Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
Lekarz, który ukazał się w drzwiach baraku, miał kitel narzucony na mundur. W prawej ręce trzymał stetoskop. Rozglądał się przez chwilę, potem podszedł do nich pod drzewo.
-To panowie?...
-Nieprawdopodobne - przerwał mu Holmes. - Patrz, Dieter. Julien Bow, pierwsza lokata na studiach medycznych w Londynie, w mundurze SS sortuje teraz chorych do ewakuacji. Wyobrażasz sobie?
-O, cholera! - Lekarz wypuścił z ręki stetoskop, który zniknął w sypkim śniegu. - Cholera jasna!
Nie, nie, nie, to nie tak, jak myślisz. - Holmes powstrzymał go ruchem ręki. - Dieter jest tu tylko po to, żeby podczas rozmowy nic złego nam się nie stało, sojuszniku.
Bow zrozumiał dopiero po dłuższej chwili. Otarł pot z czoła.
-Aleś mnie przestraszył, Rusku.
-Nie jestem Rosjaninem, tylko Polakiem.
-Domyślam się, że to chyba jeszcze gorzej?
-Mhm - odparł Holmes z promiennym uśmiechem.
Bow odkopał w śniegu swój stetoskop. Teraz wycierał go połą nieskazitelnie białego fartucha. SS zawsze miało lepsze zaopatrzenie niż reszta wojska. Był wyraźnie wkurzony.
-To wy już teraz tak razem z Abwehrą? - usiłował ironizować. - Rąsia w rąsię?
-Ty mi Abwehry nie wypominaj, żebym ja ci nie wypomniał tych gestapowców, coś ich wysyłał na Zachód. Wszyscy szczególnie zasłużeni na Wschodzie i tego im Ruscy nie zapomną. Tobie, co gorsza, też.
-Skąd wiesz? Zresztą... - Lekarz wzruszył ramionami. - To była tylko taka operacyjna manipulacja.
-Jak zwał, tak zwał, ale jak cię tu Sowieci dostaną, to ci o tym tak skutecznie przypomną, że Londynu już nie zobaczysz.
Anglika coś męczyło. Wyjął z kieszeni małe pudełeczko i wysypał na dłoń kilka mikroskopijnych pastylek.
-Mówisz poważnie?
-Tak. Przyszedłem z konkretnym ostrzeżeniem.
-Dobra, to zniknę tak szybko, jak się da. Ale wyjaśnij mi jeszcze cel twojej wizyty.
Holmes uśmiechnął się tym swoim niesamowitym, niewinnym, chłopięcym wręcz uśmiechem. Strząsnął płatki śniegu, które osiadły na kołnierzu drelichu.
-A co ja mogę o tobie wiedzieć? Dla Brytanii Breslau to trzeciorzędny teatr wojenny, a ty jesteś za wielką szychą, żebyś liczył, ile czołgów przejechało w którą stronę. Zresztą od tego są Ruscy, bo to ich teatr i ich kukiełki. Ale chyba wiem, co cię trzyma w Breslau.
-No co?
-Ale to tylko czysta dedukcja.
-Więc mów.
-Czarne samochody Churchilla?
Bow nagle wsypał trzymane w dłoni pastylki do ust. Zaczął je intensywnie ssać.
-Czego chcesz i co oferujesz poza ostrzeżeniem?
Schielke szturchnął Holmesa.
-Ty, patrz, rozmowny Anglik. Gdzie on się uchował?
Holmes roześmiał i rozłożył ręce. Bow, słysząc akcent Schielkego, spojrzał uważnie.
-Czy wy wszyscy w tym NKWD kończyliście elitarne angielskie uczelnie?
-Nie wszyscy. Tylko ci od sierżanta w dół.
-Panowie, panowie - uciszył ich Holmes, choć sam bawił się w najlepsze. - Trochę powagi w obliczu doniosłej sytuacji.
-To już nawet sytuacja na kogoś doniosła? - zdziwił się Bow. - Co za kraj.
-Ej, bo zaraz pole golfowe sobie w tym śniegu zrobimy i będziemy się przekomarzać przy szklance grogu. Słuchaj, Julien. Razem z Dieterem zrobimy ci listę ludzi, których twój szef nie lubi, weź ją i w trosce o własne dupsko stąd spadaj.
-Co chcesz w zamian?
-Wszystko, co wiecie o grupach wywożących dzieła sztuki z Breslau i w ogóle z tych okolic. U siebie macie to dość dobrze rozeznane, a ten teren was przecież nie obchodzi, więc może podzielcie się strzępem wiedzy.
-Okej.
-A jakby ci coś wpadło w uszy na temat Martina Bormana i Breslau...
-Borman - powtórzył Bow. - Troszeczkę za wysokie progi na moje krótkie nogi.
