U martwych w Dallas
- Автор: Харрис Шарлин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «U martwych w Dallas». Краткое содержание книги:
Pewnego dnia Sookie znajduje na parkingu ciało zamordowanego kucharza z baru, w którym pracuje. Jakby tego było mało, zostaje śmiertelnie poraniona i otruta przez tajemnicza postać z mitów greckich. Na szczęście, pewne przyjacielsko usposobione wampiry wysysają jej zatrutą krew. Kiedy proszą ja o przysługę, Sookie wdzięczna za uratowanie życia nie odmawia. Wkrótce wykorzystuje swoje telepatyczne zdolności aby znaleźć wskazówkę co do zaginięcia pewnego wampira. Wkrótce, jednak Sookie zaczyna żałować swej decyzji…
Wtedy zobaczyłam, że Bill się na mnie gapi.
On i Portia byli w sektorze obok, nieco poniżej. Odwrócił się w naszą stronę i patrzył na mnie.
Gdybym to zaplanowała, nie mogłoby wyjść lepiej. To był fantastyczny moment w stylu „olać go”.
I ta chwila była zrujnowana.
Pragnęłam Billa.
Odwróciłam oczy i uśmiechnęłam się do JB, ale przez cały czas marzyłam o tym, żeby się spotkać z Billem pod trybunami i uprawiać z nim seks tu i teraz. Chciałam, żeby zdjął moje spodnie i znalazł się za mną. Chciałam, żeby sprawił, że zacznę jęczeć.
Byłam sobą tak zdziwiona, że nie wiedziałam, co zrobić. Czułam, że się rumienię. Nie mogłam nawet udawać, że się uśmiecham.
Po chwili uznałam, że to było prawie zabawne. Wychowano mnie konserwatywnie, biorąc pod uwagę moje „inwalidztwo”. Naturalnie, szybko odkryłam parę prawd o życiu, w końcu umiałam czytać w myślach (a jako dziecko nie byłam w stanie tego kontrolować). Zawsze uważałam, że seks jest interesujący, ale dzięki temu samemu „inwalidztwu” zdobyłam o nim tyle teoretycznych informacji, że nie garnęłam się do zamiany teorii w praktykę. W końcu ciężko się zaangażować w seks, kiedy wie się, że twój partner marzy o tym, że jesteś na przykład Tarą Thorton, albo kiedy ma nadzieję, że to ty pamiętałaś o kupieniu prezerwatywy, albo kiedy krytykuje jakąś część twojego ciała. Żeby seks był udany, trzeba się skoncentrować na tym, co partner robi, a nie na tym, co myśli.
Jeśli chodzi o Billa, nie słyszałam ani jednej jego myśli. Był też doświadczony, łagodny i skupiony na tym, żeby było nam dobrze. Wyglądało na to, że byłam takim samym śmieciem jak Hugo.
Przez resztę gry siedziałam, uśmiechając się i kiwając głową, kiedy było to wymagane, starając się nie patrzeć w dół. Kiedy minęła połowa, odkryłam, że nie słyszałam ani jednej piosenki z tych, które grał zespół. Nie zauważyłam też kuzyna Tary, który coś tańczył. Po tym, jak Jastrzębie z Bon Temps wygrały dwadzieścia osiem do osiemnastu, tłum ruszył w kierunku parkingu. Zgodziłam się odwieźć JB do domu. Eggs wytrzeźwiał nieco, więc byłam pewna, że on i Tara dadzą sobie radę; ku mojej uldze, to Tara siedziała za kierownicą.
JB mieszkał na obrzeżach miasta, w większym kompleksie domów. Uroczo zaprosił mnie do środka, ale powiedziałam, że muszę wracać do domu. Przytuliłam go i poleciłam, by zadzwonił do doktor Sonntag. Nadal nie znałam jej imienia. Obiecał, że tak zrobi, ale z JB nigdy nie wiadomo.
Potem musiałam zatrzymać się na jedynej otwartej stacji benzynowej, gdzie rozmawiałam z kuzynem Arlene, Derrickiem (który był na tyle odważny, by wziąć nocną zmianę), więc wróciłam do domu później, niż planowałam.
Kiedy otworzyłam drzwi, z ciemności wyłonił się Bill. Bez słowa chwycił mnie za rękę i odwrócił w swoją stronę, a potem pocałował. Chwilę później opieraliśmy się o futrynę, a jego ciało rytmicznie napierało na moje. Jedną ręką sięgnęłam za siebie, żeby zamknąć drzwi i klucz w końcu obrócił się w zamku. Przeszliśmy do salonu i odwrócił mnie w stronę kanapy. Chwyciłam się jej, a on, tak jak marzyłam, ściągnął moje spodnie i we mnie wszedł.
Z mojego gardła dobył się ochrypły dźwięk, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. Bill wydawał z siebie dźwięki, jakby był jakimś jaskiniowcem. Nie sądziłam, że byłabym w stanie coś powiedzieć. Włożył mi ręce pod sweter i rozdarł stanik na dwie połówki. Był nieustępliwy. Prawie zemdlałam, kiedy pierwszy raz doszłam.
– Nie – warknął, gdy zaczęłam słabnąć, i nie przestawał się poruszać.
