Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaWidywała już w swoim świecie huty, warsztaty, fabryki; największe wyglądały przy tym jak wiejska kuźnia. Młoty wielkości domów unosiły się szybko ku odległemu sklepieniu, a potem spadały w dół, by uderzyć w sztaby żelaza wielkie jak kłody i rozpłaszczyć je w ułamku sekundy z impetem, od którego drżała sama góra; z upustu w skalnej ścianie płynęła rzeka siarkowego roztopionego metalu, dopóki nie odcięła jej adamantowa brama, po czym spieniona, rozjarzona powódź runęła przez kanały, przelała się przez tamy i wypełniła ustawione rzędami formy odlewnicze, żeby zastygnąć w chmurze żrącego dymu; gigantyczne tokarki i skrawarki cięły, składały i prasowały żelazne blachy calowej grubości jak bibułkę, a potem potworne młoty znowu je rozpłaszczały i waliły w każdą warstwę metalu z taką siłą, że kolejne warstwy łączyły się w jedną, mocniejszą, i jeszcze raz od nowa.
Gdyby Iorek Byrnison zobaczył tę zbrojownię, musiałby przyznać, że ci ludzie znają się na obróbce metalu. Pani Coulter tylko patrzyła i podziwiała. Nie dało się rozmawiać, więc nikt nawet nie próbował. Lord Asriel kiwnął na małą grupkę i poprowadził ich po ażurowej kładce, zawieszonej nad jeszcze większą otchłanią w dole, gdzie górnicy oskardami i kilofami wydzierali błyszczące metale z macierzystej skały.
Przeszli kładką i długim kamiennym korytarzem, gdzie wisiały stalaktyty lśniące dziwnymi barwami. Zgrzyt, łoskot i dudnienie stopniowo przycichły. Pani Coulter poczuła chłodny powiew na rozpalonej twarzy. Zamiast pochodni dodatkowo wydzielających ciepło drogę oświetlały kryształy, nieosadzone w kinkietach ani kolumnach, tylko rozrzucone bezładnie na podłodze. Wkrótce grupka wędrowców znowu poczuła chłód i nagle wyszli na nocne powietrze.
Znaleźli się w miejscu, gdzie górę częściowo odłupano, wskutek czego powstał teren płaski i rozległy jak plac defiladowy. Przed sobą widzieli szereg słabo oświetlonych, wielkich żelaznych drzwi w górskim zboczu – niektóre były otwarte, inne zamknięte; z jednych jacyś ludzie wytaczali coś okrytego plandeką.
– Co to jest? – zapytała pani Coulter afrykańskiego króla, a on odpowiedział:
– Intencyjny statek.
Pani Coulter nie miała pojęcia, co to znaczy; z namiętną ciekawością patrzyła, jak tamci przygotowywali się do zdjęcia plandeki.
Stanęła obok króla Ogunwe, jakby szukając ochrony, i zapytała:
– Jak to działa? Do czego służy?
– Zaraz zobaczymy – odparł król.
Wyglądało to jak skomplikowane urządzenie wiertnicze albo kokpit giroptera, albo kabina potężnego dźwigu. Szklana kopuła osłaniała fotel, przed którym znajdowała się tablica z co najmniej tuzinem dźwigni i przełączników. Pojazd stał na sześciu przegubowych nogach, każda była połączona z korpusem pod innym kątem, toteż wyglądał jednocześnie zawadiacko i niezgrabnie. Sam korpus stanowił masę rur, cylindrów, tłoków skręconych kabli, zaworów, tablic i wskaźników. Trudno było odgadnąć przeznaczenie tej konstrukcji, ponieważ była oświetlona tylko od tyłu i większa jej część ginęła w mroku.
Lord Roke na swoim jastrzębiu podleciał prosto do maszyny, zataczał kręgi i oglądał ją ze wszystkich stron. Lord Asriel i anielica pogrążyli się w dyskusji z inżynierami. Ludzie złazili z pojazdu. Jeden niósł tablicę rozdzielczą, drugi – kawałek kabla.
Pani Coulter wpatrywała się w pojazd głodnym wzrokiem, zapamiętywała każdą część, szukała sensu w tej gmatwaninie. Tymczasem Lord Asriel usiadł w fotelu, zapiął skórzaną uprząż wokół talii i ramion, a na głowę nałożył hełm. Poprawił coś przy swojej dajmonie, irbisicy, która wskoczyła za nim. Inżynier krzyknął, Lord Asriel odpowiedział i ludzie cofnęli się ku drzwiom.
Intencyjny statek poruszył się, chociaż pani Coulter nie zauważyła, w jaki sposób. Zupełnie jakby zadrżał, chociaż przecież stał spokojnie na sześciu owadzich nogach, wypełniony dziwną energią. Potem znowu drgnął i wtedy zobaczyła, co się dzieje: różne jego części obracały się na wszystkie strony, badając ciemne niebo. Lord Asriel przesuwał dźwignie, sprawdzał tarcze, dostrajał pokrętła; a potem nagle intencyjny pojazd zniknął.
