Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
— Tak?
— To nie jest broń, jaką pan zwykle robi. Przeciwnie, chodzi o coś, co można złożyć bez większych kosztów z części, które łatwo można dostać.
Sidney parsknął, rozbawiony, ale po chwili zaczął się zastanawiać.
— Obrabiarki sterowane komputerowo potrafią wykonywać zadziwiające rzeczy, jeśli zostaną odpowiednio zaprogramowane.
— Przyznaję, że moje umiejętności programowania obrabiarek są ograniczone.
Sidney uśmiechnął się.
— Aktualnie mam dużo wolnego czasu. Pozwolę sobie zająć swój umysł tym zagadnieniem, a potem, panno… Lucy, prawda?
— Tak, Lucy.
— Jeśli pani zadzwoni do mnie za kilka dni, może będę coś dla pani miał.
— Fantastyczne! — powiedziała Spence, gdy odebrali pierwszą partię broni od Sidneya i wieźli ją do domu P.J., by złożyć ją w piwnicy. — Nie mogę uwierzyć, że dał nam to wszystko. I do tego amunicję!
— Prawda, że jest odważny? — spytał P.J. Przez godzinę nosił skrzynki w chmurze dymu z fajki Sidneya i teraz uśmiechał się bardziej głupkowato niż zwykle.
— Nie jest odważny — stwierdziła Sula. — Jest samobójcą.
Głupi uśmiech zniknął z twarzy P.J.
— Milady? To znaczy… Lucy, to znaczy… — Otwierał usta jak ryba, bezskutecznie szukając słów.
— Czy myślisz, że producenci nie zarejestrowali numerów seryjnych tych karabinów? A obowiązkowe testy balistyczne, które musi przejść każda sztuka broni, nim opuści fabrykę? Jak tylko użyjemy którejś z tych strzelb, Naksydzi znajdą ślad do Sidneya i powieszą go za żebra, żeby się dowiedzieć, komu to przekazał. A to zaprowadzi ich do ciebie, P.J.
P.J. zbladł.
— Och — powiedział tylko.
— Może Sidney ma nadzieję, że zabierze ze sobą kilku Naksydów. Może nie dba ani o siebie, ani o ciebie. Albo może sądzi, że uda mu się ukryć. Nie dowiemy się, jakie są jego zamiary, więc będziemy trzymać te karabiny u ciebie w piwnicy i nie użyjemy ich, dopóki nie będziemy mieli gwarancji, że Sidney jest bezpieczny.
Sula obserwowała drogę i Macnamarę, który jechał bardzo ostrożnie — dym haszyszu podziałał na niego tak samo, jak na pozostałych.
— Ponadto w stosunku do naszego pana Sidneya mam pewne plany, które się pokrzyżują, jeśli popełni samobójstwo.
Przed końcem dnia udało jej się namówić Sidneya, by otworzył sklep wyłącznie dla naksydzkiej klienteli.
— I tak tylko elita może sobie pozwolić na pana strzelby — stwierdziła.
Każda jednostka broni była obłożona podatkiem stu zenitów — to półroczne zarobki zwykłego człowieka. W ten sposób broń stała się niedostępną dla zwykłego konsumenta.
— Jeśli będzie pan zaopatrywał w broń nowych odbiorców, przejdzie pan przez ich systemy zabezpieczeń — kontynuowała.
Sidney uśmiechnął się ponuro.
— Przewiduje pani dla mnie rolę zabójcy?
— Nie, do tego mamy innych ludzi — odparła Sula, Mam nadzieję — pomyślała.
— Proszę pana natomiast o uważne obserwowanie jak jest z dostępem do nich, jacy strażnicy stoją i gdzie, jakie są procedury, wszystko, co mogłoby się przydać.
— Zgoda. Jak się z panią skontaktować?
Sula zawahała się. Przedtem odmówiła P.J. podania swoich namiarów w obawie, że mógłby ją przypadkowo zdradzić. Gdyby teraz w obecności P.J. podała te informacje Sidneyowi, mógłby się obrazić. Choć niezbyt się przejmowała uczuciami P.J., nie chciała go czymś zniechęcić.
— Później damy panu znać — powiedziała. — Tymczasem my będziemy się z panem kontaktować.
