Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Pewnie coś planują - dodała Rita, chcąc uprawdopodobnić atmosferę, ale Schielke szturchnął ją w bok. Wolał, żeby na samym początku jego nowi żołnierze nie zesrali się ze strachu.
-Pewnie nie żyją - mruknął. - Wyślijcie dwóch na zwiad. Reszta ubezpiecza.
-Tak jest!
Oddział musiał się składać z ludzi, delikatnie mówiąc, bardzo ostrożnych, bowiem przebycie kilkudziesięciu metrów połaci dachu zajęło im ponad piętnaście minut. Wrócili wyprostowani z bronią przewieszoną przez ramię.
-Panie kapitanie, melduję odnalezienie trzech trupów. Dwóch cywilów i jakiś facet z obrony przeciwlotniczej. Wszyscy nie żyją.
Schielke zerknął na Holmesa.
-Widziałeś coś takiego? Nieżywe trupy.
-To jakaś lokalna osobliwość w Breslau.
-Panie kapitanie - kontynuował żołnierz. - Ci dwaj cywile mieli steny i zabili tego starego. Seria w brzuch.
-No - dodał drugi zwiadowca. - Męczył się. Nawet nie chcieli go dobić, bestie.
Watson o mało nie zwymiotował po raz trzeci. Schielke zachwiał się na nogach i prawie przewrócił. Na szczęście podtrzymała go Rita.
-Chodźmy zobaczyć, jak to wygląda - powiedziała.
-Lepiej nie patrzeć. - Żołnierz usiłował ich powstrzymać. - Granat wpadł dokładnie między tych dwóch. Nieprzyjemnie to wygląda.
-Poradzę sobie - ucięła.
Widok rzeczywiście nie należał do estetycznych. Na szczęście, a może nieszczęście Schielke był myślami gdzie indziej. Automatycznie zbierał i zabezpieczał rzeczy, które rozrzucili tu wcześniej. Nawet nie potrafił powiedzieć, ile to trwało. Z onirycznego nastroju wyrwał go dopiero sygnał walkie-talkie.
-Tak?
-Tu Heini, panie kapitanie.
-Co się dzieje?
-Szybkie ostrzeżenie. Na górę jedzie samo szefostwo!
-Dobrze, dziękuję.
Pospiesznie ustawił ludzi, żeby wyglądali stanowczo i groźnie, jak szpica Wehrmachtu zajmująca Moskwę. Zdążył w ostatniej chwili. W drzwiach windy ukazał się pułkownik Tietz w towarzystwie kogoś w długim wojskowym płaszczu z błyskotkami, ale bez dystynkcji. Aha, NSDAP. Pułkownik wyraźnie uśmiechnął się na widok żołnierzy w panterkach, rozstawionych tak, jakby bronili samej kwatery fiihrera. Podszedł do Schielkego i dokonał pospiesznej prezentacji. Partyjniak okazał się zastępcą samego gauleitera Hankego. Jak każdy partyjniak w państwie totalitarnym miał twarz będącą połączeniem stanowczości i bezmyślności, której pryncypialność podkreślały wystające zęby. Nawet nie zapamiętał jego nazwiska.
-Proszę sobie wyobrazić, że byłem właśnie na spotkaniu roboczym u gauleitera - zaczął Tietz - kiedy dotarł do mnie meldunek, że tuż obok naszej siedziby zaczęła nadawanie wroga radiostacja. Chciałem opuścić spotkanie i dokładnie w tej chwili dostałem meldunek od pana, że otoczył pan wrogów. Niezwykłe, nieprawdaż?
Schielke nie widział w tym nic niezwykłego. Dobrze znał Tietza i jego przewrotną inteligencję. Stary wyjadacz oczywiście dostał obydwa meldunki jeszcze w swoim gabinecie. Skoro jednak przeczytał, że jego ludzie mają sukces w kieszeni, pognał natychmiast do siedziby gauleitera pod jakimkolwiek pozorem. Tam specjalnie poinstruowany goniec dostarczył mu jeszcze raz pierwszy meldunek. Tietz na pewno odegrał przedstawienie, podgrzewając atmosferę i sugerując kompletną bezradność służb wobec wrogich agentów w Breslau. Następnie goniec przyjechał jeszcze raz, informując, że właśnie Abwehra jako jedyna, dzięki światłym pomysłom Tietza... wyłącznie dzięki geniuszowi i wzorowej organizacji... I w ten sposób niby przypadkiem znalazł się tutaj z jakimś ważniakiem, aby spijać śmietankę. Świetnie, wbrew pozorom wszystkim zainteresowanym bardzo to odpowiadało.
-Proszę opisać, co tu się stało, kapitanie.