-Po prostu spróbuj. Na zasadzie „a gdyby jakimś cudem...”.
Anglik skinął głową.
-Jak rozumiem, o tej rozmowie nie dowie się ani wasze szefostwo, ani moje, tak?
-Dobrze rozumiesz. Ty w ogóle jesteś bardzo inteligentnym facetem.
Przerwało im dwóch żołnierzy niosących rannego w trzymanym z obu stron płaszczu.
-Panie doktorze! Panie doktorze! - Obaj, dysząc i buchając kłębami pary, położyli rannego wprost na śniegu. - Trzeba go opatrzyć!
-Gdzie? Tutaj?
-No przecież tutaj jest punkt sanitarny.
-Ale nie do tego służy. Tu nie ma sali operacyjnej.
-Panie doktorze, on zaraz umrze.
-W to nie wątpię. - Angielski szpieg nachylił się nad leżącym człowiekiem, którego twarz pokrywały płatki śniegu. Nie topniały jak u innych. - No dobra. - Bow skinął na jednego z żołnierzy.
- Chodź ze mną po nosze.
Kiedy zniknęli w gęstniejącym białym tumanie, Holmes i Schielke z ciekawością nachylili się nad leżącym. Nie wydawał żadnych dźwięków, nie poruszał się. Miał otwarte oczy i zdawało im się, że na nich patrzy.
-Gdzie dostał? - Schielke spytał drugiego żołnierza.
-W Deutsch Lissa, panie kapitanie.
-Źle spytałem. W co dostał?
-W brzuch.
-A dlaczego nie jęczy?
-Jęczał. Nie wiem, dlaczego teraz nie jęczy.
-To może ja wam wyjaśnię - powiedział Holmes, wskazując wielki płatek śniegu, który wpadł leżącemu do oka. Powieka nawet nie drgnęła, Oko pozostało szeroko otwarte.
-Jezu Chryste. - Żołnierz przykucnął przy martwym koledze.
Bow, który wrócił na czele sanitariuszy, nawet nie musiał się schylać. Poklepał po ramieniu drugiego żołnierza.
-Za późno. Ale i tak nie miał szans.
Schielke z zainteresowaniem obserwował wokół twarze ludzi. Choćby sanitariuszy, którzy chcieli tylko wrócić do ciepłego pomieszczenia. Nic ich tu nie interesowało, za wiele widzieli. Żołnierzy zasmuconych losem kolegi. Polaka i Anglika, którzy stali z obojętnymi minami. Dla nich to po prostu jeden wróg mniej. A dla niego?
Zundapp oczywiście nie odpalił. Klęli, złorzecząc wszystkim wokół. Jasny szlag, Gandau! Na jakikolwiek tramwaj nie było co liczyć, ponieważ większość wozów przerobiono na uliczne barykady. Wojskowe pojazdy na drodze nie mogły nikogo zabierać bez rozkazu, więc mogli iść pieszo albo czekać na wiosnę. Na szczęście jakiś ranny saper powiedział im, co zrobić. Motocykl należy po prostu podpalić. Spojrzeli przerażeni.
-A nie wybuchnie? - zapytali jednocześnie.
-Nie, jeśli się dobrze sprawę załatwi. Robiłem to już w Rosji. - Saper umoczył w benzynie szmatę, podłożył pod blok silnika i naprawdę podpalił.
Spojrzał na nich z pogardą, kiedy odruchowo odskoczyli.
-Nie ma strachu. Tylko trzeba uważać, żeby opon nie spalić.
Nie byli do końca przekonani. Facet jednak po kilku minutach rzeczywiście uruchomił silnik.
-No, teraz go rozgrzejcie dłuższą chwilę i możecie jechać.
Schielke dał mu dwie paczki amerykańskich papierosów, które zostały przyjęte z wielką wdzięcznością. Potem podszedł do Holmesa, który wciąż z pewną ostrożnością kręcił manetką gazu.
-Słuchaj, co to są czarne samochody Churchilla?
-Taka legenda.
-E, mów poważnie.
-Wiesz, kiedyś na początku wojny Anglicy umówili się z Niemcami, że po cichu załatwią pewną sprawę na granicy holenderskiej. Wysłali dwóch agentów, żeby prowadzili rozmowy, a Niemcy...
-Jezu. Nie mów, że zrobili to, co podejrzewam.
-Niestety. Po prostu złapali agentów, poddali rutynowym torturom, a potem zabili.
-Domyślam się, że tajniaków wysłał osobiście Churchill?
-Mhm. Było to dla niego tak rażące złamanie umowy dżentelmeńskiej, że im tego nigdy nie zapomniał. Przez całą wojnę specjalna komórka odnotowywała tortury jego spadochroniarzy, agentów, cichociemnych. A teraz, gdy Anglicy mają już własny front w Europie...