U martwych w Dallas
- Автор: Харрис Шарлин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «U martwych w Dallas». Краткое содержание книги:
Pewnego dnia Sookie znajduje na parkingu ciało zamordowanego kucharza z baru, w którym pracuje. Jakby tego było mało, zostaje śmiertelnie poraniona i otruta przez tajemnicza postać z mitów greckich. Na szczęście, pewne przyjacielsko usposobione wampiry wysysają jej zatrutą krew. Kiedy proszą ja o przysługę, Sookie wdzięczna za uratowanie życia nie odmawia. Wkrótce wykorzystuje swoje telepatyczne zdolności aby znaleźć wskazówkę co do zaginięcia pewnego wampira. Wkrótce, jednak Sookie zaczyna żałować swej decyzji…
Miał rację. Rodzina Liz często przesadzała ze swoją obsesją niepożyczania niczego innym i od innych.
– Trzeba by nad tobą popracować, bracie – powiedziałam, koncentrując się raczej na jego pierwszej wypowiedzi, niż na uwadze o Liz. – Jest tylu ludzi gorszych od gejów.
– Na przykład?
– Złodzieje, zdrajcy, mordercy, gwałciciele…
– Okej, okej, rozumiem.
– Mam nadzieję – stwierdziłam. Te nasze różnice poglądów doprowadzały mnie czasem na skraj rozpaczy, ale i tak kochałam Jasona; był wszystkim, co mi pozostało.
Tej samej nocy widziałam Billa i Portię. Zauważyłam ich w samochodzie Billa, kiedy jechali przez Claiborne Street. Portia obróciła głowę w stronę Billa, mówiąc coś do niego; on patrzył przed siebie, z twarzą bez wyrazu, przynajmniej o ile mogłam stwierdzić. Nie widzieli mnie. Wracałam od bankomatu, byłam w drodze do pracy.
Słyszenie o czymś i zobaczenie tego na własne oczy to dwie zupełnie różne sprawy. Poczułam przytłaczającą falę gniewu; rozumiałam, jak Bill się czuł, kiedy widział, że jego przyjaciele umierają. Chciałam kogoś zabić. Nie byłam tylko pewna kogo.
Andy był tego wieczoru w barze, siedział w części sali, którą zajmowała się Arlene. Byłam z tego powodu zadowolona, bo Andy źle wyglądał. Był nieogolony i miał zmięte ubranie. Kiedy wychodził, podszedł do mnie i mogłam wyczuć, że trochę wypił.
– Zabierz go z powrotem – powiedział. Jego głos był ochrypły od gniewu. – Zabierz z powrotem tego cholernego wampira, żeby odczepił się od mojej siostry.
Nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Po prostu się na niego gapiłam, póki nie wyszedł z baru. Przeszło mi przez myśl, że ludzie nie byliby tak zaskoczeni, gdyby usłyszeli o zwłokach w jego samochodzie teraz, a nie kilka tygodni temu.
Następnej nocy, kiedy miałam wolne, ochłodziło się. To był piątek i nagle miałam dość samotności. Zdecydowałam się pójść na licealny mecz; to była rozrywka całego Bon Temps, a o meczach zwykło się rozmawiać w poniedziałek rano w każdym sklepie. Relacja ze spotkania jest wyświetlana dwukrotnie w lokalnej telewizji, a grający traktowani są jak arystokracja.
Na meczu nie można wyglądać niechlujnie.
Zebrałam włosy z czoła elastyczną gumką, a resztę potraktowałam lokówką, więc loki opadały mi na ramiona. Moje zranienia zniknęły. Umalowałam się dokładnie, użyłam nawet konturówki do ust. Założyłam czarne, bawełniane spodnie i czarno-czerwony sweter, a do tego czarne, skórzane botki, złote kolczyki i czerwono-czarną kokardkę, żeby ukryć gumkę we włosach. (Tak, zgadnijmy, jakie są barwy szkoły.)
– Całkiem nieźle – powiedziałam, przeglądając się w lustrze. – Całkiem cholernie nieźle.
Wzięłam czarną kurtkę i torebkę, po czym pojechałam do miasta.
Na trybunach zauważyłam wiele znajomych twarzy. Sporo osób mnie wołało, sporo ludzi powiedziało, że ślicznie wyglądam, ale… czułam się nieszczęśliwa. Jak tylko zdałam sobie z tego sprawę, przywołałam na twarz sztuczny uśmiech i rozejrzałam się za kimś, z kim mogłabym usiąść.
– Sookie! Sookie! – Tara Thornton, jedna z niewielu moich przyjaciółek z czasów liceum, wołała do mnie z trybun.
Wykonała rozpaczliwie zapraszający gest. Uśmiechnęłam się do niej. Ruszyłam w jej kierunku, po drodze zatrzymując się, by porozmawiać z kilkoma osobami. Mike Spencer, właściciel domu pogrzebowego, był tam w swoich ulubionych ubraniach w kowbojskim stylu; widziałam też przyjaciółkę babci, Maxine Fortenberry i jej wnuka, Hoyta, który był przyjacielem Jasona. Zauważyłam także Sida Matta Lancastera, prawnika, z żoną.