Na razie przekazała mu prosty zestaw sygnałów, jakiego używali z P.J. Słowa „pierwszorzędnie” miał użyć, gdyby pojawiło się jakiekolwiek zagrożenie ze strony Naksydów. Skinął głową z mądrą miną, choć pamiętając, ile haszyszu wypalił tego dnia, Sula miała pewne wątpliwości, czy Sidney potrafi zachować pion, a co dopiero zrozumieć instrukcję.
Była pewna, że wkrótce się o tym przekona.
Gdy wróciła do wspólnego mieszkania, sprawdziła jednostkę komunikacyjną Gredel, Casimir dzwonił trzy razy, proponując jej wieczorne wyjście. Sula długo, z rozkoszą pławiła się w wodzie z olejkiem bzowym i zastanawiała się nad odpowiedzią. Potem wyłączyła kamerę, by nie przekazywała obrazu jej twarzy, wzięła ręczny kom i oddzwoniła do Casimira.
— Niezły pomysł — powiedziała do ponurego oblicza. — Chyba że masz już inne palny.
Ponura mina zniknęła — Casimir wpatrywał się w displej mankietowy, próbując odnaleźć obraz.
— Czy to ty, Gredel? — spytał. — Dlaczego cię nie widzę?
— Jestem w wannie.
— Też wziąłbym kąpiel — powiedział z przebiegłą miną. — Może dołączę do ciebie?
— Spotkajmy się w klubie. Powiedz tylko, o której godzinie.
Umówili się.
Zdążę się jeszcze trochę pomoczyć, a potem przespać ze dwie godziny — pomyślała.
— Jak powinnam się ubrać?
— Wystarczy to, co masz teraz na sobie.
— Ha, ha. A to, co miałam ostatnio na sobie?
— Tak. Dobrze.
— Więc do zobaczenia.
Skończyła rozmowę i kazała kranom napełnić wannę gorącą wodą. Czujnik audio w łazience nie był zbyt dobry, więc musiała się pochylić i odkręcić kurek ręcznie. Woda napływała, para unosiła się i Sula zamknęła oczy; powoli odprężała się, wchłaniając zapach bzu.
W wyobraźni widziała czyste porcelanowe powierzchnie. Celadon, fajans, różowa Pompadour; głaskała palcami zapamiętaną krakelurę wazonu Yu-yao.
Dzień dobrze się zaczął. Pomyślała, że może być tylko lepiej.
Poprawiła żakiet, wychylając się przez okno. Kramarze zamykali stoiska albo już odjeżdżali małymi trójkołowymi pojazdami załadowanymi z tyłu towarem. Zarządzone przez Naksydów zaciemnienie — nie mówiąc o łapankach — bardzo źle wpływało na interesy; po zmroku na ulicach było mało ludzi.
— Powinienem pójść z tobą — upierał się Macnamara.
— Na randkę?
Wydął usta jak nadąsane dziecko.
— To niebezpieczne. Wiesz, kim on jest. Roztrzepała palcami czarne farbowane włosy.
— To zło konieczne. Wiem, jak z nim postępować.
Macnamara chrząknął pogardliwie. Sula spojrzała na Spence: siedziała na kanapie i udawała, że nic nie słyszy.
— To przestępca — rzekł Macnamara. — Z tego, co wiem, może być nawet zabójcą.
Najprawdopodobniej zabił znacznie mniej ludzi niż ja — pomyślała. Pamiętała pięć naksydzkich statków pod Magarią, zmienionych w płachty oślepiającego białego światła, ale postanowiła nie przypominać o tym Macnamarze.
Odwróciła się od okna i spojrzała na niego.
— Powiedzmy, że chcesz zacząć jakiś interes i nie masz pieniędzy. Co byś zrobił? — spytała.
Patrzył podejrzliwie, jakby był pewien, że wciąga go w pułapkę.
— Poszedłbym do szefa swojego klanu — odparł.
— A gdyby szef klanu ci nie pomógł?
— Zwróciłbym się do kogoś z klanu patronackiego. Na przykład do para.
Sula skinęła głową.
— A jeśli bratanek para prowadzi podobny interes i nie chce mieć konkurencji?
Macnamara znów zrobił nadąsaną minę.
— Nie poszedłbym do Małego Casimira, to pewne.
— Ty może byś nie poszedł, ale wielu ludzi zwraca się do takich jak on. I rozkręcają interesy, a Casimir proponuje im ochronę przed zemstą bratanka para i ich klanu. W zamian dostaje pięćdziesiąt albo sto procent odsetek od pożyczki i klient świadczy mu inne przysługi.