Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Szara smuga wyskoczyła z trawy i uwiesiła mu się na gardle. Berdeth kiedyś chodził z jej ojcem na polowania, a takich rzeczy się nie zapomina. Ściągnął jelenia nie więcej niż dwie stopy w dół, ale to wystarczyło.
Strzała przeleciała pustą już przestrzeń i zanim Źrebiarz zdołał przywołać następnego ducha, trafiła go w gardło.
Łańcuchy pękły, usłyszała ten dźwięk brzmiący niemal jak szklany brzęk, i duchy rozpierzchły się na wszystkie strony.
Uciekający byli pięćdziesiąt jardów od niej.
Dwie salwy nakryły ich niemal jednocześnie.
Nie trzymali tarcz w górze, jechali ciasno, żeby schronić się w cieniu Mocy Źrebiarza. W większości zginęli natychmiast. A na resztę, skłębioną, poranioną i usiłującą opanować spanikowane konie, runęła pogoń.
Ostatni Se-kohlandczyk padł kilka kroków przed nią.
Nawet nie wyciągnęła szabli.
* * *
Czekali na generała na skraju niecki, patrząc, jak nieregularni wyłapują ocalałe konie Błyskawic. To było brutalne starcie, tylko kilkunastu Jeźdźców Burzy udało się wziąć żywcem, reszta walczyła do końca. Cała okolica zasłana była ciałami, na środku niecki tworzącymi stos sięgający końskich brzuchów.
Kailean patrzyła, jak żołnierze kopią w pobliżu olbrzymi dół. Tak jak mówił Laskolnyk, a’keery Zawyra z Klahhyrów miały rozpłynąć się w powietrzu. Jeńcy najpewniej przez wiele lat nie opuszczą lochów. Zdobycznym koniom wypali się nowe znaki i odeśle je w głąb Imperium. Syn Wojny będzie skazany na plotki i domysły, a jego konkurent nie dowie się nawet, komu zawdzięcza ocalenie.
Tak prowadziło się politykę na Wschodzie.
Żelazem, krwią i tajemnicą.
– Skąd... – Kocimiętka zawahał się, jakby wiedział, że tego pytania nie powinien zadawać. – Skąd Siódmy wiedział, gdzie jesteśmy?
Przez chwilę Laskolnyk nie odpowiadał, zapatrzony w głąb niecki.
– Ptaki – mruknął wreszcie. – Kazałem generałowi, gdyby okazało się, że nie można nas odszukać, patrzeć w niebo, szukając czegoś dziwnego. Jastrzębie, sokoły i myszołowy nigdy nie latają stadem.
Ci, którzy usłyszeli odpowiedź, pokiwali tylko głowami. Nikt nie zapytał, kto zmusił stepowych łowców do takiego zachowania. Czaardan to czaardan. Każdy ma swoje tajemnice.
Aberlen-gon-Sawe podjechał do nich w towarzystwie adiutanta i kilku członków sztabu.
– Generale Laskolnyk. – Skłonił się w siodle i zasalutował. – Imperium jest wdzięczne.
Kailean przyjrzała mu się uważnie. Cholera, ani śladu aroganckiego, obrażonego na cały świat furiata, który wypędził ich ze stanicy. Dowódca Siódmego był niezłym aktorem.
– Generale gon-Sawe. – Kha-dar oddał salut. – Nie wiedziałem, że macie wielkiego bitewnego maga.
– Vanhen-kan-Lewav. – Dowódca Siódmego uśmiechnął się zakłopotany. – Mistrz Ścieżki Ognia. Ale jeszcze nie jest wielkim magiem. Dopiero aspiruje do tego tytułu.
– Poradził sobie ze ścianą zimna prawdziwego Źrebiarza. I to dwa razy. Będą z niego ludzie. – Laskolnyk pokiwał głową. – Tak czy inaczej, dobra robota, generale. Siódmy może być dumny.
Wojskowy rozpromienił się i wyprostował w siodle. Psiakrew, zachowywał się jak ci żołnierze w czasie przeglądu.
– Dwudziestu ośmiu zabitych, trzydziestu rannych. Tyle, co nic, jak za sześć a’keerów i trzech Źrebiarzy. – Nie tyle się pochwalił, ile zameldował.
– Gdzie reszta? Ci, co odpadli? I ci, co was mylili?
– Nieregularni ich tropią. Reszta czaardanów i pełna chorągiew szły kilka mil za pościgiem. Tak jak zaplanowano. Żaden nie ucieknie.
Laskolnyk skinął głową.
– Cieszę się, że mogliśmy pomóc. Dowiedzieliście się, kto zdradził?
Generał skinął głową.
– Tak. Jeden z pastuchów. Miał podobno krewnych po drugiej stronie granicy. – Nikt nie skomentował czasu przeszłego, użytego przez oficera. – Gdybyście nie przegonili ich przez całe Lanwaren, miałbym dziesięć razy większe straty.
– To nie my.
Aberlen spojrzał na niego zdziwiony.
– A kto?
Kha-dar uśmiechnął się, pochylił w siodle i poklepał wierzchowca po szyi.
– To one. Najlepsze konie, jakie można kupić, ukraść lub zdobyć w walce.
Koło o ośmiu szprychach
Kailean szła wąską uliczką, ciągnąc konia za uzdę, a Toryn człapał za nią ze smętnie zwieszonym łbem. Przeklinała pod nosem, i to takimi słowami, że powietrze wokół zdawało się marszczyć i falować. To znaczy zdawało się marszczyć i falować bardziej niż normalnie.
Było gorąco. Słońce stało w zenicie, a cienie przyklejały się do ścian, jakby szukały... cienia właśnie. Podobno zaczęła się już jesień, lecz jak stwierdził wczoraj Kocimiętka, lato klepnęło ją w szeroki zad i wysłało do domu, a samo rządziło Stepami dalej, jak gdyby nigdy nic. W Lithrew tylko studnie wywiercone w najgłębszych piwnicach dostarczały jeszcze wody.
A ona klęła, wlokąc się przez miasto w samo południe, podczas gdy większość mieszkańców siedziała w domach lub głęboko pod nimi, woląc chłód podziemnych korytarzy od zaduchu nagrzanych izb. Cholerna Lea i jej cholerne szczęśliwe siodło!
Wszystko zaczęło się dwa dni temu, gdy Lea kolejny raz odkryła, że jej siodło wymaga poważnej naprawy. Uwzględniając, jak jeździła na swoim przypominającym przerośniętego kuca koniu, to i tak cud, że wytrzymało do tej pory. Zazwyczaj obciążała go taką ilością sakw i pakunków, że niski i krótkonogi wierzchowiec zaczynał w przekroju przypominać beczkę na czterech koślawych nóżkach. Dwa dni temu okazało się, że przedni łęk jest pęknięty, popręg trzyma się na kilku kawałkach dratwy, a puśliska wymagają wymiany. Właściwie całe siodło nadawało się do wyrzucenia, ale Lea uważała je za swój talizman. Naprawiała je pieczołowicie, pakując w ten kawał drewna, skóry i żelaza tyle pieniędzy, że wystarczyłoby na trzy nowe. Lecz to jeszcze nie był jakiś specjalny problem. Problem stanowiło to, że siodło było pasowane. Robione na specjalne zamówienie dla tego jej cholernego kuca! Na dodatek szczęśliwy rymarz, który je zrobił, mieszkał na drugim końcu Lithrew.