodrach butelki, wędrowały od stolika do stolika i nalewały klientom drinki wprost do otwartych ust. Palenie było dozwolone i pod sufitem wisiała mgła dymu tytoniowego i haszyszu.
Sula zamówiła wodę gazowaną i z uśmiechem rozglądała się po klubie. Gredel spędziła wiele wieczorów w takich miejscach ze swym kochankiem Kulasem, który prowadził podobną działalność jak Casimir. Na Zanshaa nazywali ich członkami kliki, na Spannan — linkbojami. Byli młodzi, gdyż rzadko udawało im się dożyć późnego wieku przed spotkaniem z garotą czy karną zsyłką na farmę. Ojciec Gredel był linkbojem — uciekł, zanim go oskarżono, a jej matka spędziła wiele lat w rolniczej komunie, pokutując za postępki męża.
Gredel wyrosła w środowisku, gdzie musiała spotykać się z pewnymi ludźmi oraz podejmować pewne decyzje. Próbowała jednak nie popełniać błędów matki, tylko swoje własne.
Otoczyły ją odgłosy życia klubowego, muzyka, śmiech, elektroniczne krzyki. Dopiero niedawno osiągnęła dojrzałość — dwadzieścia trzy lata — ale klub przy ulicy Kociej wydawał jej się miejscem dla młodych. Odwoływano się tu do cielesności, erotycznego pożądania, oferowano rytm, towarzystwo, zapomnienie. To nudnawe dla terrorystki organizującej zamachy bombowe, w których giną ludzie.
Gdy wracała do domu, cuchnąc występkami innych ludzi, Jeden-Krok spojrzał na nią z wyrzutem.
— Jeden-Krok dałby ci lepszą rozrywkę.
— Jeden-Kroku… — zaczęła Sula i kichnęła. Nie była przyzwyczajona do zadymionych pomieszczeń. Postanowiła przed snem umyć głowę, a ubrania schować w szczelnej torbie, żeby nie czuć ich obrzydliwego zapachu.
— Jeden-Krok powinien pracować — powiedziała przez zatkany nos.
— Kiedy dostaniesz pieniądze od Casimira, może dasz jakąś pracę Jednemu-Krokowi.
— Może.
Musiała przyznać, że ten pomysł miał w sobie niezdrowy urok.
— Dziś wzięli kolejnych zakładników — powiedział Jeden-Krok. — Muszę zniknąć z ulicy.
Słusznie — pomyślała Sula.
— Zobaczę, co da się zrobić.
Cokolwiek by o nim powiedzieć, Jeden-Krok, z pewnością lepiej znał się na ludziach niż ona.
Na spotkanie z Casimirem ubrała się w wulgarnym stylu Nabrzeża: szeroki kołnierz bluzki wyłożony na sięgający do pasa żakiecik we fraktalowy wzór, spodnie-dzwony opadające na buty na platformach. Do tego tania plastikowo-ceramiczna biżuteria oraz wysoki aksamitny kapelusz, odpowiednio zgnieciony i z przypiętą z jednej strony złotą szpilką ze sztucznym diamentem wielkości orzecha.
Na Nabrzeżu panował spokój, chodniki promieniowały upałem dnia, jakby robiły długi gorący wydech. Ulice pocięte były cieniami budynków przedzielonymi pasami światła — kojarzyło się to z więziennymi kratami. Sula nie dostrzegła obecności Naksydów ani policji.
Wczesnym wieczorem w prawie pustym klubie przy ulicy Kociej tylko kilku gości piło drinki, zapewne w drodze z pracy do domu. Hostessa powiedziała Suli, że Casimira jeszcze nie ma. Usiadła więc przy stoliku pod ścianą, zamówiła wodę gazowaną i zmieniła blat stołu w ekran wideo. Obejrzała program informacyjny, w którym ten sam co zwykle lektor — Daimong o twarzy bez wyrazu — czytał te same co zwykle wieści o szczęśliwych osobach z różnych gatunków, które pracują wydajnie dla przyszłości pod władzą Naksydów.
Nie zauważyła wchodzącego Casimira, dopiero hostessa powiedziała jej, że przybył, i zaprowadziła ją na zaplecze klubu, pod drzwi z błyszczącej czarnej ceramiki. Sula spojrzała na swoje odbicie w lśniącej powierzchni i poprawiła kapelusz.
W środku było dwóch ochroniarzy — groźnych Tormineli o szarych futrach i białych kłach. A więc Casimir jest zdenerwowany.
Kulas nigdy nie miał ochroniarzy, zatrudnił ich tylko pod sam koniec, gdy ścigał go Legion Prawomyślności.
Ochroniarze obszukali ją — nic nie znaleźli, bo pistolet zostawiła w domu — i przeskanowali czarną poliwęglową pałeczką, szukając urządzeń podsłuchowych, po czym skierowali ją do drugich błyszczących drzwi.
Weszła do obszernego apartamentu urządzonego w czarno-białej tonacji: podłogę pokrywały romby czarnych i białych kafelków, a onyksowe kolumny podpierały imponujące romańskie łuki z białego marmuru, mające wyłącznie dekoracyjny charakter, gdyż niczego nie podtrzymywały. Fotele z miękkimi poduchami zachęcały do zajęcia wygodnej pozycji. Na ścianie wideo dającej podgląd wnętrza klubu jedna z kamer była wycelowana bezpośrednio na stolik, od którego Sula właśnie odeszła.
Casimir wstał od biurka, by ją powitać. Był młody, zaledwie parę lat starszy od niej. Miał zwyczajne rysy. Długie włosy sczesane znad czoła wiły się nad kołnierzem. Ubrany był w grafitową aksamitną marynarkę, pod nią jedwabną fioletową koszulę; lśniące czarne buty wystawały spod modnie rozszerzonych nogawek spodni. Blade, delikatne dłonie o kruchych przegubach złożył nieśmiało na piersiach, mocno splótł palce.
— Obserwował mnie pan? — spytała, skinąwszy na ekran. — Nie widziałem tu pani przedtem — odparł zadziwiająco głębokim, chropawym głosem, przypominającym gwałtowny spływ wody po kamieniach. — Byłem ciekaw.
Poczuła żar jego czarnych oczu i natychmiast zdała sobie sprawę, że czai się tutaj niebezpieczeństwo zagrażające może jej, może samemu Casimirowi, a może całemu światu. On sam chyba o tym nie wiedział.
— Jestem nowa — odparła. — Kilka miesięcy temu zjechałam z pierścienia.
— Szuka pani pracy? — Przechylił głowę, udając, że się jej przygląda. — Dla osoby tak atrakcyjnej jakaś praca się znajdzie.