Potem przyspieszył, aż byłam bliska płaczu, podarł mój sweter, a jego kły odnalazły moje ramię. Wydał z siebie głęboki, przejmujący dźwięk, a potem, po długich sekundach, wszystko ustało.
Sapałam, jakbym przebiegła milę, on też drżał. Nie zadał sobie nawet trudu powtórnego zapinania swoich ubrań. Odwrócił mnie przodem i oparł głowę na moim ramieniu, żeby polizać małą ranę. Kiedy przestała krwawić i zaczął się proces leczenia, rozebrał mnie bardzo powoli. Całował całe moje ciało.
– Śmierdzisz nim – to jedyne, co powiedział. Zajął się pozbywaniem tego zapachu i zastępowaniem go własnym.
Później znaleźliśmy się w sypialni i przez chwilę, zanim znów mnie pocałował, cieszyłam się, że rano zmieniłam pościel.
Jeśli do tej pory miałam jakieś wątpliwości, teraz się rozwiały. Nie sypiał z Portią Bellefleur. Nie wiedziałam, o co w tym wszystkim chodziło, ale nie tworzyli prawdziwej pary.
Jego ręce wślizgnęły się pode mnie i przycisnęły mnie do niego tak blisko, jak tylko się dało; wodził nosem po mojej szyi, dotykał bioder, wodził palcami po udach, całował zgięcia kolan. Zdawało się, że się we mnie kąpie.
– Rozszerz dla mnie nogi, Sookie – szepnął mrocznym, chłodnym głosem, a ja posłuchałam.
Znów był gotów i był przy tym brutalny, jakby chciał coś udowodnić.
– Bądź delikatny – powiedziałam, odzywając się po raz pierwszy.
– Nie mogę. Minęło zbyt dużo czasu. Następnym razem będę, przysięgam – odpowiedział, wodząc językiem po krzywiźnie mojej szczęki. Jego kły zanurzyły się w mojej szyi. Kły, język, usta, palce, męskość; miałam wrażenie, jakbym kochała się z Diabłem Tasmańskim. Był wszędzie i wszędzie w pośpiechu.
Kiedy wszystko się uspokoiło, byłam zmęczona. Ułożył się przy moim boku, z jedną nogą zarzuconą na moje i ręką w poprzek mojej klatki piersiowej. Z równym powodzeniem mógłby przynieść żelazne pręty, które kiedyś służyły do zneczania bydła, i mnie nimi oznaczyć, ale nie byłoby to dla mnie tak zabawne.
– Wszystko w porządku? – wymamrotał.
– Poza tym, że chyba kilka razy zderzyłam się ze ścianą z cegieł – powiedziałam niewyraźnie.
Oboje na chwilę usnęliśmy, ale Bill obudził się pierwszy – jak zwykle nocą.
– Sookie – powiedział cicho. – Kochanie. Obudź się.
– Oo… – zaczęłam, powoli przytomniejąc.
Po raz pierwszy od tygodni obudziłam się z mglistym przekonaniem, że wszystko na świecie jest w porządku. Z rosnącym niepokojem odkryłam jednak, że nic nie jest tak, jak być powinno.
Otworzyłam oczy i spojrzałam w twarz Billa, znajdującą się tuż nad moją.
– Musimy porozmawiać – powiedział, odgarniając włosy z mojej twarzy.
– Zatem mów.
Byłam już obudzona. Nie żałowałam seksu, tylko tego, że będziemy teraz musieli omówić nasze spawy.
– Poniosło mnie w Dallas – powiedział natychmiast. – Wampiry tak mają, kiedy okazja do polowania pojawia się sama. Zaatakowali nas. Mieliśmy prawo zapolować na tych, którzy chcieli nas zabić.
– To powrót do dni bezprawia – stwierdziłam.
– Ale wampiry polują, Sookie. Taka jest nasza natura – powiedział bardzo poważnie. – Jak pantery, jak wilki. Nie jesteśmy ludźmi. Możemy udawać, że jest inaczej, kiedy chcemy żyć wśród ludzi… w waszym społeczeństwie. Możemy czasem pamiętać, jak to było znajdować się wśród was, być jednym z was. Ale nie należymy już do tej samej rasy. Nie jesteśmy ulepieni z tej samej gliny.
Zastanowiłam się nad tym. Powtarzał mi to wciąż i wciąż, różnymi słowami, odkąd tylko zaczęliśmy się spotykać. Albo kiedy on zaczął widywać się ze mną, a ja nie wiedziałam jeszcze o nim nic. Nieważne, jak często myślałam, że pogodziłam się z jego innością, zdawałam sobie sprawę, że oczekuję, że będzie się zachowywał jak JB du Rone czy Jason, czy pastor z mojego kościoła.
– Chyba w końcu to do mnie dociera – powiedziałam. – Ale musisz zrozumieć, że czasami te różnice mogą mi się nie podobać. Czasami mogę potrzebować czasu, żeby ochłonąć. Ale chcę spróbować. Naprawdę cię kocham.
Gdy obiecałam, że podejmę próbę wypracowania kompromisu, przypomniał mi się mój własny żal. Chwyciłam jego rękę i przetoczyliśmy się tak, że teraz to ja mogłam patrzeć na niego z góry. Spojrzałam mu prosto w oczy.