Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Abdikadir powiedział:
— I jedyny sygnał, jaki odebraliśmy, pochodził stąd. — Wskazał Babilon. — Jest to dla nas z pewnością największa szansa, by ustalić, co się przydarzyło nam i całemu światu. — Wszystko to przetłumaczono Aleksandrowi.
Babilon potrącił właściwą strunę. Od wielu dni nie było żadnych wiadomości z Macedonii ani znikąd indziej poza doliną Indusu, do Brytyjczyków również nie dotarła żadna wiadomość z ich własnej epoki. Pojawił się problem, gdzie mają się zatrzymać, jeżeli nie dochodziły żadne wiadomości. Aleksander zawsze miał zamiar uczynić Babilon stolicą imperium, które sięgałoby od Morza Śródziemnego do Indii i które przecinałyby szlaki wodne. Może nawet teraz marzenie to dałoby się urzeczywistnić, dysponując środkami, jakie Król miał pod ręką, nawet jeżeli reszta świata, jaki znał, znikła.
Z tych wszystkich powodów najlepsza droga wydawała się oczywista. Kiedy osiągnięto porozumienie, Ruddy był podekscytowany.
— Babilon! Na Boga, dokąd to wszystko nas zaprowadzi? Zebrani wkrótce zajęli się szczegółowymi zagadnieniami związanymi z terminami i logistyką. Na zewnątrz zapadał zmrok, krążący wokół służący nieustannie przynosili wino i zgromadzenie powoli stawało się coraz bardziej hałaśliwe.
Kiedy udało im się wyrwać od Macedończyków, Josh, Abdikadir, Ruddy i Bisesa zebrali się, żeby porozmawiać.
Bisesa powiedziała:
— Musimy zostawić jakiś znak dla Sabie i Koli, na wypadek gdyby tutaj dotarli. — Rozważali takie znaki jak ułożone na ziemi wielkie kamienne strzałki, kopce zawierające wiadomość, czy nawet zostawienie radia dla zagubionych kosmonautów.
— A cieszycie się — spytał Abdikadir — że składamy nasz los w ręce Aleksandra i jego drużyny?
— Tak — od razu odpowiedział Ruddy. — Arystoteles nauczył tych ludzi otwartości serca i umysłu oraz zaszczepił im ciekawość świata. Droga Aleksandra stanowiła w równej mierze eksplorację, co wyprawę dla uzyskania zdobyczy terytorialnych…
— Kapitan Cook z armią liczącą pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy — zadumał się Abdikadir.
— I z pewnością — ciągnął Ruddy — to właśnie ta otwartość umożliwiła im przyjęcie zwyczajów nieznanych ludów. I dzięki temu zjednoczenie imperium, które gdyby nie przedwczesna śmierć Aleksandra, mogło trwać przez całe stulecia i posunąć naprzód cywilizację o tysiąc lat.
— Ale tutaj — powiedział Josh — Aleksander wciąż żyje…
Bisesa zdawała sobie sprawę, że Aleksander ich obserwuje. Odchylił się do tyłu i coś szeptał do eunucha, a ona zastanawiała się, czy usłyszał, co mówili.
Ruddy dokończył:
— Nie przychodzi mi do głowy żadne wspanialsze dziedzictwo niż ustanowienie „Imperium Brytyjskiego” w Azji i Europie ponad dwa tysiące lat przed jego powstaniem!
— Ale imperium Aleksandra — powiedział Josh — nie miało nic wspólnego z demokracją czy wartościami wyznawanymi przez Greków. Popełniał czyny potworne, na przykład spalił Persepolis. Płacił za każdy etap swojej niekończącej się kampanii łupami zdobytymi podczas poprzedniego. I nie liczył się z niczyim życiem. Według niektórych źródeł jest odpowiedzialny za śmierć siedmiuset pięćdziesięciu tysięcy ludzi.
— Był człowiekiem swojej epoki — powiedział Ruddy, poważny i cyniczny, jak gdyby w rzeczywistości był dwa razy starszy. — Czego moglibyście oczekiwać? W tym świecie źródłem ładu było jedynie imperium. W granicach imperium istniała kultura, porządek i szansa rozwoju cywilizacji. A poza nim byli tylko barbarzyńcy i chaos. Nie było innych sposobów rządzenia! Jego osiągnięcia przetrwały, nawet gdy już nie było imperium. Rozpowszechnił grecki język od Aleksandrii aż po Syrię. Kiedy Rzymianie przedarli się na wschód, napotkali nie barbarzyńców, lecz ludy mówiące po grecku. Gdyby nie owo greckie dziedzictwo, chrześcijaństwo przeżywałoby ciężkie chwile, rozprzestrzeniając się poza granice Judei.