Tara siedziała ze swoim narzeczonym, Benedictem Tallie, który, niestety, zawsze był nazywany „Eggs”. Był z nimi też najlepszy kumpel Benedicta, JB du Rone. Kiedy zobaczyłam JB, mój nastrój się poprawił, skoczyło też moje libido. JB był tak uroczy, że mógłby pozować na okładkę romansu. Niestety, nie był zbyt mądry, co okryłam na naszej randce. Z zadowoleniem stwierdziłam, że przy JB nie muszę aż tak osłaniać swojego umysłu, bo praktycznie nie myślał.
– Hej, jak leci?
– Jest super! – powiedziała Tara z miną typowej imprezowiczki. – Co u ciebie? Nie widziałyśmy się tak dawno!
Jej ciemne włosy były krótko przycięte, a na ustach miała ogniście czerwoną szminkę. Na szyi zawiązała biało-czarno-czerwony szalik, żeby podkreślić ducha drużynowego. Razem z Eggsem mieli jeden z tych plastikowych kubeczków, które sprzedaje się na stadionach. Zawartość kubeczka niewątpliwie była alkoholem; nawet z miejsca, w którym stałam, czułam bourbon.
– Przesuń się, JB, też chciałabym usiąść – powiedziałam z uśmiechem.
– Jasne, Sookie – odpowiedział.
Wyglądał na zadowolonego, że mnie widzi. Na tym polegał urok JB. Do innych jego zalet można zaliczyć perłowobiałe zęby, idealnie prosty nos, męską i przystojną twarz, która powodowała, że chciało się wyciągnąć ręce i głaskać go po policzkach, szerokie barki i szczupłą talię. Może nie tak szczupłą jak dawniej… Ale, co ważne, JB był człowiekiem. To było ważne.
Usiadłam między JB i Eggsem, a Eggs zwrócił się do mnie z niedbałym uśmiechem:
– Chcesz się napić, Sookie?
Jestem ostrożna z alkoholem, skoro na co dzień widzę rezultaty nadmiernego spożycia.
– Nie, dzięki – powiedziałam. – Co u ciebie, Eggs?
– Dobrze – stwierdził po namyśle.
Wypił więcej niż Tara. Wypił za dużo.
Rozmawialiśmy o wspólnych przyjaciołach i znajomych, póki nie rozpoczęła się gra – potem to mecz był głównym tematem rozmowy. W pamięci mieszkańców Bon Temps były wszystkie mecze, które zostały rozegrane przez ostatnie piętnaście lat, i tocząca się właśnie gra, była z nimi ciągle porównywana, a ci gracze – do innych. Właściwie mogłam miło spędzać czas, skoro moja mentalna bariera była na tyle wyćwiczona, że byłam w stanie udawać, że ludzie mają na myśli dokładnie to, co mówią, bo ich prawdziwych myśli po prostu nie słuchałam.
JB przesunął się bliżej, komplementował moje włosy i figurę. Matka JB nauczyła go wcześniej, że docenione kobiety są szczęśliwsze, i to była filozofia, której się trzymał.
– Pamiętasz tę lekarkę ze szpitala, Sookie? – zapytał nagle w czasie drugiej ćwiartki.
– Tak. Doktor Sonntag. Wdowa.
Była za młoda, żeby być wdową i za młoda, żeby być lekarzem. To ja poznałam ją z JB.
– Spotykaliśmy się przez jakiś czas. Ja i lekarka – powiedział z zachwytem.
– To świetnie.
Przynajmniej taką miałam nadzieję. Doktor Sonntag mogła skorzystać z tego, co JB oferował, a on sam potrzebował… cóż, potrzebował kogoś, kto by się nim zajął.
– Ale przeniosła się z powrotem do Baton Rouge – dodał zbolałym głosem. – Chyba mi jej brakuje.
System opieki zdrowotnej wykupił nasz szpital i lekarze udzielający pomocy w nagłych wypadkach byli sprowadzani w ostateczności na okres czterech miesięcy.
Jego ręka otoczyła moje ramiona.
– Ale to wspaniale znów cię widzieć – zapewnił mnie.
To było miłe.
– JB, mógłbyś pojechać do Baton Rouge, żeby się z nią zobaczyć – zasugerowałam. – Czemu tego nie zrobisz?
– Jest lekarką, nie ma dużo czasu.
– Znajdzie go dla ciebie.
– Tak sądzisz?
– Chyba że jest totalną idiotką – powiedziałam.
– Mógłbym to zrobić. Rozmawiałem z nią wczoraj przez telefon. Mówiła, że żałuje, że mnie tam nie ma.
– To była spora podpowiedź, JB.
– Myślisz?
– Tak.
Wyglądał radośniej
– Więc jutro pojadę do Baton Rouge – stwierdził i pocałował mnie w policzek. – Poprawiłaś mi nastrój, Sookie.
– Cóż, nawzajem, JB.
Cmoknęłam go lekko w wargi.