Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Czarne samochody krążą za linią frontu i po cichu, nocą wyłapują oprawców.
-Właśnie tak. Pod każdą kryjówkę, pod każdy obóz jeniecki w końcu zawsze podjedzie pojazd diabła i zawiezie do miejsca przeznaczenia.
-Bez sądu?
-A za co ich sądzić? I po co? Dla Churchilla oni nie są już dżentelmenami.
Schielke w pewnym sensie czuł nawet podziw. To było bardzo angielskie. Także fakt, że przywódca weźmie jednoosobowo całą winę na siebie. Znając talent Brytyjczyków do ukrywania prawdy na temat swoich własnych zbrodni, sprawa pewnie ujrzy światło dzienne dopiero wiele lat po śmierci Churchilla, a także tych, którzy wykonywali jego rozkazy. No i cóż zrobisz?
Meandryczny sposób myślenia Holmesa szedł w parze z jego „życiowymi naukami”, które usiłował wtłoczyć Schielkemu do głowy. „Jeśli chcesz coś osiągnąć, to najpierw zapytaj sam siebie: czego naprawdę chcę”. No przecież to oczywiste. Ale dla Holmesa nic nie było oczywiste. Według niego ludzie generalnie robili wszystko dla poklasku. Pożądali na przykład luksusowego samochodu nie po to, żeby się dobrze jeździło, tylko po to, żeby podziwiali ich inni. Powinno się więc sobie zadać pytanie: „Czego ja chcę tak naprawdę?”. Samochodu? Czy lepszego samopoczucia? Bo jeśli tego drugiego, to może uda się sprawę załatwić inaczej? Na początku zawsze pytanie: czego naprawdę chcesz? Schielke chciał mieć własny, sprawny, niewielki oddział, do którego działań nikt by się nie mieszał. Co gorsza, oddział złożony wyłącznie z jego ludzi, a więc i Polaków. Ale to przecież niemożliwe.
Niemożliwe? To słowo nie istniało, a właściwie istniało w słowniku Holmesa, lecz tylko jako zlepek dwóch słów i tylko w jednej, konkretnej konfiguracji: „Niemożliwe? Ależ NIE, MOŻLIWE jak najbardziej”.
Schielke zapalił papierosa. No tak. A właściwie, co trzeba zrobić? Holmes niezmiennie powtarzał: „Wymyśl sam”. I dodawał: „Pamiętaj, nigdy nie bądź numerem jeden, zawsze dwa, gdzieś w cieniu. Niech nigdy żadna propozycja nie wychodzi wprost od ciebie. Inni mogą zbierać laury, a tobie, jak się trafi, to zawsze na zasadzie wiejskiego głupka, który ma szczęście. Inni rządzą, ty słuchasz. Inni rządzą, zapamiętaj, ty nimi tylko kierujesz”.
I tak biedny Schielke stał się intrygantem. Poszedł do swojego bezpośredniego przełożonego - Heigla - i przez godzinę, niby to w przyjaznej atmosferze, opowiadał o zaletach amerykańskiego systemu paperclip. Była to akcja przejmowania niemieckich naukowców i najnowszych technologii na zajętych przez aliantów terenach. Nowość polegała na tym, że system składał się z małych oddziałków zwiadowczych, którymi dowodzili oficerowie niższej rangi. Ale taki porucznik czy kapitan nie musiał się zajmować całą masą wojskowej administracji, nie musiał pytać wyższych rangą, czekać na rozkaz z góry, jeśli zamierzał coś zrobić. Sam mógł podjąć decyzję na miejscu, co sprawiało, że system był elastyczny, wydajny i bardzo szybki w reagowaniu na zaistniałą sytuację. Heigel był nawet zaciekawiony. W każdym razie było jasne, że przy najbliższej okazji przedstawi tę koncepcję pułkownikowi Tietzowi. Oczywiście jako własną.
Szefowi kadr z kolei, kiedy ten skarżył się na brak ludzi, podsunął pomysł, żeby zabrać ludzi i sprzęt z kripo oraz innych organizacji, które teraz nie mają już pierwszorzędnego znaczenia. Kogo bowiem interesują pospolici przestępcy w momencie walki na bagnety na murach twierdzy? Tamten kiwał głową ze zrozumieniem. Mrużył oczy, zastanawiając się, czy zdąży jako pierwszy podsunąć dowódcy tę koncepcję i odpowiednio się wyróżnić.
W kantynie zaś rozwodził się szeroko, że teraz potrzeba wielu ludzi znających biegle język rosyjski oraz polski, i to w praktyce. Takich, których Słowianie nie rozpoznają po akcencie. Teraz może dojść do rozpoznania bezpośrednio na linii frontu. Potrzebna jest także inwigilacja w kręgach robotników przymusowych.