Jakimś sposobem skoczył w powietrze. Teraz unosił się nad nimi na wysokości wierzchołków drzew i powoli skręcał w lewo. Nie słyszeli żadnego odgłosu silnika, nie mieli pojęcia, co utrzymuje pojazd nad ziemią. Po prostu wisiał wbrew prawu grawitacji.
– Słuchaj – powiedział król Ogunwe. – Na południu.
Pani Coulter obróciła głowę i wytężyła słuch. Słyszała jęk wiatru na górskiej grani, miarowe uderzenia młotów wyczuwalne podeszwami stóp, ludzkie głosy dobiegające z oświetlonych drzwi, ale na jakiś sygnał głosy zamilkły i wygaszono światła. W ciszy rozległo się bardzo słabe łup-łup-łup silników giroptera walczącego z wiatrem.
– Kto to? – zapytała zniżonym głosem.
– Przynęta – wyjaśnił król. – Moi piloci, którzy mieli pociągnąć za sobą wroga. Patrz.
Pani Coulter szeroko otwarła oczy i usiłowała coś dostrzec w gęstej ciemności, rozjaśnionej nielicznymi gwiazdami. W górze pojazd intencyjny wisiał nieruchomo jak zakotwiczony; porywisty wiatr nawet nim nie zakołysał. Z kokpitu nie padało światło, więc pojazd ledwie było widać, a sylwetka Lorda Asriela całkowicie znikła.
Potem pani Coulter ujrzała grupę świateł nisko na niebie i w tej samej chwili łoskot silników zabrzmiał głośniej. Sześć giropterów leciało szybko; jeden chyba miał kłopoty, bo ciągnął za sobą dym i leciał niżej od pozostałych. Kierowały się w stronę góry, kursem prowadzącym obok niej.
A tuż za nimi pędziła w pościgu zbieranina najróżniejszych jednostek latających. Niełatwo było je rozpoznać, ale pani Coulter zobaczyła ciężki giropter o dziwnej konstrukcji, dwa samoloty z prostymi skrzydłami, wielkiego ptaka szybującego bez wysiłku z dwoma uzbrojonymi jeźdźcami na grzbiecie oraz trzy lub cztery anioły.
– Oddział rajdowy – stwierdził król Ogunwe.
Pościg zbliżał się do giropterów. Potem z jednego prostoskrzydłego samolotu wystrzelił promień światła, a sekundę czy dwie później rozległ się głuchy trzask. Lecz pocisk nigdy nie dotarł do celu, czyli uszkodzonego giroptera, ponieważ w tej samej chwili, kiedy widzowie zobaczyli światło, zanim jeszcze usłyszeli trzask, z pojazdu intencyjnego wyskoczyła błyskawica i pocisk eksplodował w powietrzu.
Pani Coulter ledwie zdążyła zrozumieć tę natychmiastową sekwencję światła i dźwięku, zanim bitwa rozgorzała na dobre. Niełatwo dało się śledzić jej przebieg, tak ciemne było niebo i tak szybko poruszały się wszystkie latające pojazdy. Seria niemal bezgłośnych błysków rozświetliła górskie zbocze, każdemu towarzyszył krótki syk jakby spuszczanej pary. Każdy błysk trafił w innego rajdera: samolot zajął się ogniem, drugi eksplodował, wielki ptak wrzasnął przeraźliwie, co przypominało odgłos rozdzieranej tkaniny, i runął na skały daleko w dole; co do aniołów, każdy po prostu znikł w smudze rozjarzonego powietrza, gdzie miriady cząsteczek migotały coraz słabiej, aż zgasły jak fajerwerki.
Potem zapadła cisza. Wiatr porwał ze sobą hałas giropterów-przynęty, które znikły za górskim zboczem. Nikt z patrzących nie odezwał się ani słowem. Płomienie z dna przepaści odbijały się w spodniej powłoce intencyjnego statku, wciąż wiszącego w górze, który teraz obracał się powoli, jakby się rozglądał. Oddział rajdowy został zniszczony tak kompletnie, że pani Coulter, chociaż widziała w życiu wiele przerażających rzeczy, poczuła się jednak wstrząśnięta. Podniosła wzrok na statek intencyjny, który jakby zamigotał czy drgnął, a potem znowu stał bezpiecznie na ziemi.
Król Ogunwe spiesznie podszedł do pojazdu, tak jak pozostali dowódcy i inżynierowie, którzy otworzyli drzwi i oświetlili teren poligonu. Pani Coulter została na miejscu, zastanawiając się nad działaniem statku intencyjnego.