— Być może — powiedział Abdikadir, szczerząc zęby w uśmiechu. — Ale słuchaj, Kipling, ja nie jestem chrześcijaninem!
Dołączył do nich kapitan Grove.
— Myślę, że załatwiliśmy sprawę — powiedział cicho. — Strasznie się cieszę, że tak szybko doszliśmy do porozumienia i to niezwykłe, jak wiele mamy ze sobą wspólnego. Przypuszczam, że w ciągu dwóch tysięcy lat nic o charakterze zasadniczym nie uległo zmianie, jeśli chodzi o rozmieszczenie armii… Ale słuchajcie. Myślę, że to zebranie trochę zaczyna się wyradzać. Słyszałem o Aleksandrze i jego rozpasaniu — powiedział z żałosnym uśmiechem — i chociaż raczej nie przywiązuję do tego wagi, myślę, że byłoby rozsądne, gdybym tu został i dowiedział się czegoś więcej od tych facetów. Nie przejmujcie się, potrafię dać sobie radę! Moi chłopcy też tu zostaną, ale jeżeli chcecie się wymknąć…
Bisesa skorzystała z wymówki. Ruddy i Josh także postanowili odejść, choć Ruddy oglądał się z zazdrością, widząc połyskujące wnętrze królewskiego namiotu, gdzie właśnie zaczynała tańczyć młoda kobieta o apetycznie zaokrąglonych kształtach, którą okrywała jedynie sięgająca do ziemi przezroczysta chusta.
Na zewnątrz namiotu Bisesa spotkała Filipa, greckiego lekarza Aleksandra, który tu na nią czekał. Bisesa pośpiesznie wezwała de Morgana. Faktor był już na poły pijany, ale mimo to był w stanie tłumaczyć.
Filip powiedział:
— Król wie, że rozmawialiście o jego śmierci.
— Och, bardzo mi przykro.
— I pragnie, abyś mu powiedziała, jak umrze. Bisesa zawahała się.
— Żyje wśród nas pewna legenda. Opowieść o tym, co go spotkało…
— Wkrótce umrze — wyszeptał Filip.
— Tak. Tak będzie.
— Gdzie?
Znowu się zawahała.
— W Babilonie.
— Więc umrze młodo, tak jak Achilles, jego bożyszcze. Tak jak Aleksander! — Filip zerknął na królewski namiot, gdzie sądząc po hałasie, hulanka szła pełną parą. Wyglądał na zaniepokojonego, ale zarazem zrezygnowanego. — No cóż, to żadna niespodzianka. Kiedy walczy, pije za dziesięciu. I omal nie zabiła go strzała, która utkwiła w płucach. Obawiam się, że nie da sobie czasu na to, by dojść do siebie, ale…
— Nie posłucha swego lekarza. Filip uśmiechnął się.
— Są rzeczy, które nigdy się nie zmieniają.
Bisesa podjęła szybką decyzję. Pogrzebawszy w swym zestawie ratunkowym schowanym pod kombinezonem, wyciągnęła plastikowe opakowanie tabletek przeciw malarii. Pokazała Filipowi, jak wydobyć pigułki z plastikowej folii.
— Niech twój król je zażyje — powiedziała. — Nikt nie wie na pewno, jak to się stało. Prawdę przesłoniły plotki, konflikty i zafałszowania historii. Ale niektórzy uważają, że nastąpiło to w wyniku choroby, której te tabletki zapobiegną.
Filip zmarszczył brwi.
— Dlaczego mi je dajesz?
— Ponieważ myślę, że twój król będzie ważny dla wszystkich naszych przyszłości. Jeżeli umrze, to przynajmniej nie w ten sposób.
Filip zamknął dłoń na opakowaniu i uśmiechnął się.
— Dziękuję ci, pani. Ale powiedz mi…
— Tak?
— Czy ludzie będą o nim pamiętać?
Znów ten dziwny dylemat posiadania nadmiaru wiedzy, którą Bisesa zdobyła podczas długich sesji z telefonem, kiedy zbierała informacje dotyczące dziejów Aleksandra.
— Tak. Pamiętają nawet jego konia! — Bucefał zginął podczas walki nad rzeką Jhelum. — Ponad tysiąc lat od tej chwili, władcy krainy za rzeką Oxus będą utrzymywali, że ich konie kiedyś miały rogi na głowach i że były potomkami Bucefała.