Samemu Tietzowi skarżył się, że ciągle jest o krok za sowieckim agentem. Ze już go czuje, znajduje ciepłe ślady, znajduje się tuż, tuż, ale... Zanim wystąpi z zapotrzebowaniem na ludzi i sprzęt, zanim uzyska zgodę na akcję, zanim uda się wszystko zgrać to, siłą rzeczy, tamten jest już o krok dalej.
Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Szef następnego dnia na odprawie po prostu wrzeszczał na swoich oficerów.
-Panowie, tu się po prostu nic nie dzieje! Ruszamy się jak muchy w smole. Biurokracja, papiery, wszyscy zachowują się jak w kancelarii cesarza Wilhelma podczas organizowania pikniku. Czy do was w ogóle dotarło, że jest wojna? Czy ktoś z was wie, że znajdujemy się w oblężonej twierdzy?
-Panie pułkowniku. - Heigel odważył się przerwać dowódcy, ale ten trzasnął pięścią w biurko.
-Nie mam ochoty na żadne dyskusje! - Dłuższą chwilę uspokajał oddech. - Żądam konkretnych propozycji - powiedział już ciszej i dodał złowrogo - konkretnych.
Heigel ciągnął jednak niezrażony.
Ja mam konkretną propozycję. Trzeba stworzyć mały, sprawny oddział, który błyskawicznie będzie mógł realizować zapotrzebowanie dowództwa, a także na tyle autonomiczny, żeby realizować własne akcje, które okażą się potrzebne w trakcie wykonywanych operacji. - Heigel zaczął opisywać zalety amerykańskiego systemu paperclip. Z dużą swadą i znawstwem, bo Schielke wcześniej przekazał mu wiele szczegółów, które znał od Holmesa.
Tietz zdawał się słuchać z pewnym nawet zainteresowaniem. Przerwał dopiero po kilku minutach monologu.
-No dobrze. A skąd weźmiemy do tego ludzi i sprzęt?
Tu postanowił się popisać szef kadr:
-Ależ panie pułkowniku. A niby dlaczego mają to być nasi ludzie? Nasze to powinno być tylko dowództwo.
-No i skąd pan ich weźmie?
-Są wszędzie wokół. Wystarczy wyciągnąć rękę.
-Niby gdzie?
-Choćby w kripo. Do czego teraz ma służyć policja kryminalna? Przecież jak się złapie jakiegoś oprycha w obrębie twierdzy, to pod mur i serią. Na co komu jacyś oficerowie śledczy, którzy później w sądzie, na podstawie zebranych dowodów postawią złodziejowi zarzuty? Pod mur takiego od razu.
-Ma pan rację. Doskonały pomysł. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do innych służb współpraca z nimi jakoś się układa.
-Oczywiście, są zachwyceni tym, co dzięki nam dostarcza im panna Menzel. Najlepiej niech ją przydzielą na stałe do tego oddziału, ale za to, bo właśnie tak musimy przedstawić sprawę, za to niech dadzą sprzęt, wyposażenie, część swojego przydziału paliwa oraz swoje kontakty.
-No przyznam, brzmi nieźle. - Tietz w zamyśleniu przygryzł wargi.
Do rozmowy włączali się kolejni oficerowie.
-Taki oddział musi mieć ludzi mówiących biegle po rosyjsku. Przecież w każdej chwili może dojść do bezpośredniego zwiadu na linii frontu.
-I po polsku - dodał ktoś inny. - Warto móc infiltrować skupiska robotników przymusowych.
-I skąd takich ludzi wziąć? - zapytał Tietz.
Po tym pytaniu Schielke uznał, że nastąpił właściwy moment.
-Wiem, gdzie szukać takich fachowców. A nawet mogę ich jutro przyprowadzić.
Tietz spojrzał na niego z zainteresowaniem.
-Aha - mruknął. - Czy w takim razie podejmie się pan zorganizowania takiego oddziału?
-Tak jest, panie pułkowniku!
-I zgodzi się pan nim dowodzić?
-Tak jest, panie pułkowniku!
-No to przynajmniej jedną sprawę mamy z głowy. - Dowódca podniósł się powoli, opierając na rękach. - I jeszcze coś... - Spojrzał na kapitana znacząco. - Żądam sukcesów!
-A niech go szlag trafi! - stękał Holmes, ciągnąc za nogi trupa do luksusowej windy. - „Żądam sukcesów”. Żeby go powykręcało.