-Dzięki temu, że pan pułkownik stworzył grupę szybkiego reagowania... - Schielke z wrodzoną grzecznością i taktem chciał wejść przełożonemu w dupę, ale przerwał mu partyjny ważniak.
-A ten tu, to kto? - Wskazał na najbliższego trupa.
-To jest agent brytyjskiego wywiadu, Julien Bow.
-Aha. A jaki jest jego pseudonim?
Schielke nie znał pseudonimu Anglika. Musiał wymyślać na poczekaniu.
-Tricky Dicky.
-O - powiedział partyjniak. - O! - spojrzał na pułkownika, podniósł palec i powtórzył: - O!
-No, staramy się - odparł Tietz. - Abwehra, jak widać, jest zawsze na szpicy.
-To wielki sukces, panie pułkowniku, jutro dowie się o tym doktor Goebbels. I na pewno przekaże fiihrerowi. Wielki sukces służb i władz w Breslau!
Aha. „I władz”. Stało się jasne, że ktoś jeszcze zamierza się podczepić do triumfalnego pociągu.
-A tego Trikiego Dzikiego to do gazety dać. I pokazać, że go złapaliśmy i zabiliśmy!
-Oczywiście.
-No właśnie! A teraz proszę zebrać tych dzielnych żołnierzy. Wygłoszę do nich patriotyczne przemówienie!
-Tak jest! - Schielke zaczął zbierać wszystkich swoich dekowników, krętaczy tyłowych i cwaniaków batalionowych, których tak skwapliwie starały się pozbyć macierzyste jednostki. Szybko ustawił ich w szeregu.
-Żołnierze! - ryknął partyjniak i zaczął skandować tekst, którym posługiwał się zazwyczaj, mówiąc do oddziałów frontowych. - Pod świat-łym kie-ro-wnict-wem na-szej partii, po raz kolej-ny udo-wod-niliście, że je-steście so-lą tej zie-mi. Partia oraz naro-dowo-socja-listyczne idee spra-wiły, że staliś-cie się śmie-tanką na-szej armii...
Wszyscy dekownicy i oddziałowi cwaniacy jak jeden mąż patrzyli na niego w bezbrzeżnym zdumieniu.
Schielke wykorzystał chwilę i podszedł do Tietza.
-Panie pułkowniku, proszę na słowo - szepnął.
Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Znaleźli ustronny zakątek w restauracji, tuż przy ciągle jeszcze zaopatrzonym barze. Pułkownik poprosił o brandy, więc Schielke chętnie zamienił się w barmana.
-Muszę się przyznać do pewnego przestępstwa przeciwko regulaminowi.
Pułkownik podniósł brwi, spodziewając się czegoś ciekawego.
-Nie zdążyłem choćby pobieżnie przeanalizować zdobytych materiałów. Ledwie rzuciłem okiem.
-To zrozumiałe. - Tietz pociągnął spory łyk brandy. Albo potrzebował czegoś, co go rozgrzeje, albo po prostu świętował swój sukces. - Ale do czego pan zmierza?
-Znalazłem przy Angliku pewną kopertę. I nie dość, że ją ukradłem, to jeszcze nie zamierzam o niej wspomnieć w raporcie.
Pułkownik odstawił kieliszek. Był naprawdę inteligentny i czuł, że czeka go druga gratka. I chyba po raz pierwszy rzeczywiście zaczął doceniać swojego kapitana.
-Sekundę - powiedział. - Gdyby w raporcie miał się pan trochę mijać z prawdą, to, hm, będzie to zupełnie zrozumiałe.
-A podkreślenie jakich aspektów sprawy rzucałoby na nią korzystne światło? - spytał Schielke wprost.
-Myślę, że warto byłoby opisać nasze wielomiesięczne wysiłki włożone w sprawę fuliena Bowa oraz fakt, że został złapany bezpośrednio po stworzeniu oddziału szybkiego reagowania.
-Oczywiście.
-A tak z ciekawości, jaki dokument jest na tyle niewygodny, że postanowił go pan nie włączać do akt sprawy?
Schielke położył przed nim kopertę, którą z Holmesem nazywali „perełką”. Tietz bez słowa wziął ją do ręki i schował do kieszeni płaszcza.
-I znowu z ciekawości... Co w niej jest?
-Kilka dokumentów świadczących o korupcji wśród niektórych oficerów różnych służb tego miasta.
-Hm, znamy kogoś bliżej?
-Znamy nawet bardzo blisko. Na przykład Krupmanna.
-Ha! - Tietz wychylił resztę brandy i podsunął kieliszek Schielkemu. - Proszę mi jeszcze nalać, panie kapitanie. - Rozparł się w barowym fotelu i popatrzył na światła przeciwlotniczych reflektorów usiłujących odgonić bombowce atakujące miasto. - Co za piękna noc, nieprawdaż?